Niby rap, ale jakiś taki inny. Mija ćwierć wieku, odkąd DJ Shadow wypuścił „Endtroducing...”

dj shadow.jpeg
fot. okładka "Endtroducing..."

Nie wiemy, czy ta historia jest prawdziwa, czy nie, ale nie zdziwilibyśmy się, gdyby była. Któregoś dnia do DJ-a Shadowa miał zadzwonić członek bardzo znanego rockowego zespołu...

Cześć, krótka piłka. Słuchałem ja, słuchała reszta składu. I dalej nie możemy wyłapać, w którym miejscu jest sampel z naszego kawałka - rzucił do słuchawki po odsłuchaniu jednego z miksów kalifornijskiego producenta.

Może to bajka, ale dobrze oddaje charakter jego kompozycji. Zbudowane na dziesiątkach misternych sampli są łamigłówką dla muzycznych freaków, którzy rozpalają się do białości, wyszukując w przepaściach internetu oryginalne, cięte przez Shadowa utwory. On sam jest archetypem diggera. Jego pełen płyt dom, po którym oprowadzał widzów dokumentu Skrecz Douga Praya, to mokry sen kolekcjonerów. Zresztą wiele mówi okładka debiutanckiego Endtroducing..., przedstawiająca typów, którzy stoją w sklepie muzycznym i grzebią w płytach. To kumple Shadowa, a sklep mieści się w jego rodzinnym Sacramento. Świat poznał i ich, i jego 16 września 1996 roku, gdy płyta Endtroducing... ujrzała światło dzienne.

Shadow radzi, dlaczego warto iść na studia

Instytucja studenckich rozgłośni radiowych jest i była znana także w Polsce, ale chyba nigdzie indziej uczelniane fale nie wypuściły na świat tylu świetnych artystów, ilu w Stanach Zjednoczonych. To tam narodził się choćby nurt ochrzczony mianem college rocka, zrzeszający zespoły, które swoje początki zaliczyły właśnie na studiach, a ich muzykę grywano w podobnych rozgłośniach; tak zaczęli na przykład R.E.M. czy Pixies. Większość wchodzących wtedy w dorosłość przyszłych gwiazd rapu mogłaby sobie co najwyżej wpisać w CV studiowanie w szkole życia. A DJ Shadow faktycznie poszedł na uczelnię w kalifornijskim mieście Davis (co ciekawe, tak brzmi też jego prawdziwe nazwisko - nazywa się Josh Davis). Od razu rozpoczął pracę w uczelnianym radiu KDVS, prowadząc autorski program z własnymi setami. Miksowania nauczył się jeszcze w liceum, na czterościeżkowcu.

DJ Shadow
DJ Shadow, rok 1996, fot. GettyImages

DJ Shadow współpracował z undergroundowymi labelami (Solesides, Hollywood BASIC), ale było czuć, że nie pasował do rapu pierwszej połowy lat 90. Był zbyt osobny, trudny do zaszufladkowania, czerpiący z najróżniejszych gatunków. I tak jakby... za mało rapowy. Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale gdyby nie on, nie byłoby trip-hopu, a przynajmniej nikt nie znałby tej nazwy. Gdy dziennikarz brytyjskiego Mixmaga Andy Pemberton trafił na jego numer In/Flux, określił go właśnie tą nazwą - niby hip-hop, ale jednak bazujący na innych samplach, duszny, przestrzenny. Trip-hop. Dlatego po latach krążki Shadowa lądują zarówno w zestawieniach najważniejszych albumów rapowych, jak i trip-hopowych, obok Massive Attack czy Portishead. I nikomu to nie przeszkadza.

Do trip-hopowego desantu z początku lat 90. zalicza się także angielska formacja UNKLE. Możecie ich kojarzyć choćby z singla Rabbit At Your Headlights, nagranego wspólnie z wokalistą Radiohead, Thomem Yorke'iem. Jej współtwórca, a zarazem szef labelu Mo'Wax, James Lavelle, skontaktował się z Shadowem pod koniec roku 1993 chcąc wydawać jego single. Dwa lata później producent przyleciał do Londynu, gdzie podpisał kontrakt na wypuszczenie debiutanckiego, pełnowymiarowego albumu pod szyldem Mo'Wax. Miał wtedy 23 lata.

Przedziwny był odbiór Endtroducing... tuż po premierze w 1996 roku. Sam Shadow w wywiadzie dla The Quietus z okazji 20. rocznicy wydania płyty wspominał, że niezajmujący się rapem dziennikarze bywali zachwyceni, bo zanurzona w kilkunastu innych gatunkach muzycznych płyta była im zwyczajnie bliższa niż to, co oferował świat rymów i bitów. Ci od rapu traktowali jego debiut życzliwie, ale z dystansem, bo pewnie do końca nie wiedzieli, jak to ugryźć; rap dominujących wówczas Mase'a i Puff Daddy'ego i moja płyta to były dwie różne planety - mówił Shadow. Ale na przykład taki The Wire skrytykował Endtroducing..., pisząc, że jej autor jest lata świetlne za tym, co robią ludzie ze stajni Ninja Tune. Inna sprawa, że to była pierwsza i ostatnia naprawdę zła recenzja tego albumu, jaką czytałem - dodawał.

