O rapie spoza Europy i Stanów Zjednoczonych mówi się rzadko albo wcale. Warto to zmienić i pomiędzy kolejnymi głośnymi albumami Travisa Scotta, Drake’a, Playboia Cartiego i Skepty wrzucić czasem coś mniej oczywistego.
Znacznie większa komercyjna popularność azjatyckiego rapu zaczęła się od szumu wokół kolektywu 88 Rising, który wystrzelił mocno kilka lat temu i wylansował takich graczy, jak m.in. Rich Brian, Joji, Higher Brothers, Dumbfounded czy Keith Ape. Marka błyskawicznie zyskała na rozgłosie, a odpowiedzialny za to zamieszanie head honcho Sean Miyashiro pomógł rozwinąć kariery wielu azjatyckich (lub amerykańsko-azjatyckich) artystów i artystek.
O ile 88 Rising jest już mocno zakorzenione w świadomości międzynarodowego odbiorcy, o tyle sława wielu japońskich, koreańskich czy singapurskich raperów i raperek nadal kończy się na lokalnych scenach. Jasne, sporo tam powtarzalności i kopiowania trapowych patentów z USA, ale jest to gatunek, w którym większość wykonawców ma problem z wykrzesaniem z siebie kreatywności, przez co spora część tego genre’u jest wtórna. Wybraliśmy jednak to, co różnorodne i najciekawsze – dō itashimashite!
Ten młodziak z Tokio najbardziej upodobał sobie spokojniejszy, osadzony w mellow rapowej estetyce wajb. Na swoim koncie ma dwa mixtape'y z wyraźną dominacją właśnie tej stylówki i odpowiednią domieszką melodyjnych refrenów czy nieco brudniejszych wstawek. Jego największym przebojem wciąż pozostaje track Majinahanashi, w którym pokazał bardziej wyrazistą, trapowo-drillową odsłonę. Szczerze? Chcielibyśmy usłyszeć więcej agresji i mroku kosztem momentami zbyt ckliwych, rapowych ballad. Patrząc na to, jak szeroko poniósł się wideoklip, nie widzimy żadnych przeszkód. Zresztą, podobne klimaty zaserwował w późniejszym singlu Jitsuroyoku, więc coś jest na rzeczy. Obserwujcie tego dwudziestoparolatka, bo to jeden z ciekawszych undergroundowych talentów.
Radosna ekipa potrafi w bujający groove i melodie, przy których ciężko wybrać inną opcję niż on repeat. Południowokoreański zespół ma w swoich szeregach nazwiska kojarzone dość dobrze na tamtejszej scenie: Omega Sapien i Sogumm. Skład uzupełniają m.in. wnjn, San Yawn i Mudd the Student. Gdybyśmy mieli porównać ich do jakiegoś rodzimego bandu, to wskazalibyśmy na trójmiejską Undę. Miłość do pozytywnej muzyczki, niewyczerpane pokłady luzu i idealnie wyważony miks rapu z soulful elektroniką i R’n’B. Słychać tu echa Thundercata, słychać Tylera, the Creatora i The Internet, słychać po prostu przepełnioną słońcem scenę Los Angeles. Póki co, artyści z Seulu zaprezentowali światu pojedyncze single, 2021 rok zaczęli od dwóch, więc liczymy, że niedługo wpadnie od nich bardziej wyczerpujący materiał. Na ból pleców tiger balm, na ból duszy Balming Tiger.
Indonezyjska raperka to ekwiwalent przebojowości, charyzmy i pewności siebie. Skojarzenia z rozpoznawalnymi amerykańskimi artystkami pokroju Dojy Cat, Cardi B czy Megan Thee Stallion nie są tu przesadzone. Zresztą wśród swoich największych inspiracji wymienia m.in. Nicki Minaj, Lil' Kim czy Missy Elliott. Ramengvrl rapuje po angielsku, flow ma wysokiej próby, a bity niewiele różnią się od tego, co można usłyszeć u popularniejszych koleżanek po fachu.
Pochodząca z Dżakarty raperka porusza kwestie, które w konserwatywnej kulturowo Indonezji nie uchodzą za zbyt popularne, szczególnie w przestrzeni publicznej. Mowa o swobodzie kobiet w podejściu do seksualności, tematach związanych z płynnością płciową czy przebijaniu szklanego sufitu w zdominowanym przez mężczyzn środowisku. W 2020 zadebiutowała długogrającym albumem Can’t Speak English i jest to dobry materiał na rozpoczęcie przygody z jej twórczością.
