„Menu”, czyli przez żołądek do serca (RECENZJA)

menu cover.jpg
fot. archiwum dystrybutora

Przedziwna hybryda thrillera, kina społecznego i czarnej komedii broni się oryginalnością, natomiast nie oczekujcie od Menu niczego więcej poza smacznym zapychaczem. Co prawda nawet w najlepszych kuchniach zdarzają się takie potrawy.

I niech to będzie pierwsza oraz ostatnia kulinarna metafora w tym tekście. Film Marka Myloda wręcz prowokuje do pójścia na intelektualną łatwiznę i przypominania sobie wszystkich słów, które kojarzą się z jedzeniem. A przecież nie nakarmisz oczu... dobra, stop. Zamiast tego – parę zdań wprowadzenia.

Podobno pomysł na film przyszedł scenarzyście Willowi Tracy'emu (m.in. Sukcesja), gdy trafił do eleganckiej restauracji na samotnej wyspie, do której musiał dostać się łodzią. Gdy ta odpłynęła, zdał sobie sprawę, że jest tu na jakiś czas uwięziony. A co, gdyby na to samo zdecydowali się bohaterowie, nie wiedząc, że w restauracji czyha na nich zagrożenie? – pomyślał.

I stworzył postać Juliana Slowika (Ralph Fiennes), szefa kuchni z coachingowo-sekciarskimi zapędami. Relacje z klientami Slowik opiera na zasadach jak z koszarów; kiedy tylko klaśnie, goście mają przestać jeść, żeby wysłuchać jego długiego wykładu o potrawach i samej idei jedzenia. Kilkadziesiąt lat temu zostałby wyśmiany, ale dzisiaj jedzenie nie jest już tylko potrzebą, ale i stylem życia, zestawem konwenansów, których trzeba przestrzegać, by móc przynależeć do określonej grupy. Ci, którzy stołują się w leżącej na otoczonej oceanem wyspie Hawthorne, kupują zatem ucztę smakową wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza.

menu 1.jpg
fot. archiwum dystrybutora

A stołuje się nie byle kto, bo bogacze: dawne gwiazdy show-biznesu, krytyczka kulinarna, biznesmeni, generalnie wszyscy, którzy są w stanie zapłacić duże pieniądze za coś więcej niż tylko jedzenie. Praktycznie tylko Margot (Anya Taylor-Joy) wyróżnia się na tle reszty, zarówno wyglądem, jak i podejściem do tematu; jako jedyna traktuje Slowikowe wynurzenia jak zwykłe pi***olenie. Bo już jej partner Tyler (Nicholas Hoult) spiłby z ust szefa kuchni każdą, nawet najbardziej niedorzeczną myśl. Swoją drogą w roli bogatego przygłupa Hoult odnajduje się zaskakująco dobrze.

Wyszydzanie mentalnej płytkości elit to temat życia Marka Myloda – wystarczy dodać, że facet jest reżyserem Sukcesji i już staje się jasne, dlaczego bogaci mają w Menu pod górkę. Tu też zestawia styl życia uprzywilejowanych z normalsami, ale bardziej interesuje go żart z mody na przeżywanie doświadczeń. Wiecie, o co chodzi – ubieranie zwykłych czynności w górnolotne słowa i idee, jak wtedy, kiedy zwykła piekarnia nagle zaczyna funkcjonować jako galeria wypieków. Teoretycznie nie ma tu się z czego śmiać, bo i dlaczego obcowanie z wyjątkowo luksusowymi potrawami nie może być dostarczycielem podobnej duchowej przyjemności co lektura dobrej książki. Ale w Menu chodzi o przekroczenie cienkiej granicy pomiędzy doświadczeniem a fiksacją na tym punkcie. Wybaczcie brutalne porównania, ale to są tacy ludzie, że nawet gdyby Slowik porzygał się na stół, a potem zacząć truć coś o tym, że ta kompozycja podkreśla odwieczną walkę człowieka z przytłaczającymi go pragnieniami, kupiliby to od razu.

Oczywiście w pewnym momencie Menu zamienia się w regularne Squid Game, a Slowik staje się psychopatą, sterującym gośćmi. Satyra na bogatych, sytych jak kocury mieszczuchów ustępuje miejsca thrillerowi, a widz czuje, że społeczny sztafaż to jedno, ale w Menu chodzi przede wszystkim o rozrywkę. I jest to zrobione solidnie. Zresztą cały film jest zrobiony solidnie, aczkolwiek nie spodziewajcie się tu przewrotu kopernikańskiego. Ci, którzy mają być wyśmiani – jak upadła krytyczka kulinarna czy aktor, który wstydzi się dawnej roli – zostają wyśmiani. Tam, gdzie ma być napięcie – jest napięcie. Konflikt klas (bogatych reprezentują goście i, oczywiście, maestro Slowik, biednych – jego pracownicy) też odhaczony.

menu.jpg
fot. archiwum dystrybutora

Znacznie ciekawsze jest natomiast usytuowanie Menu w kontekście współczesnej kultury popularnej, bowiem Mark Mylod i produkujący całość Adam McKay (Nie patrz w górę) sięgają przynajmniej po dwa istotne tematy. Pierwszym jest villain jako obiekt masowej fascynacji i naprawdę nie trzeba wiele czasu, by dostrzec swego rodzaju pokrewieństwo pomiędzy Julianem Slowikiem a namiętnie sterującymi ludźmi socjopatami pokroju Elona Muska czy Donalda Trumpa. Drugim – zupełnie inne portretowanie świata kuchni w kinie i telewizji. W Hawthorne przygotowanie każdej kolacji jest jak ćwiczenia przed bitwą, co zresztą równie dobrze oddaje popularny ostatnio The Bear. Po modzie na opowiadanie o slow food, gdzie szefowie kuchni selekcjonują półprodukty długo i pieczołowicie, dostajemy jej rewers, uniwersum jak z najgorszych odcinków Hell's Kitchen czy opowieści Polaków, pracujących w latach 90. w kuchni na Wyspach. I niestety ta strona medalu jest ewidentnie bliższa rzeczywistości.

Warto zajrzeć w to Menu? Warto, ale tylko jako niezobowiązujący pomysł na miłe spędzenie wieczoru. I bez popcornu, bo to jak wchodzenie w brudnych butach na elegancki raut. Od samego widoku potraw na ekranie chce się wydać pół pensji na kolację w najdroższej knajpie w okolicy. Jeśli podprogowy przekaz Menu ma zachęcić ludzi do wspierania przetyranej recesją lokalnej gastronomii, to może się udać.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.