Mielzky: śmieszkowie na baletach mają największy bajzel w bani. Każdy ma w sobie Robina Williamsa (ROZMOWA)

Zobacz również:Mielzky na grubo: nowy singiel już jest, nowa płyta - za moment
GrubyMielzky_01_fot_szerszen.png
fot. szerszeń

Rozstrzał między Młodym Ryszardem Kaliszem, internetowym śmieszkiem i piewcą polskiego ramenu a sentymentalnym, refleksyjnym, dzielącym się osobistymi przejściami Mielonem był tak uderzający, że odwiedziliśmy go w Sopocie, aby porozmawiać przy okazji wypuszczenia Do Wesela Się Zagoi. Bez dawnej napinki i z masą rozkmin Gruby Mielzky opowiedział o tej długiej, niełatwej drodze. I zaprosił do swojego świata korzennego rapu, bukmacherki i Twitcha.

Mógł być bardziej wymowny dodatek do fizyka Mielzky’ego niż dwa kielony?

Zrobienie wesela. Był zajebisty plan, żeby do preorderów wrzucać zaproszenie z opłaconym dojazdem, noclegiem i zrobić bibę w garniturach. Nie tak przypałowo jak w klubach udających wesele - po prostu motyw wspólnego melanżu z ludźmi. Niestety czasy takie, że nie do zrobienia. A odnośnie różnych preorderowych dodatków - im więcej sprzedasz płyt w przedsprzedaży, tym lepiej dla ciebie. Raperzy zawsze dorzucają jakieś bzdury i wcale nie dlatego, że jakoś szczególnie cię lubią. Nie wiem, dlaczego boją się powiedzieć to wprost, ale dorzucamy dywany albo breloczki, bo zależy nam, abyś kupił tę płytę tu i teraz. Bez pośredników. Po roku mało kto mówi: aaa, wejdę sobie na takierzeczy.com i kupię stary album KęKę. Tymczasem kielony idealnie wpisały się w motyw weselny.

Do Wesela Się Zagoi, bo dopiero czas leczy rany, a ty konkretnie się z nimi rozliczasz.

Wiesz, ostatnie dwa lata u mnie to był hardcore - a mówiąc mniej elegancko - gnój. Nowa płyta to motyw światła w tunelu. Jest jakaś szansa, że będzie git. Ja przez dwa lata po Komiku z Depresją nie za bardzo widziałem możliwość zrobienia nowej płyty.

Widziałem głosy, że siedziałeś nad materiałem ze trzy lata.

Co ty, zacząłem rok temu na początku pandemii i poszło w parę miesięcy. Po Komiku mało myślałem o rapowaniu. Zagraliśmy trasę koncertową, ale ja już nie do końca byłem sobą. Czasem pełen relaks, a czasem... Ludzie tego nie widzą - powiedzą, że wyszło super. I fajnie - zdaję sobie sprawę, że nie zapomniałem tekstu ani nie zaliczyłem gleby, ale chodzi o to, jak czułem się na scenie. Dochodziłem do punktu, gdy ulubionym momentem koncertu był jego koniec i świadomość, że jakoś to przeżyłem. To dziwne uczucie, bo nie cieszysz się samym procesem. Odfajkowane, żyjemy i wracamy do chaty. Zabijało to cały fun. Myślałem, że jak zostanę w domu, to przecież nie umrę z głodu. Koncerty były bardziej dla wspominek, więc zaproponowałem Chwiałkowi, żeby odpuścić te sztuki. Ludzie czasem pytają, czy czekam aż skończy się covid i wrócą koncerty, ale ja zrobiłem sobie lockdown zanim on się faktycznie pojawił.

Wtedy wszystko zaczęło się psuć?

Tak się ułożyły klocki na planszy. Mogłem się pomęczyć i dalej grać, ale to na tyle toksyczne uczucie, że kompletnie bez sensu. To też oszustwo, bo wszyscy myślą, że jest super, a ty jeszcze mocniej brniesz w ślepą uliczkę. Odpuściłem więc, skupiłem się na pracy i siedziałem w domu. Wtedy nie byłem jeszcze świadomy, co tak naprawdę się kroi. W 2018 ruszyłem z jakimiś terapiami, ale w 2019 nastąpiła kumulacja wszelkiej padaki. Dosłownie strzał za strzałem. Praktycznie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, co się działo przez ten czas. Każdy dzień był taki sam i w mojej głowie to się kompletnie zlało. Wstaję o 9:00 i siedzę przy kompie do 3:00 w nocy. Wystarczy, że zafundujesz sobie dwa takie tygodnie i już nie czaisz, jaki jest dzień - czy to weekend czy środek tygodnia. Mówię o zaledwie dwóch tygodniach, a co, jak żyłeś tak przez dwa lata?

