Prezes wielkiej firmy budowlanej Erbud postanowił pomóc podupadającej przez pandemię branży gastronomicznej. I zarządził, że co tydzień jego pracownicy będą jeść darmowe, zamawiane z lokalnych restauracji obiady. Na koszt firmy.
O całej akcji jako pierwszy napisał serwis Noizz. My postanowiliśmy skontaktować się z prezesem Erbud, Dariuszem Grzeszczakiem, który opowiedział nam o tym, dlaczego zdecydował się na pomoc drobnym punktom gastronomicznym.
To był impuls czy decyzja po dłuższym namyśle? Pomysł miał wziąć się stąd, że zauważył Pan, jak wiele lokali wokół Erbud przestało działać.
Co się otwiera gazetę czy ogląda telewizję, to trafiamy na dość pesymistyczny przekaz, jak to nasza gospodarka cierpi. A gospodarka to nie słupki w Parkiecie, ale ludzie, którzy tracą prace, szukają dorywczych fuch – także w naszej firmie – żeby jakoś załatać dziurę w domowym budżecie. My w tym czasie zatrudniamy, notujemy rekordowe wyniki, mamy świetny portfel zleceń i w kieszeni kryzysu nie widać. Tymczasem to nie jest tak, że inni pracowali od nas gorzej, dlatego dziś słabiej im się wiedzie. Nasze budowy nie stanęły na minutę, tymczasem restauracje przestały normalnie działać z dnia na dzień.
Ja naprawdę 30 lat temu nie przewidziałem, że lepiej iść w budowlankę niż w gastronomię, bo a nuż ktoś zje w Wuhan nietoperza i będzie wielka światowa pandemia. Gospodarka to system naczyń połączonych jak w wierszu Tuwima – murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania i tak dalej. Przed pandemią chodziliśmy na lunche do okolicznych restauracji. Dzisiaj dostajemy czasem desperackie prośby od ich właścicieli, którzy oferują kolejne promocje, żeby chociaż starczyło im na czynsz i pensje. Nie pomożemy wszystkim, wiadomo. Ale w tym roku nie było wyjazdów integracyjnych, lunchów biznesowych, wielkiego pikniku z okazji 30-lecia firmy, nie ma wigilii pracowniczych. Coś tam w tej sakiewce zostało. Więc chcemy się podzielić, a zyskamy na tym wszyscy.
Zasady dotyczące tego, żeby korzystać z usług restauracji w pobliżu oddziałów Erbud, żeby wspomagać każdy lokal tylko raz, to też Pańska robota?
Mamy kilkanaście lokalizacji – oddziały w całej Polsce, spółki zależne. Zależało mi, żeby w pierwszej kolejności dofinansowywać te lokale, które znamy i do których chodziliśmy przed pandemią. Bo gdy pandemia dobiegnie końca, to przecież chcemy, żeby istniały i nadal nas karmiły. Po latach zachwycania się mitem globalnej wioski wracamy do naszych małych ojczyzn. Ważne stają się relacje sąsiedzkie – bo to właśnie sąsiad zrobi nam zakupy i położy je na wycieraczce, kiedy mamy kwarantannę. Proszę sobie wyobrazić reakcje restauratora, wyposzczonego przez pandemię, jak nagle odbiera telefon: dzień dobry, jesteście w stanie przygotować nam na środę 140 obiadów? Nie chcemy faworyzować jednego lokalu. Erbud to kilkanaście lokalizacji w całej Polsce. Akcja trwa siedem śród, więc łącznie mamy co najmniej setkę lokali, w których złożymy zamówienia. Ostatnio pod jednym postem o naszej akcji przeczytałem komentarz: co, pewnie zamawiają tylko u znajomych królika?. Ja, królik, obiecuję, że nie mamy tylu znajomych (śmiech).
Czy da się już policzyć, jaką kwotą Erbud zasila lokalną gastronomię dzięki takim cotygodniowym zamówieniom?
