
Połowa roku za pasem, więc możemy powiedzieć głośno: wykonawcy popowi dostarczyli nam sporo mocnych wydawnictw, których słuchaliśmy godzinami.
Zaskakująco dobry J Hus ze swoim Big Conspiracy, Denzel Curry wespół z Kennym Beats na UNLOCKED, debiutujący z A Written Testimony Jay Electronica czy zaskakujący Childish Gambino – 2020 zdaje się nas rozpieszczać także w kwestii rapowych albumów. Słuchając jednak non stop tylko rymów i bitów prawdopodobnie stracilibyśmy kompletnie rozum (nie wiemy, jak z godnością), więc gościły u nas również inne gatunki.
2020 naprawdę dobrym popem stoi. Postanowiliśmy wybrać dla was najciekawsze i najlepsze tytuły, które ukazały się do tej pory. Akurat nadrobicie je sobie w weekend.
Perfume Genius – Set My Heart on Fire Immediately
Choć niezbyt znany, to na scenie obecny już od 12 lat. Krytycy uwielbiają jego muzykę, jednak ze swoją twórczością nie jest w stanie przebić się do ścisłego mainstreamu. Od czasu swojego debiutu Learning z 2010 roku, do Amerykanina przyczepiła się metka emocjonalnego i nieco nieprzystępnego artysty, w którego kawałkach da się jednak odnaleźć zarówno przekaz, jak i brzmienie. Set My Heart on Fire Immediately to świetne wydawnictwo, którego tytuł to nie tylko mrzonki. Jeśli naprawdę chcecie podpalić swoje serce, to ten krążek już od pierwszych nutek Whole Life jest w stanie wam to zaoferować. To zbiór pięknych ballady (Jason, Moonbend, Just a Touch, Borrowed Light) z domieszką up-beatowych piosenek i wciągających melodii (On The Floor, Your Body Changes Everything). Praktycznie cała produkcja spoczęła tu na barkach niezawodnego Blake'a Millsa, który za pomocą gitar, basów, syntezatorów, pianin, organów, fisharmonii czy dzwonków stworzył album tak harmonijny i spójny, a momentami nawet zaskakujący, że wsłuchując się w niego nie sposób nie znajdować coraz to nowszych smaczków z każdym kolejnym odpaleniem. Jak z dobrymi perfumami – są tu nuty głowy, serca i głębi. Choć pewnie znalazłoby się ich nawet odrobinę więcej.
Rina Sawayama – Sawayama
Rina urodziła się w Japonii, ale w bardzo młodym wieku przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii. Studiując na Cambridge postanowiła się zająć modelingiem i muzyką. Rozwijanie pasji nie przeszkodziło jej w zdobyciu dyplomu z nauk politycznych. Nie wiemy, na ile wykształcenie z dobrej uczelni pomogło jej w stworzeniu swojego debiutu Sawayama, ale to wydawnictwo w pełni świadome i intencjonalne – bez cienia przypadku i byle jakiego eksperymentatorstwa. Jeśli w latach młodości zasłuchiwaliście się w nu-metalowych bandach, R&B z 00’s-ów jest waszym ulubionym wariantem, a ’NSync to do dziś wasze guilty pleasure, w Rinie znajdziecie swoje muzyczne oparcie. Krążek jest przesiąknięty muzycznymi throwbackami, gitarami brzmiącymi jakby grał na nich James Munky Shaffer, a sama gospodyni zalatuje niekiedy Aaliyah, a niekiedy Britney Spears, zachowując przy tym własne DNA. Bez wątpienia jeden z ciekawszych popowych albumów 2020 roku.
Dua Lipa – Future Nostalgia
Tego albumu nie mogło tu zabraknąć. Chwaliliśmy przed chwilą Rinę Sawayamę za jej muzyczną świadomość i zdolność do stworzenia brzmieniowych i koncepcyjnych nawiązań do przeszłości, które nie kolą w ucho – nie inaczej jest w przypadku Dui Lipy. Główny element muzycznego przelotu po minionych dekadach to wykorzystywane całkiem namiętnie (a jak na album popowy – bardzo namiętnie) sample. Począwszy od okropnego Telephone Lady Gagi (2010) i La Grenade Clary Luciani w Hallucinate, przez hitowe Need You Tonight od INXS, po sampel w Love Again – tym starszym i często przypałowym kawałkom nadano drugie życie. To nie odgrzewanie kotleta sprzed kilku dni, a doskonałe użycie materiałów, które inaczej na wiele by się już dzisiaj nie zdały – pisaliśmy w naszej recenzji Future Nostalgia. Dua pokazała swoim najnowszym wydawnictwem, że nie jest tylko kolejną popową gwiazdką XXI wieku, a jest w stanie zaoferować coś, w czym zasłuchują się miliony na całym świecie, niezależnie od swoich muzycznych preferencji.