To trudne, kiedy trafiasz w taki tunel. Stronisz od wychodzenia z domu, bo zaczynasz się tego bać. Jesteś na mieście i nagle wpadasz w panikę - biegniesz więc do chaty, bo to jest twój punkt bezpieczeństwa. Przez dwa lata na każdą propozycję z otoczenia byłem na nie. Nie potrafiłem wytłumaczyć, o co chodzi: słuchaj, mam taki kłopot i dlatego odmawiam. Zrozumiałe więc, że część osób przy piątej-ósmej próbie kontaktu poddawała się mówiąc: dobra, olać go i tak odmówi. Jak już wszystko się kompletnie rozjechało, to wreszcie przejrzałem na oczy i skumałem, jak się zaorałem. Nieświadomie, bo przecież nie czaiłem, co się dookoła mnie dzieje.

GrubyMielzky_02_fot_szerszen.png
fot. szerszeń

Nawijasz: do góry unieście piąchy, bo opuszczam dziś swój grób. Kiedy coś przeskoczyło, że wróciłeś do nagrywania?

Długo nie wiedziałem co powiedzieć fanom. Nie mam umiejętności robienia numerów o tym, że jestem najlepszy. Czasem wjedzie typowe bragga, ale zazdroszczę wielu raperom, którzy potrafią robić takie ogólnikowe bangery. Moje tracki to zazwyczaj ego trip aż do przeginki, dlatego często myślę, że mógłbym już skończyć wciąż o sobie nawijać. Po dwóch latach gapienia się w ekran całkiem serio myślałem - co ja mogę ludziom przekazać? Mogłem co najwyżej nawinąć całą płytę o tym, że jest nudno. Nie miałem żadnych emocji: złych, dobrych, smutnych, radosnych - kompletnie nic. Zniknąłem z planszy na dłuższy moment. Kiedy później nawarstwiły się te negatywne bodźce, doszło przynajmniej uczucie beznadziei i już miałem o czym pisać. Przyszedł wreszcie taki moment, że zacząłem się bliżej trzymać z ekipą Undadasea. Część z nich nie zdaje sobie sprawy, jak mocno mi pomogli. Chwiałek jest moim przyjacielem od 15 lat i rzucił kiedyś tekstem: może to głupio zabrzmi, ale nie wiem, jak skończyłaby się twoja historia, gdybyś nie zaczął się z nimi bujać. Unda jest ciekawym tworem, bo to coś więcej niż rap i ziomkowanie. To zmienia ludzi i wizję świata. Oni mogą nie wiedzieć, że to się dzieje, ale też nie muszą. Spędzałem większość dni w Gdyni razem z nimi i wtedy te złe rzeczy zaczęły się robić mniej istotne.

W międzyczasie odkopałem trochę starszych znajomości. Coś już się wydarzyło. Przyszedł COVID i na kilka miesięcy zniknęły mecze. Nawet ostatniej Gwatemali do obstawiania - została tylko Fifa. Do tego wyleciałem z roboty, bo joł, sorry, pandemia. Przebujałem się 5 lat na projektowaniu piw i zostałem bez zajęcia. Świat się wyłączył, a ja miałem znowu coś do opowiedzenia, więc zacząłem próbować. Zawsze wiedziałem, że jest grono zainteresowane moją muzą, ale wcześniej nie byłem w stanie nic z siebie wykrzesać.

Nie odczuwałeś rozczarowania poprzednimi płytami? Mam wrażenie, że siedziała w tobie ciągła chęć udowadniania czegoś, jakieś dziwne parcie.

Tak było przy pierwszej płycie. Ułożyłem sobie w głowie, że jak nie wypali to pozamiatane. Nie myślałem, że można wydać drugą lepszą albo czwartą najlepszą. Miałem zakodowane, że w lewo lub w prawo, robisz muzę na poziomie albo nara. Mój debiut nie był ciśnięty, ale też nie zamiótł gry i nie zmienił niczyjego życia, więc byłem rozdarty. O tym nawijałem w Celu: tydzień po wyjściu płyty dostałem hajs, oddałem długi Chwiałkowi, zapłaciłem za mieszkanie i został mi tysiąc złotych. Trochę lipa. Od razu usiadłem do drugiej płyty, która niestety wyszła gorzej. Za szybko to zrobiłem, pierwsza w październiku, następna w sierpniu. Niektórzy zdążyliby w tym czasie wydać dwie, Kuba Knap cztery, ale dla mnie to było za szybko. Na bitach Returnersów byłem jakiś obrażony na świat, z dziwnym ciśnieniem na ostentacyjną zajebistość.

