Natłok meczów w telewizji zwiększył piractwo. Problem, o którym rzadko się mówi

Zobacz również:Bolesne nauki polskich bramkarzy w Ligue 1. Pomyłki Bułki i Majeckiego
Leo Messi
Fot. Alex Caparros/Getty Images

Zamienienie futbolu w taśmę produkcyjną, w której mecze zlewają się w całość, jeszcze bardziej nakręciło piractwo. Niewiele się o tym mówi, mimo że 2020 rok przyniósł prawie dwukrotny wzrost nielegalnych streamów. We Francji właśnie skazano trzech autorów stron z linkami. Zapłacą 7 mln euro, ale to nie zmienia ogólnego obrazu. Nadawcy dalej walczą z wiatrakami.

Sukcesy pojawiają się co jakiś czas. Nawet w tym tygodniu Premier League wydała komunikat, że udało się jej przystopować aplikację Mobdro, największą w świecie streamingu, która dając kibicom mecze z Anglii, nielegalnie zarobiła na tym 5 mln funtów. Serwery podobno stały w Czechach. Ale partycypowały też Hiszpania i Portugalia. Sieć powiązań była tak duża, że dochodzenie trwało kilka lat. I nawet, jeśli w końcu wygrasz walkę, to za moment zaczyna się kolejna. Pandemia jeszcze bardziej przykuła ludzi do ekranów. Legalne platformy chwalą się, że rosną im słupki. Ale w tle czai się też ciemna strona mocy, i też na przyrost widzów nie narzeka.

W Wielkiej Brytanii aż 6 mln w ostatnim roku obejrzało coś nielegalnie. Dwa miliony ludzi co tydzień wyszykuje streamów do Premier League. Kiedyś w soboty wędrowali po stadionach, teraz mają kanapę, czteropak Guinessa i ochotę, by wybrać jak najtańszą opcję. Dla nadawców to nie tylko strata z abonamentów. Ukryci widzowie zaniżają również wartość kolejnych umów sponsorskich.

Wpływy byłyby dużo większe, gdyby w negocjacjach brano pod uwagę „ukrytą publikę”. Tak się nie dzieje, choć ta stale rośnie. Julien Taieb, szef działu prawnego Ligue 1, mówi na łamach „L’Equipe”, że klasyk PSG z Marsylią niedawno obejrzało dokładnie tyle samo widzów legalnych, co nielegalnych. 600 tysięcy ludzi wpatruje się co weekend w Ligue 1 nie płacąc za nic. Przy wyścigach Grand Prix Formuły 1 liczba ta skacze do dwóch milionów.

We Francji znowu robi się z tego głośny temat. Kilka dzienników ruszyło sprawę po tym jak w końcu uziemiono piratów z Rennes. Grupka Bretończyków w wieku od 43 do 57 lat od 2014 roku prowadziła stronę ze streamami, mając 7.5 mln unikalnych użytkowników, co automatycznie wyniosło ich na górę rankingu najchętniej odwiedzanych stron w kraju. Zablokowanie strony jest sukcesem, ale pozornym: sprawcy dostali wyroki w zawieszeniu, a 7 mln grzywny to drobnica. Nadawcy oczekiwali sumy ponad dziesięć razy większej.

Niedawny kryzys telewizyjny we Francji i fiasko kanału Telefoot to też w jakiś stopniu wina piractwa. Nowy nadawca nie uzbierał tylu subskrypcji ile zakładał, bo ludzie uznali, że to za drogo. Woleli szukać w Internecie. Dalej kostki domina poszły wyjątkowo szybko: kanał wycofał się z Francji, a przejmujący tort Canal+ zapłacił dwa razy mniej.

Zrzut ekranu 2021-03-12 o 10.36.02.png

To wszystko powoduje, że w piłce będzie coraz mniej pieniędzy. Streamy od zawsze były zagrożeniem, ale teraz, gdy szybki Internet podbija kolejne, nawet najbiedniejsze kraje, robi się z tego wyzwanie. La Liga lubi szczycić się swoim gigantycznym serwerem Inferno, który całymi dniami śledzi ruch na świecie i widzi kto nielegalnie nadaje mecze z Hiszpanii. Emilio Fernández, dyrektor operacyjny ligi mówił niedawno w „Marce”, że po golach Messiego albo Benzemy automatycznie wzrasta liczba blokowań. Choćby rzut wolny Messiego w styczniowym spotkaniu z Bilbao był takim zapalnikiem.

