Jak to się stało, że od kilku lat powstaje coraz więcej dobrych westernów?

zemsta.jpg
fot. Netflix

Dziki Zachód jest ten sam, zmienili się tylko jego mieszkańcy. Nowe westerny dają głos tym, którzy byli przez lata wykluczani.

Czytasz artykuł premium. Spodziewaj się więcej takich treści w newonce.club – naszej nadchodzącej subskrypcji.

Na dobre zaczęło się od Quentina Tarantino. W 2013 roku wpuścił do kin Django (D jest nieme) i zrobiło się ciekawie, bo mainstream dawno nie widział czarnego kowboja. Rewolucja była tym bardziej czytelna, że na ekranie towarzyszył mu... niemiecki dentysta. Django był niewolnikiem, który wyrwał się z okowów i śmiało ruszył w głąb zdominowanego przez białych Dzikiego Zachodu. Cel był jasny – odbić żonę z łap sadystycznego plantatora. Z kolei King Schulz, przedstawiciel rasy uprzywilejowanej, dźwigał moralną odpowiedzialność za całe lata zbrodni wyrządzanych przez białych. Dlatego zdecydował się wspomóc Django w jego krucjacie. A że grał go Christoph Waltz, który ledwie trzy lata wcześniej wcielił się u Tarantino w przedstawiciela rasy panów, twist jest podwójny. Reżyser nie byłby sobą, gdyby przy całym wywrotowym klimacie swojego filmu powstrzymał się od podobnych mrugnięć okiem do widza.

Westerny jako leki na traumy

Lata zerowe to czas naprawy kina komiksowego oraz wyraźnego, jakościowego skoku filmów familijnych. Z kolei poprzednia dekada stała na dużym i małym ekranie pod znakiem nowego horroru, o czym zresztą pisaliśmy, wybierając najważniejsze filmy grozy XXI wieku (trzy części zestawienia przeczytacie tu, tu i tu). To teraz czas na nowy western? Na razie mówimy o produkcjach balansujących pomiędzy niszą a mainstreamem. Fala jest jednak na tyle mocna, że nie można jej nie zauważyć.

 samo południe.jpg
"W samo południe", fot. archiwum dystrybutora

W latach 50. i 60. westerny kręcono nie tylko dlatego, że były modne (bilety kupowało całe pokolenie, wychowane na tanich książkach i komiksach o podbojach Dzikiego Zachodu). Figura ostatniego sprawiedliwego, będącego przy tym ucieleśnieniem prawego Amerykanina, miała pokrzepić serca targanych powojennymi traumami mieszkańców Stanów. W końcu wszyscy wierzymy w prawo i porządek. O tym, że ludzie innych ras niż biała grywali tam albo mniej znaczące postacie drugoplanowe, albo złych, a kobiety pełniły role dekoracyjne, nikt nie wspominał. Liczyło się budowanie amerykańskiego mitu, opowiadanie o założycielskich wartościach USA. Co ciekawe, wizerunek Dzikiego Zachodu był w kinie – a idąc dalej, w ówczesnej, zakochanej w westernach Ameryce – budowany wyłącznie dzięki wyobraźni filmowców; przecież nikt z Hollywood nie pamiętał tamtych czasów. Tymczasem historycy podkreślają, że większość kowbojów stanowili Latynosi czy Afroamerykanie; praca była słabo płatna, więc zlecano ją głównie mniejszościom etnicznym. Ale tego już nie dowiemy się z klasycznych westernów.

Niezbyt udane napady na bank

Mody w kinie zmieniały się, a filmy kowbojskie odeszły do lamusa; gatunek był sporadycznie wskrzeszany przez zapaleńców, a najważniejszym przykładem takiego chwilowego zrywu było Bez przebaczenia Clinta Eastwooda – wspaniały antywestern o emerytowanym rewolwerowcu-pijaku, który patrzy w przeszłość i nie może poradzić sobie z wyrzutami sumienia wobec osób, które skrzywdził. Wywrócenie konwencji westernu do góry nogami – co to za kowboj, któremu przykro, że zabił, przecież na pewno zrobił to w dobrym celu! – przyniosło mu Oscara za najlepszy film roku, nie pociągnęło jednak za sobą innych twórców; lata 90. były w masowym kinie mocno zachowawcze. W kolejnej dekadzie było co prawda Zabójstwo Jesse Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda, metafizyczny western z Bradem Pittem i Caseyem Affleckiem, było Prawdziwe męstwo braci Coen, ale dopiero Django wywołał rewolucję na rynku. Nie bez znaczenia był dla innych producentów także kasowy sukces filmu Quentina Tarantino. Przy budżecie oscylującym wokół 100 milionów dolarów obraz zarobił – tylko z dystrybucji kinowej na całym świecie – ponad cztery razy tyle. Głośniejsze westerny poprzedniej dekady, jak Bezprawie Kevina Costnera czy 3.10 do Yumy Jamesa Mangolda, zwróciły się z tylko lekkimi nawiązkami. A jeśli wierzyć temu, że w Hollywood koszty promocji potrafią być tak wysokie, jak budżety na realizację, to producenci mogli być nawet na minusie. Jeśli szukać gatunku, który niezależnie od wysokości wkładu przyniesie błyskawiczny zysk, to na pewno nie był nim western na początku lat zerowych.