Pomyślałem, że dobrze będzie wyluzować i dla odmiany zrobić jakieś rzeczy z Patr00, z którym znaliśmy się jeszcze z Ortegi Cartel. Napisałem Miejski Patrol i pojawiła się opcja wyjazdu do Kanady. Po co wydawać 10-12 koła na trzy bieda-klipy w Polsce, skoro Patr00 kręci wideo i mogliśmy zmontować coś w Montrealu. Polskie teledyski może już nie wyglądają najgorzej, ale nawet jak staniesz tam pod sklepem, to już inny sklep. Jest masa klipów, gdzie po prostu bujają się pod corner shopem, wisi neon i to wygląda zajebiście. Żabka niestety nie daje takiego efektu. Zacząłem kumać, że w rapie jest jeszcze coś fajniejszego niż sam odbiór numerów. To sam proces i możliwości, jakie masz z tytułu robienia muzy. Bez tego nigdy nie byłbym w Kanadzie. Wydałem trzecią płytę i przestałem się spinać, bo znałem swoje miejsce w szeregu. Nie chciałbym być Taconafide, bo nie zdzierżyłbym tego w bani. Wiadomo, że wolę sprzedać 10 koła płyt, but still - to nie jest 50 sztuk - tylko 5 koła.

Z Returnersami skumaliśmy, że w tym wszystkim najfajniejszy jest czas, który spędzamy razem w trakcie prac nad muzyką. Bo to czy za 10 lat Rottenberg będzie kiszką, czy zajebistą płytą tak naprawdę nic nie zmieni. Będziemy kminić, że pojechaliśmy do lasu i nagrywaliśmy muzę. Zresztą motyw jeżdżenia na domki jest coraz bardziej doceniany. Czy to w wersji expensive jak chillwagon, middle expensive jak SB Maffija, czy po taniości w lesie tak jak my. Byłem też na wyjazdach z sauną i basenem, ale tam masz za dużo atrakcji. Najlepiej jak wstajesz rano i mówisz: wow, nie ma nic do roboty, róbmy bity. Reasumując - jakby poszła platyna to bym się oczywiście nie załamał, ale coraz bardziej doceniam sam proces twórczy.

Przy Do Wesela Się Zagoi masz przekonanie, że to już inna półka?

Przy każdej premierze czuję, że to moja najlepsza płyta. Zresztą śmieję się, że ja nie nagrywam nowych płyt, tylko ulepszam stare. Nie jestem wariatem z flow, wokalnym sztukmistrzem czy gościem od unikalnych konceptów, tylko prostym stylowo raperem. U mnie treść i technika to wszystko - to mój skill. Rymowo i tekstowo to jest najlepsza płyta. Jakbym jutro wydał kawałek to też bym powiedział, że jest najlepszy. Inaczej nie ma sensu tego wypuszczać.

Nigdy nie wątpiłem, że jestem kozackim raperem. W Stanach mega popularne jest kolorowanie rymów - u nas to dopiero wchodzi. Ostatnio Chwiałek mnie zaskoczył, że ładnie coś nawinąłem trzy lata temu. Miałem nadzieję, że to wyłapał, bo trochę nad tym siedziałem. Trzeba trochę słuchać rapu, żeby to czuć i ja też lubię to słyszeć u innych. Zdaje sobie sprawę, że nie każdy będzie tak dogłębnie analizował, bo to pieprzony hip-hop - ma być zajawa, rymować się dupa-zupa, no i siema. Ale siebie jak najbardziej z tego rozliczam. Kombinuję, żeby czuć progres i móc powiedzieć uczciwie, że to najlepsze co mogłem stworzyć.

Masz jakąś główną oś tej płyty? Miesza się mnóstwo wątków: dzieciństwo, rozliczenia, melanżyki.

Są trzy numery, które wyraźnie ją zaznaczają. Co To Ten Rap z ATZ-em, który tyczy się samego początku: poznawania muzyki i pierwszych prób jej tworzenia. Później Zapamiętaj Te Słowa jako okres studiów, gdy zupełnie nie rapowałem, bo chciałem zrobić papier i zdobyć jakieś kwalifikacje zawodowe. Nie widziałem wtedy szansy, że coś realnie ugram. No i wreszcie Cel, czyli powrót do nagrywania w 2012 roku. Niektórzy już się nakręcili, że to jakiś wybitnie konceptualny album, ale ludzie nadużywają tego słowa. To czysta chronologia, a te trzy numery traktuję jako trzy odsłony tej samej opowieści. A dalej to już luźniejsze tematy, które siedziały mi w głowie: melanżyk, jakaś życiówka, trochę że lipa, a trochę że beka.

Niektóre utwory były dojeżdżające. Czuć z nich, że masz dużo rozkmin, wiele przeżyć i mega sentyment, ale w tym samym czasie wizerunek internetowego śmieszka. Wuja Mielon od polskiego ramenu, a obok wieczny stan niezadowolenia.