Jesteśmy w połowie tego cyklu, który zakładał siedem kolejnych śród. W firmie pracuje 2500 osób, z czego większość to pracownicy na budowach – oni od zawsze otrzymują od nas obiady, bo na realizacjach działają kantyny. Myślę, że akcja finalnie będzie nas kosztować nie więcej niż 250 tys. zł. Mamy za sobą dobry rok, możemy sobie pozwolić na taki wydatek.
Czy gdyby po świętach nie nastąpiło odmrożenie, akcja będzie kontynuowana?
Taki mam plan. Akcja została bardzo dobrze przyjęta przez pracowników. A z ich zdaniem zawsze liczę się najbardziej. Osobiście trochę się obawiałem, czy nie będzie w firmie głosów: rozdaje na zewnątrz, zamiast dać nam podwyżki. Wie Pan, zawsze wszystko można zhejtować, obśmiać i ja bym to zrobił lepiej, zresztą dziś panuje moda na krytykanctwo. Okazało się jednak, że pracownicy zrozumieli moje przesłanie – my mamy się dobrze, nie zwolniliśmy ani jednej osoby z powodu koronawirusa, pensje i premie są wypłacane bez zakłóceń. Myślę, że wszyscy dobrze postrzegają ten pomysł. Pracownicy wykazali się dużą solidarnością – to po pierwsze, a po drugie, chyba po prostu smakują im zamawiane obiady. No i po trzecie – tematem small talku w biurach zaczęło być już od poniedziałku to, skąd w środy zamawiamy jedzenie. Może chociaż trochę odwróciło to uwagę od dość depresyjnych wiadomości o kolejnej liczbie zakażeń? To wpływa na morale i nastroje w pracy.
Czy wspomagane przez Erbud lokale zareagowały? Może wie Pan już z rozmów, na ile pomocne były wasze zamówienia?
Dziś świat kręci się w social mediach – restauracje dziękowały na Instagramie i Facebooku za włączenie ich w naszą akcję. Wdzięczność to jedno, ale myślę, że w dużej mierze chcieli też podsunąć innym firmom ten pomysł. Potem napisał o akcji AszDziennik, chwaląc, że: to lepsze niż owocowe czwartki. Trochę nawet pogniewał się o to nasz dział HR, który długo przekonywał mnie do zamawiania tych owoców do naszej warszawskiej siedziby. Zresztą po latach już sam nie pamiętam, co mi się w tym nie podobało. Po tej publikacji restauracje zaczęły same się do nas odzywać z zapytaniem, czy możemy u nich zrobić zamówienie na kolejną obiadową środę. Część tych ofert, z tego co wiem, spotkała się z zainteresowaniem w naszych oddziałach. Część lokali była po prostu zlokalizowana za daleko, lub w ogóle w tym mieście nie mieliśmy oddziału. Powtórzę – wszystkim nie da się pomóc.
Ma Pan wrażenie, że w polskim biznesie wciąż za mało takich gestów? Może warto w jakiś sposób zachęcić konkurencję do podobnych działań?
Wręcz przeciwnie! Myślę, że takich gestów nie brakuje. Wiele firm stanęło na wysokości zadania i pomaga, jak może. Te tysiące maseczek, rękawiczek, akcje wspierania medyków – naprawdę skala pomocy robi ogromne wrażenie i przywraca wiarę w ludzkość. Co do samej gastronomii – namawiam różnych moich kolegów, szczególnie tych, którzy są na dużym plusie, żeby skopiowali od nas tę akcję. Daję im nawet darmową dyspensę na plagiat, tak w drodze wyjątku. Państwu też bardzo dziękuję, że zainteresowaliście się tym tematem, bo może ktoś usłyszy o pomyśle i wprowadzi go w swojej firmie. Dlatego też zgodziłem się na ten wywiad, biorąc na siebie duże ryzyko – zapewne w komentarzach pod nim pojawi się coś w stylu lansuje się na pomocy. Ale na szczęście mam już tyle lat, że mogę się tym nie przejmować i dalej robić swoje.