django.jpg
"Django", fot. archiwum dystrybutora

Czas na czarne westerny

Ruszona przez Quentina Tarantino machina rozkręciła się od połowy minionej dekady. Ale wpływ na wizerunek współczesnych westernów miały zmiany obyczajowe w filmach. Od niespodziewanego sukcesu Moonlight kino masowe zapragnęło zrehabilitować się wobec wieloletniego pomijania historii Afroamerykanów, a western – rozliczyć się z latami kolonializmu. Westerny były nie tylko kasowymi produkcjami, także narzędziami propagandy i polityki historycznej Stanów Zjednoczonych. Dziś na fali nowych standardów moralnych i obalania pomników kolonialnej przeszłości western znów pokazuje inną twarz Ameryki – pisał w Polityce Marek Ostrowski. Dlatego obsada obecnej od niedawna na Netfliksie Zemsty rewolwerowca jest czarna. To jednak w żaden sposób nie jest potraktowane jak społeczny komentarz – twórcy chcą po prostu pokazać, że na Dzikim Zachodzie czarni byli i prawymi obywatelami, i zbirami, kowbojami, lekarzami czy prawnikami. Z kolei pod płaszczykiem westernowej konwencji wspomniany już Quentin Tarantino opowiedział w Nienawistnej ósemce o społecznych konfliktach, jakie targają współczesną Ameryką. Bez znaczenia, jakiej jest się płci i jaki ma się kolor skóry – tu wszyscy chcą się nawzajem pozabijać.

Współcześni filmowcy wykorzystują też westernowe klisze do stworzenia międzygatunkowych kolaży. Kowboje kontra zombie? Brzmi kretyńsko, ale w Bone Tomahawk Craiga S. Zahlera (bodaj najważniejszego z najbardziej niedocenionych twórców Hollywood) krzyżówka kina rodem z Dzikiego Zachodu oraz krwawego horroru udała się doskonale. Slow West Johna Macleana eksploruje z kolei obecny w kinie od zawsze motyw dorastania, tu zestawiając go z klasycznym filmem drogi. A bracia Coen, jak to zwykle mają w zwyczaju, przenoszą na prerie swoje danie popisowe – czarną jak smoła komedię absurdu i pomyłek. Szkoda, że ich Ballada o Busterze Scruggsie nieco przepadła w zalewie premier Netfliksa. Czy tak samo będzie z Psimi pazurami Jane Campion, które od początku grudnia będą dostępne na tej platformie? Historia dwóch zwaśnionych ze sobą braci, z których jeden jest postępowy, a drugi tkwi w kleszczach dawnych wzorców i ideałów jest arthouse'owa. Fani powolnej narracji oraz długich ujęć zacierają ręce, ale masowy widz może mieć z tym problem, nawet pomimo znakomitej obsady; na ekranie pojawią się Benedict Cumberbatch, Kirsten Dunst i Jesse Piemons.

psie pazury.jpeg
"Psie pazury", fot. Netflix

Nie da się ukryć, że western to gatunek specyficzny, mocno polaryzujący. Wielu widzów odrzuca go z zasady, niektórym słusznie kojarzy się z kinem sprzed lat – jednym z powodów końca złotej ery filmu kowbojskiego była rewolucja kulturowa z końca lat 60., gdy młodzi wyrzucili do kosza wszystko, z czym kojarzyły im się zajawki ich rodziców. I przez dekady oparty na wytartych już kliszach. Nic więc dziwnego, że w erze spychania dawnych stereotypów z cokołów i opowiadania wielu historii na nowo, western nagle odżył.

Ale na jak długo? Tacy Bracia Sisters z Jake'em Gyllenhallem i Joaquinem Phoenixem okazali się komercyjną wtopą. Bone Tomahawk nie zwrócił się budżetowo. Nieco lepiej poszło z Nienawistną ósemką, chociaż tu zadziałała magia nazwiska twórcy. Liczb wykręcanych przez netfliksowe produkcje nie znamy. Może być więc tak, że z westernem będzie jak z płytami winylowymi. Są od zawsze, będą na zawsze, ale przede wszystkim dla zajawkowiczów tematu. Reszta sięgnie po czytelne klisze – podział na dobro i zło, gloryfikację konkretnych cech czy ludzkich postaw, ale ubrane w zupełnie inne szaty.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.