Wałkuję to na terapiach, że cały czas oglądam się za siebie. Za mocno i za często akcentuję, że kiedyś było fajniej. To nie jest tak, że nie doceniam teraźniejszości, ale od zawsze z tyłu głowy byłem zajebiście smutnym typem. I cały czas jestem, ale staram się tym nie emanować. Nauczyć się tak funkcjonować, aby świat myślał, że jest zajebiście. Mówisz to, co ludzie chcą usłyszeć i ucinasz temat. Nie zdziwiłbym się, gdyby u większości osób (zwłaszcza teraz) po trzech wizytach u terapeuty wyszło to samo. Nie jestem ultra-smutasem, bo w gruncie rzeczy lubię pośmieszkować. Jednak inaczej jest w grupie - kiedy ktoś jest przy tobie - a zupełnie inaczej, kiedy jesteś sam na chacie. Tak czy inaczej nowa płyta nie jest smutna, bo jej najważniejszym motywem jest przecież nadzieja.

Czuć większą wrażliwość. Musi tego siedzieć mnóstwo w tobie.

Mocno się odkrywam w tych numerach. Może gdyby inni też tak robili to wyszłoby, że jest wiele takich osób. Nie każdy będzie nawijał aż tak osobiście. Ludzie wolą lecieć ogólnikowo, więc nie stwierdzisz, czy faktycznie opowiadają o sobie. Mam odwagę się z tym odsłonić, bo jestem przekonany, że taka wrażliwość to częsta przypadłość. Najwięksi śmieszkowie na balecie mają zazwyczaj największy bajzel w bani. Każdy z nas ma w sobie coś z Robina Williamsa.

A ten balet był bardziej ratunkiem czy ucieczką?

To nie jest tak, że ja leciałem trzy tygodnie bez przerwy. Zdarzały się jakieś grubsze epizody, ale to były jednostkowe sytuacje. U mnie bibka to spontan - joł, jest piątek, co robicie?. Na Twitchu ludzie pytają: Ty, Gruby, jest poniedziałek, co chlejesz?. A ja - ziom, jest poniedziałek, więc bez przesady. Wiem, że dla niektórych jestem pewnie jakimś kosmitą, ale to nie jest tak, że zamykam dzień i odpalam wielką flarę, a później wstaję, ogarniam i znowu tuba. Melanż jest dodatkiem raz na jakiś czas - jak u każdego człowieka.

Tym niemniej na początku - jak nie wiedziałem jeszcze, co siedzi mi w głowie - łączyłem swoją kiepską kondycję z alkoholem. Tylko, że przez następne pół roku nic nie piłem, a jedyna różnica była taka, że wszyscy się na mnie wkurzali: dlaczego się nie bawisz? Czemu jesteś taki znudzony?. Wszyscy zrobieni konkretnie, a ja stoję z boku - bezsensowna sytuacja. Tymczasem w moim samopoczuciu nic się nie zmieniało, tylko słyszałem dookoła: weź się napij, bo nas wkurwiasz. Więc mnie to też wkurwiało.

Zawsze też miałem regularną pracę - dopiero na początku pandemii po raz pierwszy nie byłem nigdzie zatrudniony. Balecik zawsze był więc hamowany, bo musiałeś iść do robo. Balans zgubiłem tylko raz - w połowie 2019 - jak nawarstwiło się trochę trudnych tematów. Nadal jednak pracowałem zdalnie, a wszystkie projekty były na czas. Wiesz - nikogo to nie interesuje czy zrobisz swoje w nocy czy rano - ważne, aby temat sfinalizować. A swoją drogą - jak masz już trzy dychy na karku to człowiek zwyczajnie nie ma sił, by kręcić tubę trzy dni pod rząd. Tym bardziej, że stany lękowe na kacu to dramatycznie zła sprawa.

Najbardziej hardcore'owym czasem dla ciebie były właśnie te stany lękowe?

To nie jest depresja. To mnie nie trzyma permanentnie tylko dopada raz na jakiś czas. Trwało dłuższą bądź krótszą chwilę, więc nie zwijałem się w koc i nie siedziałem w kącie przez trzy dni. Po prostu miałem nagły zjazd samopoczucia przykładowo idąc na spacer albo będąc w Biedronce. Później mogłem być w tej samej Biedrze 78 razy i już tego nie doświadczyć. Na tym m.in. polega terapia, aby dojść jak to działa, ale równie dobrze możesz się tego nigdy nie dowiedzieć. To siedzi w głowie, a ta przecież u każdego jest inna. Ciebie coś rusza, a u mnie połowa tego spowoduje dym. Mam więc nadzieję, że kolejne spotkania przyniosą dalszą poprawę. Jestem już dwa lata u jednej osoby. Leków nie biorę, chociaż wielu topowych raperów miało podobnie i korzystało. Traktują to jak witaminki. Tymczasem leki nie wykręcą ci bani o 180 stopni, abyś był szczęśliwym typem, tylko obniżą poziom kortyzolu. Jeśli chodzi o mnie to przykładam się do terapii, odrabiam pracę domową, więc wiele z tych negatywnych rzeczy zniknęło. Przykładowo derealizacja - drapiesz się po głowie i masz wrażenie, że to nie twoja ręka. Nie boli cię, ale ryje beret konkretnie. Koszmarne uczucie - na szczęście już minęło. Innym razem wybiegałem z jakiegoś miejsca, bo miałem wrażenie, że zaraz się przewrócę. Postępy są zauważalne, ale jest też środek pandemii, więc nie jestem w stanie zbadać wszystkiego.