Taki los pionierów. Już samo to, że DJ Shadow trafił ze swoim debiutem do Księgi Rekordów Guinnessa - jako autor pierwszej w historii płyty zbudowanej tylko i wyłącznie z sampli - świadczy o tym, że czegoś takiego w rapie jeszcze nie widziano. Podczas pracy nad Endtroducing... miał zasadę, by nie korzystać z próbek utworów popularnych wykonawców. Dlatego czerpał przede wszystkim z niszowego jazzu, funku i psychodelii. Chociaż wśród samplowanych wykonawców znajdują się także Metallica i Björk, co Shadow tłumaczy w uroczy sposób: zrobiłem to tylko dlatego, żeby złamać reguły, które sam ustaliłem. Skorzystał za to z wokali raperów Lyrics Born i Gift Of Gaba (ten ostatni zmarł parę miesięcy temu) oraz własnej dziewczyny, Lisy Haugen. Poza muzyką Shadow samplował także dialogi i wypowiedzi. Dla Transmission pociął fragment filmu Książę Ciemności, a album zakończył wstawką z Twin Peaks. Pokazał tym samym, że do kreowania dźwiękowych pejzaży nie potrzebuje wyłącznie muzyki, a inspiracje można znaleźć dosłownie wszędzie. Chociaż w tym nie był akurat pierwszy - przeglądając dyskografie najważniejszych elektronicznych twórców lat 90., nie sposób nie sięgnąć po spuściznę The Prodigy, którzy na potrzeby jednego ze swoich pierwszych singli Charly zsamplowali popularną reklamę.

Wyjście z cienia

Wpływ Endtroducing... na rozwój muzyki był spory. Jedna rzecz to kontynuatorzy myśli Shadowa; na monumentalne, będące kolażem przeróżnego sortu sampli płyty porwali się choćby Australijczycy z The Avalanches. Ich Since I Left You (2000) uchodzi za jedno z lepszych wydawnictw przełomu mileniów. Do uczniów Josha Davisa można zaliczyć też rozsianych po całym świecie twórców mash-upów z Girl Talkiem na czele. Ale DJ Shadow nauczył hip-hopowców korzystania z sampli w nieco bardziej zaawansowany sposób niż chamskie rżnięcie pianinka. Inspirował zapatrzonych w buzujące świeżym płomieniem rap i elektronikę twórców muzyki gitarowej z lat 90.; podobno Radiohead loopowali instrumenty na swoim słynnym OK Computer, bo byli pod dużym wrażeniem nowatorskości debiutu Shadowa. Pokazał, że producenci potrafią być w hip-hopie ważniejsi od raperów, dając asumpt najważniejszym beatmakerom kolejnych lat i dekad. Kto wie, być może gdyby nie sukces Endtroducing..., J Dilla nie nagrałby Donuts, a Flying Lotus nie skonstruowałby swojego zwariowanego, psychodelicznego uniwersum na pograniczu rapu i elektroniki. I jeszcze jedno. W latach 90. przeciwnicy rapu używali jako oręża w dyskusji nad tym, czy to gatunek cokolwiek wart, czy niekoniecznie, zdania - klucza: przecież to jest oparte na kradzionych rzeczach. Endtroducing... było wyrzutem sumienia dla wszystkich leniwych producentów, którzy kleili podkłady z jednego zapętlonego sampla. Pokazywało, że można to zrobić inaczej. Traktować sample nie jako czysty budulec, ale element kompozycji.

Sonar Music Festival Night - 2nd day Barcelona
DJ Shadow, rok 2017, fot. Joan Cros Garcia/Corbis/Getty Images

To chyba najważniejsza rzecz, którą trzeba powiedzieć o Endtroducing... Jak się zestarzała? Kwestia gustu. Natomiast jej autor sprawdził się nie tylko jako producent i DJ, ale i znakomity autor melodii. A to, że do ich stworzenia nie użył ani jednego żywego instrumentu, nie miało i nie ma większego znaczenia.

O Endtroducing... i specyfice muzycznej sceny środka lat 90. posłuchacie też w audycji Nevermind Bartka Czarkowskiego i Jacka Sobczyńskiego - poniżej jeden z trzech podcastów, dedykowanych płytom z 1996 roku; znajdziecie w nim omówienie debiutu DJ-a Shadowa.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.