
Przed rokiem All-Star Weekend w NBA nie miał zbyt wiele sensu i był raczej czasem straconym. W tym roku chciano przynajmniej uhonorować najlepszych zawodników ligi wybranych na 75-lecie jej powstania. Poza tym o widowisko zadbali przede wszystkim LeBron James oraz Stephen Curry – obaj z Cleveland związani, choć obu przywitano zgoła inaczej. Zawiódł za to znów konkurs wsadów, lecz wielu osobom do szczęścia wystarczył widok Michaela Jordana.
Święto koszykówki w Cleveland dobiegło końca. Za nami kolejny weekend gwiazd, w którego trakcie sporo się działo – tak na boisku, jak i poza nim. Oto najważniejsze momenty tegorocznego NBA All-Star Weekend.
Karl-Anthony Towns wygrywa konkurs trójek
Kilka tygodni temu nazwał się najlepszym wysokim rzucającym za trzy, a teraz potwierdził, że nie były to wcale czcze słowa. Karl-Anthony Towns wygrał w sobotę konkurs trójek, który okazał się największą atrakcją drugiego dnia Weekendu Gwiazd. Podkoszowy Wolves zrobił to zresztą w świetnym stylu, bo po tym jak ledwo przebrnął przez pierwszą fazę (uratował go długi oczyszczający oddech przed ostatnim rzutem), to w finałowej rundzie trafiał jak w transie i ustanowił nowy rekord zawodów, zdobywając ostatecznie aż 29 punktów, czyli o trzy więcej niż Luke Kennard oraz Trae Young.
Tym samym Towns został pierwszym podkoszowym od czasu Kevina Love'a w 2012 roku, któremu udało się konkurs trójek wygrać. 26-latek to także drugi najwyższy w historii zwycięzca tych zawodów. O parę centymetrów przewyższa go wygrany z 2006 roku, czyli Dirk Nowitzki. Po wszystkim Towns zdradził, że do konkursu zgłaszał się od lat, ale liga dopiero teraz go zaprosiła. NBA zrobiła zresztą dla niego wyjątek i pozwoliła wystąpić w łańcuszku dla uhonorowania zmarłej w kwietniu 2020 roku mamy, choć z reguły uczestnicy konkursów nie mogą w ich trakcie nosić żadnej biżuterii.
Ciekawe plany LeBrona Jamesa
Sobota zarezerwowana jest dla konkursów, ale tym razem nagłówki skradł LeBron James, który w żadnym konkursie nie brał udziału. Wszystko za sprawą konferencji prasowej skrzydłowego Lakers. W rozmowie z dziennikarzami LBJ przez kilkanaście minut dał sporo ciekawych wypowiedzi. Nie szczędził ciepłych słów choćby w kierunku Sama Prestiego oraz Koby’ego Altmana, czyli generalnych menedżerów odpowiednio Thunder oraz Cavs, których pracę mocno pochwalił.
Słyszał to wszystko na pewno Rob Pelinka James nie ukrywał w ten sposób swojego niezadowolenia z ruchów Lakers – a raczej ich braku – przed tegorocznym trade deadline. Co więcej, przyznał też w sobotę, że na koniec kariery chce jeszcze zagrać ze swoim synem. – Gdziekolwiek będzie Bronny, to ja będę tam z nim – stwierdził nawet wprost.
Jamesowi obecny kontrakt kończy się w 2023 roku, a Bronny do ligi trafić powinien w drafcie 2024, co doprowadzić może do bardzo ciekawej sytuacji, w której wybór Bronny’ego – nawet mocno zawyżony – będzie miał interesujące skutki.
Mistrz olimpijski lepszy od konkursu wsadów
W sobotę zawiódł konkurs wsadów, ale przynajmniej w niedzielę fani mogli pooglądać trochę efektownych podkoszowych akrobacji (Ja Morant!). Okazję mieli ku temu także w piątek i to nie tylko za sprawą wschodzących gwiazd. Zadbał o to w pojedynku celebrytów m.in. Gianmarco Tamberi, czyli złoty medalista olimpijski z Tokio w skoku wzwyż. 29-letni Włoch nieraz udowodnił w karierze, że skakać potrafi bardzo wysoko – jest pod tym względem jednym z najlepszych na świecie – a windę w nogach pokazał także w Cleveland.