Kiedy nie chciałeś wychodzić na scenę to było to samo?

To samo. Czujesz się niepewnie na własnych nogach. Masz wrażenie, że zaraz zemdlejesz i kręci ci się w głowie. I to nie był stres koncertowy, bo to samo miałem w Żabce pod domem. Nie grałem koncertów pijany ani zjarany, a było ich ze dwieście. Ok, czasem wleciała jakaś setka, ale alko jest zdradzieckie, bo paradoksalnie na krótką metę może pomóc. Wypijasz ćwiarę i przechodzi ci cała faza - nagle przestajesz się bać. Tylko, że w ten sposób szybko dojdziesz do punktu, w którym profilaktycznie opróżniasz ćwiarę, żeby zniwelować lęk. A to bez sensu. Lepiej wypracować to samemu.

Czym jest tytułowy Cel, który poszedł najgłośniej ze wszystkich singli?

Pisałem go w Montrealu i wtedy jego wydźwięk był mega dołujący. Smutny bit kończył się w momencie: Choć płaczę, próbując postawić nogę na ulicy, jestem logiem tej ulicy. Dopiero rok później Little zrobił finalny bit i sprawił, że numer zaczął brzmieć inaczej. Wtedy kończył się na tym, jak moja mama znajduje list, gdzie opisuję, że chciałem ze sobą skończyć. A ja nawet nie pamiętałem, że to napisałem.

Było aż tak grubo?

Tak, ale bez jakichś niesamowitych prób. Moja mama wszystko czyści, więc przeszukując domowe kąty znalazła ten list. I przez jakiś czas się z tym kryła. Pół roku później na gwiazdkę usłyszałem, że musimy pogadać. Ok, to porozmawiajmy. No i było trochę tłumaczenia.

A co do samego numeru - odmuliłem się po czasie i dopisałem wersy zmieniające wydźwięk całości: joł, plan jest taki, że będzie git, a życie będzie zajebiste. Cokolwiek pod tym rozumiemy, bo sam jeszcze nie potrafię tego do końca zdefiniować. Ale coś w tym jest i wierzę, że wreszcie będzie dobrze.

Na każdej poprzedniej płycie profilaktycznie zawierałem kawałek, który będzie miał pożegnalny charakter, w razie gdyby ta płyta okazała się ostatnią w moim dorobku. I na Do Wesela po raz pierwszy tego nie ma. Nie wiem jak długo będziemy wydawać wspólną muzykę, ale ani Returnersi, ani ja nie zachowujemy się, jakbyśmy mieli te 30 lat. Little siedzi w Poznaniu, Chwiałek w Warszawie, więc faza wspólnych wyjazdów to jedyna okazja na spotkanie. Będziemy cały czas jeździć, brać majka i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie autentycznie jaram się tym, co nam wyszło. Tym bardziej, że jeszcze nie tak dawno zupełnie się na to nie zapowiadało.

Jakie masz ulubione numery?

Złoty Pałac jest moim ulubionym, ale nie chciałem go puszczać na singiel, bo to zbyt perfidne. I jeszcze Przewiew, czyli w sumie dwa niezbyt wesołe numery. Zajebiste zwrotki mają też goście. Poprawiny z Undą były przy okazji melanżu. Kto był w studiu, ten się nagrał. Ponchee nigdy w życiu nie rapował, jest też kręcący klipy Ludwik Lis. To jest właśnie moc Undy - oni zmieniają zasady gry. To nie jest tak, że rapujesz, ogarniasz, więc będziesz to robił. Ich filozofia to: joł, jesteś z nami, więc rapujesz. Returnersi na początku nie do końca to kupili. Chwiałek dzwoni i mówi, że wywalamy tę i tę zwrotkę - a Karol z Undy, że nie, on to poskłada, aby byli wszyscy. Zwrotki były różne, wszyscy byli konkretnie porobieni, było tam z miliard ludzi, a ja zasnąłem w połowie nagrywek. Jest klip, gdzie kimam, a wyglądam jakbym grał. Karol przez 6 godzin klikał każdego, kto nawinął w studiu. Ktoś nie zarapował najlepiej, ale Karol mówi: nieważne - był, próbował, więc mu się należy. To najprostsze podejście, ale w gruncie rzeczy na maksa zajebiste. Były zwrotki po 10 wersów, a zostały dwa - ale są! Bo byli i się starali. Każdemu z nas Undziarze pokazali za czym w sumie tęsknimy najbardziej. Za najzwyklejszym, radosnym i spontanicznym rapowaniem!

