Konserwatysta, którego ogląda nawet lewica? Clint Eastwood i paradoks jego filmów

The 77th Annual Academy Awards - Photo Room
fot. Frank Micelotta/Getty Images

Tylko pozornie świat Clinta Eastwooda jest czarno-biały. Bohater kontra system. Dawne kontra nowe. Ale stary mistrz nie byłby starym mistrzem, gdyby budował swoje filmy tylko na tak oczywistych opozycjach.

Amerykanie byli w lekkim szoku. Rok 2012, florydzka konwencja Republikanów. Na scenie pojawia się żywa legenda kina, 82-letni wówczas Clint Eastwood. Siada i... zaczyna rozmawiać z pustym krzesłem. Eastwood szydził w ten sposób z urzędującego wówczas prezydenta Baracka Obamy, który, zdaniem reżysera, ignorował sprawy ważne dla zwykłych obywateli – to on był niewidzialnym bohaterem tego politycznego performance'u. A niewidzialnym, bo według Eastwooda niby był prezydentem, ale jednak go nie było. Co z pańskimi obietnicami? 23 miliony Amerykanów dalej nie ma pracy. To hańba – mówił, wywołując aplauz widowni. Co prawda Obama w odpowiedzi zadeklarował się jako fan twórczości Eastwooda i nawet nagrodził go Prezydenckim Medalem Wolności, ale ten dalej nie odwzajemniał ciepłych uczuć. I nawet nie pofatygował się do Białego Domu po odbiór wyróżnienia.

Równocześnie ten sam Eastwood w tym samym 2012 roku podpisał się pod listem do Sądu Najwyższego USA na rzecz zalegalizowania małżeństw jednopłciowych. Dajmy każdemu żyć tak, jak mu się podoba – mówił. Oglądając niedawnego Przemytnika czuć, że jego autor poparłby też ustawę na rzecz powszechnego zalegalizowania miękkich narkotyków. Czyli jednak nie konserwatysta a libertarianin? Głosował na różnych szczeblach wyborczych zarówno na Republikanów, jak i Demokratów i wspierał pieniędzmi obie partie. Takie jest właśnie kino Eastwooda. Bardzo indywidualistyczne. Wyrwane z szufladek. Przewrotne i właśnie libertariańskie – pisał w Teologii Politycznej Łukasz Adamski.

"Gran Torino" Los Angeles Premiere - Red Carpet
fot. Alexandra Wyman/WireImage/gettyimages

I chyba właśnie tak należy odczytywać filmy Eastwooda. Najnowszy, Cry Macho, miał wejść do kin w piątek, ostatecznie premierę przeniesiono na listopad. To historia starszego człowieka, dawnego gwiazdora rodeo, który jedzie z Teksasu do Meksyku, by sprowadzić wciągniętego w przestępcze życie syna swojego szefa, a podróż będzie dla niego rozliczeniem z własnym życiem. I tym momentem, w którym może przemyśleć parę spraw. Można powiedzieć, typowy Eastwood – znów mocny główny bohater, klarowny podział na dobro i zło oraz najbardziej amerykańska z amerykańskich scenerii, bo jak inaczej określić teksański bezkres. Wątki biograficzne obecne; reżyser jest ojcem ośmiorga dzieci, które ma z sześcioma kobietami, o jednej z córek dowiedział się dopiero wiele lat po jej narodzinach. Nie ukrywa żalu do siebie o to, że zaniedbał ojcostwo na rzecz kariery. I że nie we wszystkich aspektach dobrze pokierował swoim życiem.

Tyle że Eastwood nigdy nie jest typowy.

Sam przeciwko wszystkim

Weźmy choćby jego najgłośniejszą produkcję ostatnich kilkunastu lat, Gran Torino. Kontrowersyjną; dla wielu przywracającą ducha dawnego Hollywood, epoki filmów ku pokrzepieniu serc, dla wielu zwyczajnie nieznośną. Okej, kiedy Clint Eastwood wciela się w rolę ponurego jak noc weterana, który nie cierpi swoich azjatyckich sąsiadów i jako ostatni sprawiedliwy wypowiada wojnę lokalnym, imigranckim gangom, można się uśmiechnąć. Cały festiwal towarzyszących mu gniewnych min i pomruków jasno wskazuje, że mamy do czynienia z pastiszem jego dawnych filmowych bohaterów. Ale gdy poznając prawdziwe życie Azjatów z sąsiedztwa przeżywa coś na kształt oświecenia, wówczas satyrę przykrywa lukier w trudnych do przełknięcia ilościach. Sam Eastwood nigdy nie ukrywał, że najbardziej interesowała go złożoność swojego bohatera, a ksenofobem nie jest – zresztą trudno, żeby nim był, skoro sam zaczynał karierę jako aktor wielu europejskich westernów. Ale już grający w Gran Torino nastoletniego bohatera Bee Vang wspominał po latach, że biała widownia śmiała się w kinie głównie z żartów na temat Azjatów. Sugerował przy tym, że ten lekceważący stosunek do jego nacji eksplodował w 2020 roku, kiedy Amerykanie zaczęli oskarżać Azjatów o rozprzestrzenienie koronawirusa. I – między słowami – że Gran Torino więcej zepsuło niż pomogło. Jak tu racjonalnie ocenić wymowę tego filmu?