Infermo wyposażony w oprogramowanie o nazwie Marauder i Neko w kilka minut blokuje rzeczy na Facebooku i Instagramie. Na YouTube zajmuje mu to kilka sekund. Inny sektor o nazwie Lumière śledzi właścicieli stron ze streamami i bada całą infrastukturę, a jest jeszcze Black Hole zajmujący się usługami IPTV.

Wiele lig i nadawców doskonale zna te mechanizmy. Infermo sławę zdobył choćby uziemieniem Rojadirecta, jednego z pionierów ciemnej strony mocy. Strona z facjatą Pierluigiego Colliny w lewym górnym rogu ekranu została założona w 2005 roku przez Igora Seoane Minana, fana Barcelony. Szybko stała się symbolem piłkarskiego piractwa. Na jej fundamencie wyrastały kolejne witryny, w końcu zrobiła się z tego lawina, przynosząca w Hiszpanii nawet 80 mln strat rocznie.

Maxime Saada, szef francuskiego Canal+ mówił w „Le Figaro”, że wiosną piractwo drastycznie spadło, ale wynikało to z lockdownu. Gdy piłka wróciła, piraci ruszyli jeszcze mocniej. Telewizje zamieniły futbol w niekończącą się operę mydlaną, nie wiemy już kiedy kolejki się kończą, a kiedy zaczynają. I ze streamingiem jest podobnie. Jest tego tak dużo, że walka dopiero się zaostrzy. We Francji 3,4 mln kibiców sportowych korzysta z nielegalnych źródeł. W 2019 roku było ich 2 mln.

Coraz trudniej jest też walczyć z usługą IPTV. Przykładowo we Włoszech aż 5 mln ludzi korzystało z Xtream Codes, platformy dającej za 12 euro dostęp do wszystkich najważniejszych kanałów. Prawa telewizyjne są dziś tak rozrzucone, że dla kibica to wygodna opcja. Zapłacić małą kwotę, zyskać wygodę, i jeszcze mieć czyste sumienie, że zasilam jakichś nadawców, choć tak naprawdę Sky czy DAZN czują się oszukane. Na nielegalnych streamach nie straci oczywiście prezes takiego Sky, nie straci też Cristiano Ronaldo, ale branża, która powstaje obok już tak. Pieniądze płyną w dół. W piłce z każdym rokiem robi się ich coraz mniej, nawet jeśli patrząc na sumy transferów wciąż są to oszałamiające kwoty.

Na razie nie było jeszcze procesu pirata, który poniósłby wyjątkowo dotkliwą karę i wysłał sygnał do innych, by może zrobili dwa kroki wstecz. Wielcy nadawcy skarżą się, że czasem przypomina to przesłuchiwanie chłopców, który ukradli w sklepie kanapkę. Velocityraps, młody Egipcjanin streamujący mecze NBA opowiadał kiedyś, że w tym wszystkim najbardziej niesamowite jest skalowanie: to że tym samym wysiłkiem pracy zarabiasz 2 euro, za moment 20 albo 200, a potem robi się z tego nagle 20 tysięcy. I już wiesz, że nie ma odwrotu. Prince, streamer z Ghany miał konto na Twitterze ze stoma tysiącami followersów. Publikę zyskiwał kontaktując się ze społecznościami wielkich klubów.

Dzisiaj specjalistyczne firmy coraz lepiej wiedzą jak przyglądać się tym rosnącym kulom śniegowym. Na przykładowym forum Reddita nie jest już tak łatwo dostać link z meczem. Ludzie przerzucają się w mniej dostępne miejsca, wykorzystują Discord albo Telegram. I wiadomo, że prędko z piłki nie znikną. Są we Francji badania, mówiące, że gdyby piractwo zniknęło, to 85 procent ludzi i tak nie wykupiłoby płatnej subskrypcji.

Ciekawe jest to, że dwa lata temu Włosi ostro ruszyli z kampanią pt. „Piractwo zabija piłkę”. Plakat promujący przedstawiał smutnego chłopca na pustym, zarośniętym stadionie. Nikt wtedy jeszcze nie znał słowa Covid i nie wiedział, że to wszystko może stać się tak szybko. Stadiony stoją puste. A piractwo przyspiesza. O haśle nikt już nie pamięta.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.