Wyprowadzić z równowagi Zinedine'a Zidane'a i ujrzeć jego zdenerwowane oblicze udaje się nielicznym. Nawet Francuzowi puszczają nerwy, ale czemu się dziwić, skoro symbol największych sukcesów klubu został również uznany za główną przyczynę aktualnych problemów. Francuz zaapelował: zwalniacie mnie co mecz i latem pewnie przyjdzie czas zmian, ale proszę tylko o szacunek i możliwość powalczenia do samego końca. Łajba jest podziurawiona, rozbija się na niespokojnych wodach, a kapitan próbuje ratować sytuację. Dziś dla Realu Madryt, strapionego kontuzjami, pozbawionego zmienników, bez kapitana i z perspektywami na jego odejście, mecz z ostatnią Hueską oznacza męczarnie oraz szarpaninę o punkty. Doszło do momentu, gdy każde spotkanie jest jak walka o przetrwanie. Nikt już nie ma takiej wiary jak Zidane, że można z tego wyjść z twarzą.
Ronald Koeman nie miał problemu, by całkiem niedawno z rozbrajającą szczerością przyznać, że w Barcelonie „trwa sezon przejściowy, a perspektyw na większe trofea nie ma”. Takie słowa z pewnością nie przeszłyby przez gardło Zidane'owi. Nawet jeżeli odpadli z Copa del Rey i Superpucharu, nawet jeśli w walce o mistrzostwo stoją na przegranej pozycji, a jedynym ratunkiem dla tego sezonu wydaje się Liga Mistrzów. Sztandardem na ustach francuskiego trenera zawsze były wiara i walka do samego końca. Nawet jeśli to jego ostatnie miesiące pracy w Madrycie, bo wiele na to wskazuje, podejście w kryzysowej sytuacji się nie zmienia.
Tuż przed meczem z Hueską Zidane wybuchnął. To się nie zdarza, bo choć dziennikarze próbują wyprowadzić go z równowagi, zawsze odpowiada swoimi formułkami z kamienną twarzą. Tym razem jednak emocje wzięły górę. „Uważam, że nie zasługuję na takie traktowanie. Wiecie, czego słuchałem w domu [na kwarantannie]: każdego dnia, że wylatuję. Po każdej porażce jestem zwolniony. Pozwólcie mnie oraz drużynie powalczyć do samego końca. Tylko tego chcę. Uważam, że na to zasługujemy. Ci sami chłopcy zdobyli mistrzostwo przed chwilą, w poprzednim sezonie, to nie było 10 lat temu. Macie racje, że trzeba zmieniać, zmiany są potrzebne i zapewne latem nadejdą, ale teraz pozwólcie nam przynajmniej walczyć. Mamy do tego prawo” – apelował emocjonalnie francuski menedżer.
Sytuacja go nie rozpieszcza, co pokazał występ z ostatnią w tabeli Hueską (2:1). Wygrany, ale dopiero po stałych fragmentach gry oraz indywidualnych umiejętnościach Casemiro i Varane'a w powietrzu. Gra się nie kleiła, ekipa Pachety miała więcej okazji, by skrzywdzić Królewskich, którzy bardzo powoli się rozkręcali i łapali jakikolwiek rytm. Zasadniczo Zizou wystawił gołą jedenastkę, jaką miał dostępną, bo jedynym jego ratunkiem z ławki byli kwestionowani Marcelo oraz Mariano Diaz. W tym meczu Real miał sześciu zmienników, z czego dwóch to bramkarze, a pozostali zawodnicy rezerw jak dostający szansę na prawym wahadle Marvin Park.
Na horyzoncie nie widać jednak łatwiejszych tygodni. Kadra jest maksymalnie okrojona, a to Zidane obrywa za odejście Odegaarda czy Jovicia, którzy teraz byliby swego rodzaju zbawieniem. Oni sami prosili o odejście na wypożyczenie, aby regularnie grać, więc Francuz nie mógł ich zatrzymać na siłę. Dość szybko przyszło zatęsknić za jakimikolwiek alternatywami.
Czym bliżej dwumeczu z Atalantą w Lidze Mistrzów, tym mniej stabilna wydaje się rola faworyta Realu Madryt. A tym bardziej kiedy weźmiemy pod uwagę, że operacji poddaje się Sergio Ramos, którego zabraknie przez 1,5 miesiąca i nie zagra z klubem z Bergamo. To w połączeniu z jego wygasającym kontraktem musi doprowadzać Zidane'a do szału, zwłaszcza że bez niego wszyscy pozostali obrońcy dostają małpiego rozumu. A zmiennicy pokroju Alvaro Odriozoli są tak zniszczeni psychicznie, że ich wystawienie gwarantuje więcej szkody niż pożytku, co przynajmniej udowodnił ostatni nerwowy, elektryczny występ Hiszpana.
Zidane jest jak kapitan, który widzi tonący statek, ale jako ostatniemu zadrże mu powieka. Być może latem przyjdzie moment na Juliana Nagelsmanna albo Raula Gonzaleza w Madrycie, ale teraz domaga się szacunku i uczciwego traktowania. Zgody na to, by pozwolić mu walczyć do samego końca, mimo gasnących nadziei. Do tego akurat wypracował sobie niezłomne prawo – aby odejść na swoich zasadach, kiedy sam oceni, że przyszedł moment. Tak jak za pierwszym razem. Możemy być niemal pewni, że Zizou nikt nie pożegna w trakcie sezonu, bez względu na rezultaty. Nie wiadomo, co mogłoby uratować jego wiarę w ten projekt, bo w lidze traci 7 punktów (a być może zaraz 13, bo Atletico ma dwa mecze mniej) do lidera, a w Champions League widzimy mnóstwo stabilniejszych zespołów.
To on doprowadził do nazywania Realu „królami tych rozgrywek” i Liga Mistrzów znów stała się priorytetem. Jakikolwiek nie będzie finisz tej historii, Zizou próbuje się ratować na swoich zasadach. Z ludźmi, których nigdy nie odpalił, których bronił do samego końca i z którymi przeżył kilkadziesiąt takich kryzysów. Nadal największym skarbem pozostają Kroos, Modrić czy Benzema, nadal nadzieją na ratunek będzie Varane, Nacho czy Lucas Vazquez. Jak pisała Valerie Tong Cuong: „Prawdziwy kapitan nie przestaje być kapitanem, nawet kiedy idzie na dno razem z innymi rozbitkami”. Póki można, Zidane prosi o wiarę, że statek jest jeszcze do odratowania.
