Nieznośna lekkość bytu „Emily w Paryżu”, czyli 3. sezon hitu Netfliksa (RECENZJA)

Zobacz również:Adam Sandler, Kevin Garnett, The Weeknd i... świetne recenzje. Na ten netflixowy film czekamy jak źli
Emily w Paryżu, sezon 3 / Netflix
Emily w Paryżu, sezon 3 / Netflix

Wyniki oglądalności serialu Netfliksa Emily w Paryżu podkopują moją wiarę w człowieka. Nie szanuję tego fenomenu, ale powiedzmy, że go rozumiem.

To bajka. Klasyczna komedia romantyczna, tyle że rozpisana na trzy sezony (czwarty w drodze). Emily w Paryżu posłusznie przestrzega wszystkich formalnych założeń gatunku. Było meet cute – urocze spotkanie przyszłych kochanków – gdy Emily (Lily Collins), niefrasobliwa Amerykanka z delegacją w Paryżu, pomyliła piętra i niechcący próbowała wejść do mieszkania Gabriela (Lucas Bravo), przystojnego francuskiego kucharza. Są przeszkody – jak w każdej komedii romantycznej ona i on muszą się nacierpieć / nagimnastykować / nachodzić, zanim dostąpią mitycznego żyli długo i szczęśliwie. Jest obietnica szczęśliwego zakończenia – nowego życia, spełnionej miłości, błyskotliwej kariery w marketingu dóbr luksusowych.

Serial na podłe czasy

Darren Star, twórca Emily w Paryżu, jest specjalistą od seriali o miłym, bezproblemowym życiu, to w końcu on wymyślił Seks w wielkim mieście. I choć uwielbia historie kompletnie oderwane od rzeczywistości, tym razem to właśnie rzeczywistość, dużo trudniejsza niż ta serialowa, mu sprzyjała. Pierwszy sezon wyszedł w październiku 2020 r., w pierwszym, najtrudniejszym roku pandemii. Drugi – w grudniu 2021 r. Wirus nie ustępował, dodatkowe zasoby trzeba było przeznaczyć na walkę z dezinformacją rozsiewaną przez antyszczepionkowców. Pandemia wyraźnie wpłynęła na spowolnienie globalnej gospodarki, więc prognozowany jeszcze kilka lat wcześniej wzrost nie wydarzył się. Talibowie odzyskali władzę w Afganistanie.

2021 był złym rokiem, a po nim przyszedł jeszcze gorszy. Wojna w Ukrainie, protesty w Iranie, szalejąca w wielu krajach inflacja. Trzeci sezon wyszedł niedawno, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a serial pozostaje jednym z najpopularniejszych tytułów Netfliksa. Właśnie dlatego, że świat jest ostatnio wyjątkowo podłym miejscem, tak chętnie i tłumnie uciekamy w fantazję o beztrosce, wygodach, ładnych ludziach, którzy pracują w butikowych agencjach marketingowych (Emily), stylowej paryskiej restauracji (Gabriel) albo galerii sztuki (Camille, dziewczyna Gabriela). W Paryżu jest zawsze lato, a największym problemem jest to, że klimatyzacja nie działa. Emily Cooper nie słyszała o omikronie, Buczy i rosnących ratach kredytów hipotecznych. Nikt jej nie mówi, że powinna żyć świadomie, oszczędnie, ekologicznie i zdrowo. W jej pstrokatych stylizacjach najpierw ujrzano remedium dla tych, których pandemia zamknęła w domach i musieli cierpieć w dresie, a potem lek na ból skromnego życia, wymuszonego i sytuacją ekonomiczną, i zmianą narracji o konsumpcji. Można się na chwilę zapomnieć w romansach i falbanach, ot, i cała zagadka popularności Emily w Paryżu. O ile eskapizm serialu nie jest szczególnie szkodliwy, tak już bezrefleksyjna pochwała kapitalizmu, obecna w każdym odcinku, wymaga dystansu.