Na chwilę odchodzimy od ekstrawertycznego trapu i idziemy w medytacyjne rejony, gwarantujące masaż głowy oraz niezbędne w tych czasach wyciszenie. Triad God to wietnamsko-hongkoński raper zamieszkały w południowym Londynie. Do tej pory wydał dwa albumy – NXB i Triad – na których dominują oniryczne, rozmarzone, odrealnione klimaty rodem z magicznej krainy anime powstałej w wyobraźni Hayao Miyazakiego. Eksperymentalny emo rap at its best.
Vinh Ngan blisko współpracuje z brytyjskim producentem Palmistry, który dostarcza bity nasączone jednocześnie sporą dawką melancholii i przebojowości. Azjatycki artysta nie tylko rapuje, ale też recytuje, a momentami również śpiewa w swoim ojczystym języku kantońskim. Wszechstronny chłopak tworzący rapowe piosenki, przy których można – a nawet należy – rozpływać się w kontemplacyjnym nastroju.
Rocznik 93., reprezentant mainstreamowego rapu środka. Bez trapowej monotonii, bez oldskulowego przykurzenia, za to z melodyjnymi, bezpiecznymi bitami i melodeklamacją przerywaną wokalnymi popisami. Referencje? Z pewnością najbliżej mu do Chance’a the Rappera, Drake’a i Ty Dolla $igna, którzy śmiało mieszają w swojej twórczości R’n’B, pop i hip-hop. Miejscami może zbyt przesłodzone i przestylizowane, ale trzeba przyznać, że ma swój urok.
Słyszeliście kiedyś o japońskim grime? Stawiający swoje pierwsze muzyczne kroki Ralph jest wizytówką tego kraju względem propagowania gatunku powstałego na Wyspach Brytyjskich. Tajemnicza aura, nieoczywiste bity, uliczne wątki, a do tego niski, wyraźnie bassowy wokal powodują, że warto mieć na tego artystę oko. Zresztą, jeśli ktoś nawija pod breakbeatowe podkłady, to nie mamy pytań. Jeśli jesteście nasyceni wysypem bliźniaczo do siebie podobnych UK drillowców, to zbadajcie ten trop. Z tego newcomera będą ludzie.
W skład tego licznego japońskiego kolektywu wchodzi szesnastu raperów. Jedna z najpopularniejszych muzycznych grup stawia na brzmienie bliższe truskulowi i współczesnej kalifornijskiej scenie. Rozgrzana maska Chevroleta Camaro, deskorolkowy crusing o zachodzie słońca zmiksowane z zatłoczoną i gwarantującą przebodźcowanie Shibuyą. Przyjemne bity, w których boom bap przecina się z instrumentalami i kosmicznym anturażem przywołującym na myśl produkcje Mndsgna i feel good numery, które idealnie nadadzą się pod nadchodzące długie letnie wieczory. Zapomnijcie o nadpobudliwym, krzykliwym trapie, tu liczy się melodyjność wzorowana na najlepszych czasach The Neptunes. Czy tak właśnie wygląda azjatycka odpowiedź na boysbandowe rap piosenki Brockhampton?
Weteranka sceny, 34-letnia artystka Awich to jeden z niewielu przykładów rapujących kobiet w azjatyckiej branży, a jej historia to materiał na poruszający, filmowy dramat. Pochodzi z Okinawy, gdzie po II wojnie światowej stacjonowały amerykańskie wojska, co wiązało się w owym czasie z wieloma niełatwymi doświadczeniami i powojenną traumą jej rodziny. Od najmłodszych lat interesowała się poezją, a hip-hop odkryła w nastoletnim wieku dzięki All Eyez On Me Tupaca Shakura. Na studia wyleciała do Atlanty, gdzie poznała swojego przyszłego męża, który został później zamordowany. Spory bagaż doświadczeń, prawda?
Jej kariera muzyczna też była wyboista. Bycie kobietą w zmaskulinizowanym rapowym świecie, a do tego jeszcze w Japonii to – lekko mówiąc – niełatwy kawałek chleba. Kiedy podpisała kontrakt z komercyjnym tokijskim labelem szybko się z niego wypisała, bo wytwórnia zabraniała poruszać jej politycznych tematów. Obecnie jest żeńskim wyjątkiem w kreatywnej ekipie Yentown i wydaje w majorsowym gigancie Universalu. Zaangażowane teksty i sceniczna charyzma powodują, że stylówa Awich przyciąga jak magnes. Zwróciło to uwagę m.in. kolektywu 88 Rising, ale też pozostałej części lokalnych wykonawców. Przez lata raperka wyrobiła sobie markę, dzięki której jest obecnie uważana za jedno z najważniejszych nazwisk azjatyckiego hip-hopu. Klasa.
PS: W tej historii jest też polski akcent, bo Awich pojawiła się gościnnie w ubiegłorocznym numerze Tymka - Aligator.