A przecież to jeden z wielu mocno niejednoznacznych obrazów Clinta Eastwooda. W Bez przebaczenia (cztery Oscary, w tym dla najlepszego filmu i najlepszego reżysera) zrywa z podtrzymywanym przez amerykańską popkulturę mitem Dzikiego Zachodu – źli przestępcy, dobrzy kowboje, dużo koni i kaktusów. Tu główny bohater, podstarzały rewolwerowiec, dobrze strzela tylko po pijaku, a pije, bo nie może pogodzić się z przeszłością i wstyd mu za to, że zabił tyle osób. To trochę tak, jakby Eastwood, uchodzący za twórcę do bólu amerykańskiego, wyrzucił do śmietnika całą westernową mitologię, na której wychowały się miliony jego rodaków. Snajper gloryfikował kult męstwa, przejawiający się w odwadze tytułowego bohatera, członka Navy Seals, ale cały film jest tak naprawdę o tym, jakie spustoszenie może wywołać w człowieku stres pourazowy, z którym zmaga się wielu wracających z wojny weteranów.

Z kolei Richard Jewell, Sully i Oszukana to już tytuły, w których Eastwood otwarcie krytykuje państwo. W tym pierwszym gorliwy ochroniarz imprez towarzyszących igrzyskom olimpijskim w Atlancie dzięki przywiązaniu do przepisów zapobiegł śmierci setek osób podczas wybuchu podłożonej bomby. Miał być bohaterem, tymczasem FBI i media oskarżyły go o to, że sam jest odpowiedzialny za zamach. Podobnie Sully – tytułowy bohater, pilot, uratował 155 osób, lądując niesprawnym samolotem na rzece Hudson, a tymczasem państwo skupiło się na wyciąganiu przepisów, których rzekomo miał nie przestrzegać. Kiedy w Oszukanej matka zaginionego dziecka trafia do szpitala psychiatrycznego, bo w odszukanym przez policję chłopcu nie rozpoznała swojego syna, chyba nawet najbardziej zobojętniały widz choć na chwilę z nią sympatyzuje.

Thunderbolt And Lightfoot
fot. Silver Screen Collection/Getty Images

Narodowe dobro USA

Eastwood kocha Amerykę, ale widzianą oczyma zwykłych ludzi, którzy porywają się na niezwykłe rzeczy. Jest przy tym krytyczny wobec systemu. Może dlatego, że jako 91-latek widział już zbyt wiele, żeby nabierać się na kolejne obietnice polityków? Pamięta, jak wyglądał kraj po Wielkim Kryzysie, który dotknął także jego rodzinę; w latach 30. Eastwoodowie wielokrotnie przeprowadzali się za chlebem, dopiero później udało im się ułożyć sobie spokojne życie. Szanuje pieniądze – jako nastolatek imał się przeróżnych prac, by pomóc rodzicom. I, oczywiście, odsłużył swoje w armii. Karierę też budował mozolnie, osiągając pierwsze znaczące sukcesy grubo po 30-tce. W dodatku grając nie w USA, a na planach włoskich westernów Sergia Leone.

Eastwood jest zatem ucieleśnieniem amerykańskiego mitu od zera do bohatera. Mentorem, kręcącym filmy pod rozwagę, ale i ku podniesieniu ducha. Używającym amerykańskiej flagi, ale nie wycierającym sobie nią twarzy. Wierzącym w obywatela, nie politykę. To wystarczy, by dzięki swoim – umówmy się, nie zawsze dobrym – filmom i niepopularnym we współczesnych czasach poglądom, stać się idolem widzów konserwatywnych. A ci podskoczyli z radości, gdy w 2016 roku chwalił Trumpa za to, że ma gdzieś poprawność polityczną i nie jest mięczakiem. Kiedy byłem młody, nikt nie nazwałby rasizmem tego, co dziś mówi Trump – przekonywał.

Ale krzywdzące byłoby pakowanie widowni Eastwooda do konswerwatywnego worka. To także reżyser, który – jako jeden z niewielu w mainstreamie – jest lekko impregnowany na nowoczesne eksperymenty, za to konsekwentnie trzyma się kina w duchu złotej ery Hollywood. Musi być przystępnie, z wyraźnie nakreślonym bohaterem (albo bohaterką – w końcu jego największy sukces to Za wszelką cenę), uniwersalną, chwytającą za serce historią. I klasycznie, bardzo klasycznie. Jeżeli w kinie szukacie progresywnego wariactwa, Clint Eastwood będzie tak emocjonujący, jak czytanie szkolnej lektury po uprzednim pochłonięciu American Psycho. Ale jeśli waszymi dziesiątkami na Filmwebie są Braveheart, Forrest Gump czy Skazani na Shawshank, to gracie w tej samej lidze, co ten człowiek.

A Fistful of Dollars
fot. Silver Screen Collection/Getty Images

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.