Ten wieczór wiele zmienił w naszym postrzeganiu. Na Little’u i Chwiałku to też zrobiło wrażenie. Nie każda zwrotka jest idealna, niektóre kompletnie nie siedzą, ale to przestaje być istotne. Dla nas to nie jest numer - to pamiątka. Przypominajka, że jak rapowaliśmy 15 lat temu w piwnicy z ziomkami, to nie zastanawialiśmy się czy ktoś z nas jest kijowy czy jednak jest drugim Pezetem. Jest po prostu naszym ziomkiem.

Undziarze na swój sposób uratowali ci życie swoim stylem bycia. Jak się skumaliście?

Na Fyrtlu. Oni kręcą się w rapie może nie klasycznym, ale korzennym, więc Guakamol czy Pers wiedzieli, kim jestem. Nie było tam żadnego robienia lachy. Miałem mega trudny czas, a od swoich ludzi w Sopocie dostawałem milion pytań o samopoczucie. Tymczasem Undziarze nie znali tego negatywnego kontekstu, więc nie interesowało ich to i nie pytali. A ja wolałem chillować bagietę niż rozkminiać pewne sprawy. Fyrtel połączył całą ekipę.

Przyznaję, że sam to poczułem poprzedniego lata.

Unda ma zajebisty skill, bo dla nich nie istnieje poczucie padaki. Tam nikt jakoś specjalnie nie wygrywa w życie - nie mają łatwo, każdy pracuje i walczy. Ale nawet jak coś się sypie to nie ma załamki, bo oni wiedzą, że to tylko chwilowy stan i zaraz wszystko będzie git. My o tym zapomnieliśmy i zaczęliśmy żyć w ciągłym strachu przed porażką. Różnica między dawnym mną a nimi jest taka, że kiedyś kompletnie nie wiedziałem, że doły i nierówności można ominąć z lewej lub z prawej strony. Ja wolałem się na maksa wczuwać w problemy niż nabrać do nich dystansu. A oni cię uczą najprostszych rzeczy, o jakich najczęściej zapominamy. To tak jak z dziećmi. Zasugerują ci najprostszy, skuteczny patent, a ty się czujesz, jakbyś dopiero co wynalazł koło. Bo próbowałeś komplikować sprawę, zamiast rozwikłać problem jednym prostym ruchem.

Czego jeszcze nauczył cię ten pandemiczny rok? Nawijasz: Ostatni rok pokazał więcej niż mydło i papier.

Następnym razem już docenię coś, zanim to stracę. O to najbardziej chodzi. Ten czas pokazał mi to, o czym nawijam w Przewiewie. Zacząłem więcej chwil spędzać z moją rodziną. Jak byłeś dzieciakiem to chciałeś wyrwać się z chaty, pójść pograć w piłkę, wyjechać na studia i żyć osobno. Z czasem jednak dociera do ciebie, że to bez sensu, bo czas spędzony z rodziną jest po prostu najlepszy. I nawet nie musisz robić niczego niesamowitego - samo przebywanie z tymi ludźmi jest super. Nigdy nie miałem z rodziną kosy, ale na skutek pandemii spędziłem z nią dużo więcej czasu. Był taki etap, kiedy człowiek chciał się uniezależnić. Chodziło o to, by pobyć bez niej, bo to mnie przytłaczało. Tymczasem to bullshit - oni są zajebiście ważni. To sobie uświadomiłem i teraz tak naprawdę co chwilę jesteśmy razem.

Zrozumieli też Co To Ten Rap. Kiedyś miałeś mega parcie, żeby wyjaśniać branżę. Jak dzisiaj oceniasz stan rzeczy w rapie?

Zmieniłem wizję, bo wieczna walka ze status quo nie ma sensu. Kiedyś cisnąłem się o trendy na scenie, ale zarzucali mi, że zbyt ogólnikowo. Pojechałem więc po ksywach, ale to nic nie zmieniło. Odwaliłem, co chciałem, więc po co to powtarzać? Nauczyłem się za to wyłapywać plusy. Polska rap-scena jest bardzo bogata. I to nie jest gadka na zasadzie mamy WCK i JWP, tylko różnorodność naprawdę bardziej cieszy niż boli. Ja u młodych szukam przede wszystkim skilla. Nawet jeśli Young Igi to nie jest mój lot, to doceniam u niego umiejętność korzystania z auto-tune’a czy robienia melodii. Mimo że tekstowo bywa różnie to nie powiem, że jest złym raperem. Wszyscy idą w kierunku narzuconym przez Stany, Rosję, Francję, Niemcy, więc na zasadzie kontry ludzie chcą też słuchać takich rzeczy, jakie sam robię. Przesyt stylistyki otwiera tęsknotę za najprostszym rapowaniem. Nie ma już u mnie punktowania, bo spina przeszła, ale trochę to jednak trwało. Przy dwóch pierwszych płytach miałem w głowie jakąś zazdrość, chęć udowodnienia bycia lepszym, dziwne próby dowartościowania się. A jak człowiek starszy to ma dystans - inne rzeczy go cieszą w rapie. U nas w mainstreamie rządzą Taco i Quebo albo PRO8L3M czy Paluch, więc każdy z nich jest kozak. Gusta są dobre. Gdyby jakiś paź z piątej ligi podziemia był topką, wtedy można byłoby się zastanawiać. Ale jeśli Taco wyprzedaje stadiony to wychodzi na to, że ludzie się znają i kumają.