Tata Maty to lubi

Emily Cooper nie słyszała nie tylko o omikronie – nie ma też pojęcia, czym jest work / life balance. Pracuje zawsze i wszędzie, na randce, na wakacjach, na imprezie. Pracuje, nawet gdy proszą ją, żeby przestała. Zwolennicy korporacyjnego porządku widzą w niej uosobienie wszelkich cnót: kreatywności, zaangażowania, determinacji. Tymczasem jest nieświadomą ofiarą jednej z największych patologii naszych czasów: kultury zapierdolu. Profesor Matczak pewnie chętnie by ją zatrudnił. Leniwi Francuzi i tak nigdy nie docenią jej etosu pracy.

„Emily w Paryżu” byłoby ciekawszym serialem, gdyby twórcy choć na chwilę porzucili stereotypowe myślenie: o związkach, karierze, wreszcie samym Paryżu. Jeśli francuskie media krytykują serial, to właśnie za tendencyjny, uproszczony obraz miasta, jego mieszkanek i mieszkańców. Emily Cooper przylatuje do Francji, by dołączyć do zespołu niedużej agencji, specjalizującej się w marketingu dóbr luksusowych. Agencja działa na lokalnym rynku, ale należy do amerykańskiej spółki. W tak zaaranżowanej przestrzeni ma dojść do zderzenia postaw.

Emily Cooper jest na wskroś amerykańska. Wesoła, energiczna, trochę naiwna, nie poddaje się. Jest wiecznie podekscytowana. Wszystkim. Jej francuska szefowa jest za to zblazowana, wyniosła i wredna. Nie uśmiecha się. Dużo pali. Sypia z żonatym klientem. Wspomnianą pochwałę patologii kapitalizmu widać w konfrontacji Amerykanki i francuskiego teamu. Ona przychodzi do biura z samego rana, oni pojawiają się w okolicach 10. Chwilę później wychodzą na długi służbowy lunch, do którego zamawiają butelkę wina. I chwalą francuski rynek pracy za to, że nikogo nie da się zwolnić, bo biurokracja z tym związana jest tak wyczerpująca, że pracodawcom się nie chce. Ani to szczególnie zabawne, ani prawdziwe – a szkodliwość społeczna Emily w Paryżu polega też na tym, że serial nie stereotypizuje wszystkich po równo. Różnica w podejściach do pracy nie jest relacjonowana w sposób bezstronny – Francuzom dostaje się częściej i bardziej, a pracoholizm głównej bohaterki jest nagradzany wygranym przetargiem, zadowoleniem klienta, uratowanym projektem. Dlaczego to szkodliwe? Bo wzmacnia ten fałszywy koncept, że praca ponad oczekiwania, siły, możliwości się opłaca, a sukces i zamożne życie są dostępne dla każdego, wystarczy tylko ciężko pracować. Popkultura ma moc kształtowania przekonań na temat rzeczywistości, nawet jeśli jest tylko lekką rozrywką, którą przynajmniej część z nas ogląda ironicznie.

Nie ma dramatu?

Albo z doskoku. The New Yorker klasyfikuje serial Emily w Paryżu jako podręcznikowy przykład telewizji ambientowej. Takiej, która wciąga na tyle, żeby chciało się oglądać, ale nie angażuje za bardzo, by nie dało się w tym samym czasie scrollować Instagrama. To idealny serial tła, powolny, monotonny, bez nagłych zwrotów akcji, emocjonujących napięć, bez dramatu. Zwłaszcza trzeci sezon, w którym w zasadzie nic się nie dzieje, poza tym, że Emily i Gabriel idą do restauracji nagrodzonej gwiazdką Michelina, a ona – ta nieobyta w luksusowym świecie Amerykanka – siada na stołku przeznaczonym na torebkę, a jakiś czas później helikopter ląduje w ogrodzie rodzinnej posiadłości Camille i prawie zrzuca nakrycia ze stołu. To serio są dwa najbardziej dramatyczne wydarzenia w całym sezonie, a widziałam finał. Faktycznie, telewizja w wydaniu ambient. Można w trakcie oglądania uciąć sobie drzemkę, która potrwa od drugiego do dziewiątego odcinka, i niczego nie stracić.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarka. Kiedyś wyłącznie muzyczna, dziś już nie tylko. Na co dzień pracuje w magazynie „Glamour”, jako zastępczyni redaktorki naczelnej i szefowa działu popkultura. Jest autorką podcastu „Kobiety objaśniają świat”. Bywa didżejką.