Minęło 40 lat, a dalej trudno o lepszą polską komedię niż „Miś”

miś cover.jpg

Film, który w założeniu miał wyśmiewać absurdy codzienności PRL-u, po latach jest w równym stopniu lubiany przez widzów współczesnych, jak i przez tych, którzy żyli w tamtych czasach. Ale każda z tych grup widzi w nim co innego.

Tu mała prywata. Pewnie pamiętacie scenę z Wesołym Romkiem, bo kto nie pamięta. Ja po raz pierwszy Misia oglądałem na kasecie wideo jeszcze w podstawówce, ryczałem ze śmiechu przy tym Romku i przewijałem taśmę kilkanaście razy, żeby jeszcze raz posłuchać jego piosenki. Bez żadnego głębszego kontekstu humorystycznego, bo co taki dwunastoletni szczyl może rozumieć z satyry na czasy komuny. Sama sytuacja - jakiś przypadkowy facet wchodzi na przesłuchanie i zaczyna zawodzić jakiś absurdalny kawałek o tym, że ma na przedmieściu domek - była tak uroczo głupkowata, że za każdym razem powodowała u mnie dziki rechot. Uwielbiałem Misia, chociaż tak po prawdzie to nic z niego nie rozumiałem; pamiętałem przede wszystkim Romka i tę scenę jak Tymowi wypadły włosy w teatrze.

Chyba trochę nieświadomie Stanisławowi Barei udało się nakręcić film osadzony w konkretnych realiach, a jednak stuprocentowo uniwersalny. Sama fabuła jest w Misiu tak naprawdę najmniej istotna. Mamy działacza sportowego Ryszarda Ochódzkiego, któremu była żona uniemożliwia wyjazd z kraju - boi się, że pojedzie do Londynu i opróżni ich wspólne, założone przed laty bankowe konto - więc niszczy jego paszport, za komuny dokument absolutnie deficytowy. Ale że Ochódzki jest konkretnym kombinatorem, to od razu wymyśla misterną intrygę: znajduje swojego sobowtóra, prostego handlarza węglem Stanisława Palucha, który ma zamiast niego pojechać do Anglii. Palucha z kolei usiłuje uwieść początkująca aktorka, czego on sam kompletnie nie rozumie. Ciekawe? Ciekawe. Ale nie aż tak, jak esencja Misia, czyli dziesiątki krótkich skeczy, które dopełniają scenariusz. Już na wejściu mamy żarty z matką, która siedzi z tyłu i funkcjonariuszy - trepów, dukających zatrzymanym kierowcom wyuczoną formułkę. Prezes Ochódzki ma w swoim biurze magnetofon kasetowy, na który pracownicy klubu Tęcza nagrywają pod jego nieobecność wazeliniarskie speeche. I tak dalej, i tak dalej. Praktycznie co scena - to żart. Wszystkie doskonałe.

Nie chodziło jednak o to, żeby zrobić z Misia kabaret, a o ukazanie realiów Polski początku lat 80. w krzywym zwierciadle. Komunistyczne rządy doprowadziły realia zwykłych ludzi do jakiegoś upiornego absurdu. Kraj roił się od dupowłazów, usługujących partii na każdym kroku (Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam! - emocjonuje się wyjątkowo śliski piosenkarz podczas kontrolowanego przez władzę programu artystycznego), w kioskach potajemnie sprzedawano mięso (- Pojutrze będę miała Poradnik Speleologiczny. - A co to jest? - Wątróbka), a sztućce w barach mlecznych przytwierdzano łańcuchami, żeby broń Boże nikt nie ukradł. Polska była paskudna, po ulicach miast obok samochodów jeździły furmanki (z pijanymi końmi), a uosobieniem siermięgi był tytułowy miś, słomiana kukła, którą w ostatniej scenie helikopter ciągnie nad miastem, nadając całości metaforycznego znaczenia. Dlaczego? Nie wiadomo. Ale w PRL-u masa rzeczy nie miała wytłumaczenia.