Tłumaczysz sobie jakoś tamto wkurwienie?

Człowiek nawet tego nie pamięta - tak czy inaczej intencje były dobre. Teraz więcej biorę na zwałę niż się spinam. Kiedyś jak wyszło coś przypałowego to się autentycznie odpalałem, zamiast kręcić z tego bekę. Tymczasem zaraz minie dekada od pierwsze płyty. Widzę, że jest grono wjeżdżające na scenę z muzyczną świadomością. Nie zrobią może tego, co najbardziej lubię, ale też nie wjechali na pazia i znają część historii. Jest w tym jakiś nowy oldschool. Taki schafter na przykład - bity bardzo klasyczne, trochę odświeżona wersja kanonicznego rapu. Zauważam u nastolatków, że przemycają elementy klasyki w inny sposób. Nie ma ciśnienia, żeby wszyscy robili Hip Hop Hooray, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

Jak dzisiaj wygląda twoja codzienność? Ile twojego czasu to bukmacherka, ile robienie muzy, a jeszcze przecież twitchujesz?

Poświęcam na to 95% całego mojego czasu. Obserwacja spotkań i szykowanie backgroundu do typów to między 9-10 a 22-23. Jak jest moc to później wbijam na Twitcha i ciągnę do 2-3 w nocy. Zależy od vibe’u - czasem jestem przeorany, a nawet nie zauważę kiedy minęło te pięć godzin. Ludzie na Twitchu serio ładują energią, zrobiło nam się zajebiste community. To wyszło zupełnie spontanicznie, bo zacząłem od zbierania siana dla mojej mamy. I jak się udało to pomyślałem, że to jest całkiem fajna opcja. Miałem wejść drugi raz, po to żeby podziękować wszystkim za udział i tak to już poszło. Trzeci, piąty - okazało się, że to naprawdę spoko. Rozpoznawalne osoby często sprzedają ludziom udawane życie. Napompowane, pełne wynajętych i pożyczonych rzeczy, byle zrobić efekt wow. A live’y pokazują normalność. Nie jestem jakimś gwiazdorem, więc warto, aby ludzie wiedzieli, że raper jest takim samym typem jak ty i w naszej relacji nie ma żadnej hierarchii. Od początku pandemii jestem tam regularnie - w połowie miesiąca pyknęło mi 60 godzin. Spędziłem tak Sylwestra - siedzieliśmy wspólnie przy kompie i była konkretna zwała.

To już taka gruba część twoje działalności.

Rozważałem, żeby robić to na serio, ale musiałbym z czegoś zrezygnować. Nie tyle podcast, co stały harmonogram z konkretnymi rzeczami w danym dniu. Jednak przygotowanie tego byłoby tak zajmujące, że nie robiłbym już nic innego. Ale nie wykluczam. W rapie znam już rynek i ludzi, więc niewiele mnie zaskoczy, a inna platforma to jak odkrywanie nowego świata. Czasem śledzę bardziej scenę twitchową niż rapową, bo to cały czas nowość.

Gracie, gadacie, co tam robicie?

Nie ma głównego motywu. Dużo gadki, IRL, śmiechu, wszystkiego. I szachów, w które jesteśmy mega słabi. Muszę poprosić Bartka xntentaciona, żeby ogarnął mi lekcje, bo tylko się wkurzam. To też jest postać z bomby – mega śmieszny ziom – pełno tam takich. Wiesz, głównie jakieś bzdury, czasem alko w tle. Nie powiem ci za dwie dychy, że jesteś dobry albo kijowy, ale z samych subów na Twitchu mam 1-1,5 koła miesięcznie. W grudniu miałem taką fazę, że codziennie ogarniałem fanty dla subskrybentów. To nie było łatwe. Nie, że jakaś płyta i elo. Wydałem na to 6 koła – poważne nagrody, każda 2-3 stówy, jeszcze gramofon muszę wysłać. Motywy są różne, niedługo zrobię gry planszowe, gadka jest na Discordzie, siedzi dwa tysiące ludzi i zawsze coś się dzieje. To odmóżdżające - zwłaszcza jak cały dzień gapisz się w cyferki, łącząc je ze sobą. Nie musisz się tam skupiać, chyba że grasz w te cholerne szachy. Gamer też ze mnie żaden, zawsze dostają w tubę. Gram tylko po to, żeby ludzie mieli ze mnie zwałę. Nudziłoby mnie oglądanie Izaka, wolę oglądać grubego typa, który nie potrafi trafić chłopa stojącego pół metra od niego. To moje spaczone poczucie humoru. Szanuję skillowych graczy, but still - zabawniejsi są tacy jak ja.