Charli XCX – How I’m Feeling Right Now
Czas na wydawnictwo o najprawdopodobniej najbardziej zintensyfikowanej autentyczności. Czas zerwać z myśleniem, że pop to cukierkowe ballady o miłostkach i nieprzystające ambitnym słuchaczom nagrania. Charli XCX już jakiś czas temu postanowiła zerwać swój związek z mainstreamem – i była to świetna decyzja. Dzięki temu dziś możemy zasłuchiwać się w kwarantannowym albumie How I’m Feeling Right Now. Kiedy autorka w pink diamond, numerze otwierającym płytę, mówi I just wanna go real hard, to nie mamy żadnych podstaw, żeby jej nie wierzyć. Każdy kolejny track to spełnienie tej początkowej obietnicy. Album jest dźwiękowo bezlitosny, odbijając się od przesterowanych brzmień i kosmicznych synthów rodem z dobrego sci-fi. Eksperymentatorstwo, choć dominujące, nie sprawia, że melodia ginie w zgiełku. Pośród ostrych tracków pokroju wspomnianego pink diamond czy c2.0, anthems i visions, jest tu także miejsce dla przyjemniejszych dla ucha claws, marzycielskiego 7 years i lekkiego detonate. Warte przesłuchania i ustawienia na półce.
The Weeknd – After Hours
After Hours to kolejny popowy album, który pełnymi garściami czerpie z muzycznej reminiscencji. Wpisuje się zatem w trend, który zupełnie jednak nie przeszkadza, o ile inspiracja – w tym wypadku ejtisami – jest wyegzekwowana w dobrym smaku. Wtedy wszystkie ręce na pokład i tańczymy do disco! Najnowsze wydawnictwo Kanadyjczyka nie jest spójne brzmieniowo. To przeróżne muzyczne historie – elektroniczne, UK Garage’owe kawałki (Hardest To Love, Too Late) mieszają się z melancholijnymi balladami miłosnymi (Escape from LA) i narkotycznymi disco-wyskokami (Blinding Lights). Aspektem spajającym krążek jest jednak atrakcyjna prostota zarówno w warstwie lirycznej, jak i instrumentalnej. Żaden z numerów nie jest przekombinowany, nie używa zbyt wielu wtyczek wokalnych, nie oferuje skomplikowanych linii perkusyjnych. Dzięki temu przejścia między różnymi stylami są tu nie tyle niezauważalne, co zdają się po prostu naturalne – pisaliśmy, recenzując najnowszy krążek Abela. To The Weeknd, którego potrzebowaliśmy – muskający swoją początkową twórczość w całkiem bezpośrednich nawiązaniach do Trylogii, ale też bawiący się w narkotykowego stałego bywalca kasyn Las Vegas sprzed dekad. Blinding Lights? Put that on repeat!
Empress of – I’m Your Empress Of
Lorely Rodriguez nigdy nie doczekała się popularności, na jaką zasługuje. Po cichu liczymy na to, że I’m Your Empress Of wyniesie ją na nieco wyższy level rozpoznawalności, bo to naprawdę dobry album, który bez cienia wątpliwości byłby w stanie odnaleźć swoje miejsce w eterze mainstreamowych rozgłośni radiowych czy na listach przebojów. Empress Of miesza na nim swoje honduraskie pochodzenie z uczuciowymi doświadczeniami. Bolesne rozstanie autorka przekuła w popowy, klubowy i taneczny album, na którym każda kolejna piosenka jest zwyczajnie dobra – nie sposób pominąć którykolwiek track, kwitując takie działanie zdaniem: a, to jakieś nudne. Taki stan rzeczy jest też pewnie podyktowany niezwykle płynnymi przejściami między numerami (przykładowo nieco ckliwe Should’ve przechodzi w najlepsze na całej płycie, taneczne Give Me Another Chance) i ich zaraźliwością. Wpadające w ucho melodie, niezłe refreny, angażujące i łatwe do utożsamiania się teksty, a także świetne produkcje BJ Burtona – to prawdopodobnie magnum opus piosenkarki.