miś.jpg

Autorzy scenariusza, Stanisław Bareja i Stanisław Tym (czyli reżyser i główny aktor filmu) chcieli stworzyć nie tylko komediowy obraz życia w PRL-u, ale i pokazać dość emblematyczną dla tamtych czasów figurę człowieka, który żyje w spirali kłamstw i świetnie się w niej odnajduje. W Misiu ściemniają absolutnie wszyscy. Nawet koń, który udaje trzeźwego. Ale mało kto wie też, że patent z sobowtórem został zainspirowany niezrealizowanym scenariuszem filmu Joker, gdzie pewien adwokat wplątał się w aferę z łudząco do niego podobnym szulerem. W Misiu prostoduszny węglarz nagle żyje sobie jak panisko, bo przypadkowo trafił w gazecie na ogłoszenie studia filmowego, które szukało człowieka podobnego do Ryszarda Ochódzkiego. Tu ciekawostka - może i Barei wyszedł film kultowy, ale musiał szyć po kosztach; budżet Misia był malutki. Tak mały, że producentów nie było nawet stać na stworzenie gazety z ogłoszeniem, dlatego wykupili je w jak najbardziej prawdziwym dzienniku Życie Warszawy, bo wyliczyli, że wyjdzie taniej. Tak - egzemplarz, który widzicie na ekranie, naprawdę był do kupienia w kioskach.

Starsi widzowie kochają Misia, bo przypomina im o czasach młodości - może i czasach beznadziejnych, ale jednak młodości - i tym, że co by nie mówić, teraz jednak jest lepiej. A młodsi - bo to po prostu bardzo zabawna komedia, z wartką akcją i żartami niby odnoszącymi się do konkretnego czasu, ale jednak uniwersalnymi. Przecież żyjemy w takim kraju, że nikt dziś by się nie zdziwił, gdyby najbliższy od Okęcia taras widokowy też byłby czynny we Wrocławiu (jedna z zabawniejszych scen filmu Barei). A lizusów pokroju tego faceta od Łubu-dubu, łubu-dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu znajdziemy wszędzie, dlatego po 40 latach od premiery te żarty dalej bawią.

Paradoksalnie, choć Miś powstał w dość mrocznym dla Polski roku 1981, trafił na całkiem niezły moment. Po tzw. wydarzeniach sierpniowych (masowe strajki w fabrykach, które doprowadziły do porozumień z władzą), partia nieco zluzowała z cenzurowaniem krajowych filmów. Dlatego Miś, choć jest satyrą bolesną i celną, doczekał się jedynie 32 poprawek w scenariuszu. Wycięto między innymi fragment, w którym bohaterowie mieli spijać z betonu rozlany spirytus. Zmieniono też nazwisko głównego bohatera, który w oryginale był Ryszardem Nowohuckim. Ale władza dostrzegła tu szyderę skierowaną w stronę krakowskiej dzielnicy Nowa Huta - perły komunizmu - i tak Rysiek został Ochódzkim. Z filmu dowiadujemy się, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, więc w sumie wszystko jedno, jakie noszą nazwisko.

Krytykom Miś się raczej nie podobał, za to widzowie byli zachwyceni. Po upadku komuny zaczęto odbierać go jako pamiątkę z czasów, które na szczęście już nie wrócą, a stacje telewizyjne puszczały obraz Barei przy każdej możliwej okazji, z reguły w pobliżu świąt narodowych. Dlatego trudno znaleźć kogoś, kto lubi kino i przynajmniej raz nie trafił na ten film. Trochę lekcję historii, trochę gorzki portret mrocznych czasów z najnowszej historii Polski, a trochę absolutnie rewelacyjną komedię. Zdaniem wielu - najlepszą w historii naszego kina. I nie będziemy się z tym kłócić.

miś plakat.jpg

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i media owner serwisu newonce.net. Jeśli zastanawiacie się, kto wymyśla te wszystkie absurdalne opisy przy wrzutkach na niuansowym Facebooku - z reguły on.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.