Mielzky

Mielzky

Większość twojego czasu to jednak analiza bukmacherki i typowanie. Przyjechałem do ciebie jako gość ze sportu, a nie muzyki, więc jak zaczniemy gadkę, to odrzesz mnie z całego romantyzmu?

To nie tak - przecież cały czas znajdujesz jakieś nagłówki odnośnie fixów. Ostatnio była afera, że ktoś w Barcelonie poleciał za korupcję [trwa śledztwo w sprawie sprzeniewierzania pieniędzy przez zarząd Bartomeu - przyp. red], a Juventus spadł ligę niżej - to żadna nowość. Jeżeli zdajesz sobie sprawę, że w skali czterdziestu spotkań w sezonie dwa są fixami, to jakbyś zagrał czterdzieści koncertów, ale na dwóch był niedysponowany. Dla mnie to nie powinno mieć wpływu na ogólne postrzeganie sportu, bo to jego część. Albo to akceptujesz albo nie - ja to robię na każdym poziomie. Nie wychodzę z założenia, że to dotyczy piątej ligi ukraińskiej, bo tam jest bieda, a w Premier League to niemożliwe, bo są bogaci. Nigdy nie chodziło o ustawianie spotkań między piłkarzami - oni nie muszą, bo mają dużo hajsu. Problem pojawia się, kiedy ktoś nie ma już pieniędzy na tych piłkarzy. Nikt z nas nie wie, jak daleko to sięga i jaka jest realna skala. To wszystko może być jednym wielkim przypadkiem, zagięciem czasoprzestrzeni albo błędem matrixa.

Ty to jeszcze rozkminiasz i dociekasz czy po prostu traktujesz jako robotę?

To, czym się zajmuję, to szukanie układów między drużynami i łamaków, czyli przegrana do przerwy i wygrana na koniec. Na bazie historii meczów czy dat, gdzie wymieniają się punktami – 3 za 3 albo 4 za 1 - a sezon później odwrotnie. Między klubami szukam też trójkątów. Lubię łączyć kropki i u mnie wygrywanie jest na drugim miejscu. Bardziej jara mnie przewidywanie przyszłości. Siano bywa super, ale to dalej hazard. Można popłynąć, źle się wstrzelić, trafić na złą serię albo miesiąc i to przyniesie opłakane skutki. Dla mnie większą rozrywką jest, kiedy te rzeczy się dzieją - łączenie ich ze sobą przed faktem. Nienawidzę, kiedy coś mi umknie, później zaczynam szukać -przecież to się na bank połączy. Zajebiste jest trafianie na to przed meczem. Wygrana to dodatek, bo nigdy nie grałem dużych stawek, aby nie zwariować.

A byłeś blisko?

Kiedyś, jak grałem koncert w Poznaniu w 2018 roku. Wszystko tam się zgadzało, mówię: wjeżdżam za kafla i - jak Boga kocham - nigdy więcej tego nie zrobię. Nawet gdyby podzielić tę kwotę przez 3 – pas. To była taka nerwówka, mimo że ten kafel nic by w życiu nie zmienił. Odrobiłbym to, ale to nie na moje nerwy. Dalej jestem typem, który zdaje sobie sprawę, że to połowa pensji wielu ludzi i w sumie całkiem spory hajs. Nawet jak możesz sobie na to pozwolić to nie znaczy, że musisz. Ostatecznie zdjąłem z tego 14 koła, ale to była chora akcja. Drużyna X wygrywała i postawiłem na przełamanie, czyli że po przerwie przegra. Około 70. minuty już było tak jak chciałem. No to idę umyć dupę i się przygotować. Jak skończyłem prysznic, a to poszło w drugą stronę – z 0:1 na 2:1, a później 2:3. Kuźwa, kafel w pizdu, rzuciłem telefonem i poszedłem na próbę. Przestało mnie to interesować, miałem się jeszcze kimnąć, a później patrzę – ktoś dał kupon z kursem 100 w doliczonym czasie. Jakiś błąd? Co tu się odwaliło? A tam gole w 94. i 98. minucie, a na koncie 14 koła. Koncert ograniczał się do tego byle zagrać i stawiać wszystkim dookoła alko. Dlatego to tylko dodatek. Zajebiście, jak schiza się zgadza, ale bez przeginki.

mielon3_fot_szerszen.jpg
fot. szerszeń

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.