Nastroje w branży są od wczoraj takie, jak w polskiej kadrze kilkanaście lat temu, kiedy Paweł Janas niespodziewanie nie powołał na Mundial będących w świetnej formie Dudka i Frankowskiego.
W przypadku Grammy nie będzie żadnego boiskowego rozliczania - trudno, nagrody dostaną inni. Ale przyjrzyjmy się paru największym absurdom tegorocznych nominacji:
Kompletne pominięcie The Weeknd
Rozumiemy, gdyby to działo się za Kiss Land... Nie, wtedy też nie zrozumielibyśmy. Mamy popową gwiazdę roku, album, który - co rzadkość - i świetnie się sprzedał, i zyskał duże uznanie u krytyków, i był pilotowany największym przebojem roku. Abel jest w najlepszej formie od lat, tymczasem więcej nominacji do tegorocznych Grammy mają choćby Body Count. After Hours i The Weeknd zostali pominięci wszędzie tam, gdzie tylko się dało. Czym ten biedny The Weeknd im zawinił? Odbił dziewczynę komuś wysoko postawionemu? Przecież to tak, jakby nie dać Złotej Piłki Robertowi Lewandowskiemu. Oh, wait. Zresztą sam zainteresowany już skomentował:
Nominacje za najlepszy rapowy album
Okej - to nie jest tak, że wyróżniono złe albumy. Więcej, taki Alfredo duetu Gibbs i Alchemist jest mega miłą niespodzianką. Tyle że cała piątka wygląda, jakby nominowano ją nie do Grammy, a nagród forum slizg.eu. Nas, Freddie Gibbs z Alchemistem, Jay Electronica, Royce Da 5'9 i 35-letni D Smoke. Najmłodszy z całego grona. Wygląda to tak, jakby ktoś bardzo chciał udowodnić, że młody rap nie istnieje. Co jest tym bardziej absurdalne, że w pozostałych rapowych kategoriach nominowano ludzi pokroju Lil Baby'ego czy Roddy'ego Riccha. Czy naprawdę Nas musi dostać swoją pierwszą albumową nagrodę Grammy akurat za King's Disease? Skoro już lecimy w klimaty organizacji kombatanckich, to może chociaż Run The Jewels?
Zignorowanie dobrych pośmiertnych wydawnictw
Pijemy tu do trzech tytułów - Circles Maca Millera, Shoot for the Stars, Aim for the Moon Pop Smoke'a i Legends Never Die Juice'a WRLD. Skoro Ameryka ma generalnie tendencję do spóźnionego gloryfikowania przedwcześnie zmarłych artystów, to czemu żadna z tych płyt nie zasłużyła przynajmniej na nominację? Druga rzecz - one wszystkie były po prostu dobre.
Kaytranada nominowany za najlepszego nowego artystę
Hej, Grammy, bo tu jest taka sytuacja, że facet wydał swój debiutancki album 99,9% w 2016 roku. I nie jest tak, że to jakieś niszowe wydawnictwo, bo Kaytranada dostał za niego wówczas Polaris Music Prize, czyli wyróżnienie za najlepszy kanadyjski album roku, potem zjeździł cały świat na koncertach, a jego kawałki z debiutu kręcą na Spotify pod 100 milionów odsłon. Tyle dobrego, że przynajmniej jeden Kanadyjczyk dostał jakąś nominację...
Moglibyśmy jeszcze przyczepić się paru wyróżnień (serio Coldplay z szansą na album roku?), ale już nie ma co - przynajmniej w paru kategoriach wygląda to nieźle (Best progressive r'n'b). Czym kierowało się jury, dokonując tak dziwnych wolt? Nie wiemy i się nie domyślamy, trawestując Tadeusza Sznuka. Z roku na rok widać za to na Grammy coraz mocniejsze przywiązanie do konkretnych nazwisk i stopniowe odklejanie się od realiów. Dajcie już nagrody tej Dua Lipie i powoli wróćmy do normalności.
