Obejrzałem całe „Allen v. Farrow” i odeszła mi ochota na sięganie po filmy Woody'ego Allena (FELIETON)

Woody Allen and Mia Farrow
fot. Globe Photos/gettyimages

A przy tym czuję się źle, bo siedzi mi z tyłu głowy, że jako wieloletni szalikowiec Allena dokładałem cegiełkę do legitymizowania patologii. Malutką - ale zawsze.

Ten szalikowiec to nie przesada, bo jestem jedną z tych osób, które obejrzały wszystkie pełnometrażowe filmy Woody'ego Allena (poza najnowszym Rifkin's Festival, ale jego nawet nie miałem gdzie zobaczyć). Zacząłem jakoś na początku liceum, od Drobnych cwaniaczków - akurat leciały w kinach - bo wiadomo, to jest ten moment, kiedy ambitne dzieciaki zaczynają gardzić masówką, stając się pretensjonalnymi dupkami, analizującymi scenariusze filmów Davida Lyncha między polskim a matmą. Miłość do kina Allena bywa w takich sytuacjach często podbudowana wyobrażeniem o przynależności do jakiegoś niepisanego klanu, podziemnego kręgu, świata lepszych ludzi, w którym przerzucanie się żarcikami z Kierkegaarda i Pani Bovary to naturalny element każdej rozmowy. Oczywiście po latach człowiek dojrzewa, idzie po olej do głowy i zaczyna rozumieć, że najlepszą komedią świata jest i tak Superbad. Ale na pewnym etapie życia trzeba stać się na chwilę pretensjonalnym głupolem, w czym snobistyczna do bólu twórczość Woody'ego Allena pomaga jak mało co.

I co - mam teraz czuć się źle, bo po latach wyszło, że facet, którego uwielbiałem, prawdopodobnie molestował swoją kilkuletnią córkę? Spalić wszystkie książki Allena (no jasne, że oprócz obejrzenia pełnej filmografii mam też na półce każdy z jego wydanych w Polsce tytułów), zrobić ten patent z Zakochanego bez pamięci i wymazać z głowy każdy jego film, który obejrzałem przez te dwie dekady? Przecież większość z nas nie była tego świadoma; choć o sprawie z małoletnią Dylan Farrow Ameryka trąbiła na początku lat 90., ja - i pewnie większość z was - dowiedziałem się o niej dopiero te kilka lat temu, kiedy dorosła już Dylan publicznie zabrała głos. Natomiast jest powód, dla którego my, wszyscy widzowie i fani Woody'ego Allena, powinniśmy zdobyć się na chwilę autorefleksji. Naprawdę nie czuliśmy, że w powracających wątkach jego twórczości jest coś nie halo? Że Manhattan to śliczne, czarno-białe zdjęcia, Most Brooklyński jak z fototapety i niezapomniana muzyczka George'a Gershwina, ale i film o tym, że 42-latek regularnie posuwa 17-tkę? Że napalony, śliniący się na niedojrzałą lolitkę w Co nas kręci, co nas podnieca Boris to odpowiednik tego oblecha z kampanii Cześć Aniu, tu Wojtek, też mam 12 lat, ale skoro jest reprezentantem nowojorskiej socjety, a dziewczyna przekroczyła 18-tkę, to już nie ma problemu? W emitowanym na HBO GO Allen v. Farrow dokładnie to samo mówi jeden z dziennikarzy, analityków twórczości reżysera. Wszyscy to widzieliśmy, ale wpisaliśmy takie zachowania w figurę Woody'ego Allena. Bo to przecież taki śmieszny fajtłapa; neurotyk, ktory lubi pogapić się na małolaty, ale generalnie lew bez zębów i nie ugryzie. Moja dewiza to patrz, ale nie macaj - chwali się Frank Drebin w jednej z Nagich broni. No to tutaj na patrzeniu niestety się nie skończyło.

Podczas seansu łapałem się na tym, że nie ufam oskarżającej Woody'ego Allena Mii Farrow - byłej partnerce artysty, matce trójki jego dzieci. To ona na początku lat 90. odkryła, że Allen ma romans ze swoją pasierbicą, Soon-Yi. I to jej reżyser zarzucał przebiegłość, sfingowanie afery z molestowaniej małej Dylan z zemsty, tylko dlatego, że odszedł, by związać się z jej własną córką. Jest w jej postaci coś, co każe trzymać dystans. Element wyrachowania? Nieszczerość? Nie wiem - to się po prostu czuje. Poza tym twórcy dokumentu zgrabnie omijają informację o tym, że kiedy Farrow wychodziła za Franka Sinatrę, wówczas sama ledwie przekroczyła amerykańską granicę pełnoletniości. Że jedno z jej czternaściorga dzieci popełniło samobójstwo. O zarzutach wobec Farrow, która miała dręczyć adoptowaną dziesiątkę, faworyzując przy tym jej potomstwo biologiczne, mamy dosłownie jedno zdanie. Można odebrać ten serial jak nakręcony pod tezę. Jak to było z nieobecnością na ekranie Woody'ego Allena - tego nie dowiemy się chyba nigdy; plansza na koniec czwartego odcinka sugeruje, że Allen i Soon-Yi nie zgodzili się porozmawiać przed kamerą, tymczasem plotki mówią, że Soon-Yi i jej brat Moses (jedyne dzieci Mii Farrow, które wystąpiły przeciwko niej) zostali poproszeni o komentarze za późno, już w trakcie montażu produkcji. Zamiast wypowiedzi Allena mamy czytane przez niego fragmenty autobiografii A propos niczego, odnoszące się do konkretnych epizodów z jego życia. No nie wygląda to dobrze - raczej tak, jakby autorzy Allen v. Farrow szli w tabloidową łatwiznę. Może i o starej dziennikarskiej zasadzie sięgania po komentarze obu stron sporu prawie nikt już nie pamięta, ale to za gruby temat i zbyt ciężkie oskarżenia, żeby posiłkować się jakimś audiobookiem.