Dziś już może niekoniecznie, ale kilkadziesiąt lat temu najlepsi zawodnicy NBA odnosili często spore sukcesy akademickie także w innych dyscyplinach sportowych. Dla przykładu: Bill Russell nie tylko znakomicie biegał na krótkich dystansach, ale też był swego czasu jednym z najlepszych skoczków wzwyż… na całym świecie. Jeszcze przed debiutem w NBA w 1956 roku osiągnął nawet siódmy najlepszy wynik globu, choć na szczęście dla kibiców Boston Celtics karierę zrobił jako koszykarz.
Chwila dla legend
Russella nie było ostatecznie w Cleveland ze względu na sytuację koronawirusową, lecz w Ohio i tak stawił się cały zastęp wielkich legend NBA. Wszystko dlatego, że w przerwie niedzielnego meczu liga uhonorowała wybranych wcześniej 75 najlepszych zawodników w dziejach ligi, świętując w ten sposób 75-lecie istnienia. Były ikoniczne już kurtki, wspomnienia i pamiątkowe zdjęcia, a także rozmowy między największymi tego sportu, które śledzić mogliśmy choćby dzięki sile mediów społecznościowych.
Na uroczystości pojawiło się ostatecznie kilkudziesięciu zawodników z grona 75-tki wybranych – oprócz tych aktywnych, którzy i tak w Cleveland byli – a wśród nich także Michael Jordan. On po tych wszystkich latach wciąż usłyszał najgłośniejszą w niedzielę owację. Nie przepuścił też okazji, by porozmawiać m.in. z LeBronem, a mocno wyściskał też Lukę Doncica. Słoweniec to zresztą jeden z tych zawodników obecnych w Cleveland, który jest na dobrej drodze, by za 25 lat dołączyć do grona najlepszych graczy w dziejach ligi.
Stephen Curry show
Doncić w Meczu Gwiazd nie błyszczał (choć jest w znakomitej ostatnio formie). O poziom widowiska zadbali przede wszystkim ci, którzy w Cleveland się urodzili. Stephen Curry przyszedł na świat kilka lat po LeBronie Jamesie w jednym i tym samym szpitalu. Mimo tego publika przywitała go buczeniem, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że to właśnie kosztem Cavaliers zdobył trzy swoje mistrzowskie tytuły. Kibice nie mieli jednak wyjścia i musieli być pod wrażeniem Stepha, który w drodze po 50 punktów trafił aż 16 trójek!
Do Curry’ego powędrowała więc statuetka dla MVP meczu, choć ostatnie punkty w spotkaniu – przesądzające o zwycięstwie – zdobył jednak LeBron. Dla niego to też była bardzo wyjątkowa chwila. Sam zresztą przyznał w sobotę, że nie można wykluczyć jego kolejnego powrotu do Cleveland. Jemu kibice zgotowali więc fantastyczne przyjęcie, a on odwdzięczył się dobrą grą w meczu, który mógł się jak najbardziej podobać. Danie główne całego weekendu gwiazd od kilku już lat stoi zresztą na niezłym poziomie.
Święto nie dla wszystkich
Źle ten czas wspominać będzie jednak kilku zawodników. Wśród nich m.in. Donovan Mitchell, który z powodu choroby musiał ostatecznie wycofać się z gry oraz Kevin Durant, któremu w dzień pojedynku gwiazd zmarła babcia. Niezbyt dobre informacje usłyszeli także w niedzielę kibice Phoenix Suns. Jeszcze przed startem meczu okazało się bowiem, że z powodu kontuzji kciuka na 6-8 tygodni wypada Chris Paul. Rozgrywający na chwilę wybiegł na parkiet w Cleveland, ale teraz odpocznie sobie od koszykówki.
Dla drużyny numer jeden w lidze to mimo wszystko spory cios. Choć różnica Suns nad rywalami jest spora – prawie siedem spotkań przewagi nad Golden State Warriors – to jednak wciąż nie jest jeszcze na tyle duża, by być już spokojnym o utrzymanie najlepszego bilansu w NBA. Lepiej jednak, że taka kontuzja przydarza się CP3 teraz, a nie w fazie play-off. Jemu zresztą te dodatkowe tygodnie przerwy mogą się przydać – w ten sposób 36-latek na najważniejszą część sezonu (do grania wracamy w czwartek) będzie wreszcie wypoczęty.
Komentarze 0