Nie ufam Mii, ale ufam Dylan Farrow. I nawet nie dlatego, że po prostu brzmi najrozsądniej z całej tej ferajny. I że mam przed oczyma dorosłą kobietę, która dopiero po 30-tce miała wystarczająco wiele siły, żeby powalczyć z demonami przeszłości; w liceum z nikim się nie umawiałam, bo bałam się, że w końcu będzie musiało dojść do czegoś więcej - zwierza się Dylan. Uderzyło mnie, jak mocno aferę z jej udziałem zamieciono pod dywan jeszcze w latach 90. Allen molestował dziecko? Związał się z młodą kobietą, którą sam wychowywał? Molestował czy nie, ale to wielki twórca i zawsze warto pojawić się w jego filmie. Z tych zaproszeń skwapliwie korzystała hollywoodzka wierchuszka, a śmiechom, zabawie i poklepywaniom się po plecach nie było końca. Od bohatera rozprawy na sali sądowej do ulubieńca elit - przejście do porządku dziennego było błyskawiczne. Poza tym coś jest na rzeczy, skoro Mia Farrow po upublicznieniu sprawy małej Dylan już nigdy nie dostała żadnej poważnej roli. Przedtem, przez prawie 30 lat, była jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek w Stanach. Komuś musiało bardzo zależeć, żeby przedwcześnie zakończyć jej karierę - tak samo, jak stało się z Mirą Sorvino, która po odrzuceniu awansów Harveya Weinsteina została spalona w branży. Ironia losu - najważniejszą rolą Sorvino jest kreacja w Jej wysokość Afrodyta Woody'ego Allena...

Premiere of DreamWorks' "Match Point" - Arrivals
fot. Kevin Winter/Getty Images

W obyczajowym szambie jest umoczone pół Hollywood. O wielu sprawach nie wiemy i pewnie nie dowiemy się nigdy. Dlatego pomimo widocznych niedoskonałości dobrze, że powstał taki dokument. To banalne, ale odkąd kula śnieżna o nazwie #metoo toczy się przez świat kina, widzowie zaczynają rozumieć, że artysta naprawdę nie może więcej. I że nikt nie chce już obcować z twórczością złych ludzi. Czy należy cancelować filmy Woody'ego Allena? Jeden rabin powie tak, drugi nie; ja dałbym widzowi wolny wybór. Są dostępne praktycznie od ręki - jeśli ktoś nie ma problemu z przeszłością ich twórcy, może sobie obejrzeć, a jeżeli nie czułby się z tym dobrze, to nie musi. Allenowi i tak już niewiele pomoże; nie wierzę, że po takiej burzy ktokolwiek wyłoży pieniądze na jego nową rzecz. Ja do nich nie wrócę - a jeśli już, to nieprędko. I nie chodzi o to, że są złe; od premiery pierwszego odcinka Allen v. Farrow ewidentnie w modzie są publiczne deklaracje w social mediach: Zaorać! Nie potrzebujemy filmów tego pretensjonalnego fleta! Są do dupy! Zabawne i zupełnie zrozumiałe, skoro tylko tak radykalne statementy zapewnią autorom cel w postaci lajeczków, bo przecież o to tu chodzi, a nie o konstruktywne zabranie głosu. Nie - część jest kiepska, część dobra, niektóre (Hannah i jej siostry, Annie Hall i może was zaskoczę, ale Anything Else) - wybitne. Po prostu nie będę już mógł spojrzeć na nie uczciwie. Bez powracającego obrazu gościa, który najpewniej skrzywdził własne dziecko. Bez obsesyjnego doszukiwania się moralnie dwuznacznych wątków w kolejnych scenach. Czułbym się nie jak widz, ale detektyw, który tylko czyha, żeby złapać jakiś drobiazg. Bohater obejrzał się za młodą dziewczyną! Wszystko jasne! Allen to pedofil! Tak to by mniej więcej wyglądało. Wolę nie ryzykować.

Wychodzi na to, że Woody Allen skrzywdził nie tylko swoich bliskich, ale i własnych fanów? Chyba tak. Dobrze, że przynajmniej w porę się zreflektowaliśmy.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i media owner serwisu newonce.net. Jeśli zastanawiacie się, kto wymyśla te wszystkie absurdalne opisy przy wrzutkach na niuansowym Facebooku - z reguły on.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.