Od 1977 roku żaden film nie zmienił kina tak bardzo, jak... nowa Mulan. Dlaczego?

mulan.jpeg

Być może to nie będzie najlepszy film roku. Albo miesiąca. Albo w ogóle nie będzie zbyt dobry. Ale to akurat mniej istotne. Za sprawą nowego trybu dystrybucji Mulan już przeszła do historii popkultury.

Mamy rok 1977. Do kin na całym świecie weszła właśnie głośna premiera młodego, obiecującego reżysera - Gwiezdne Wojny. Nowa nadzieja. OK, z tym na całym świecie to trochę przesada; w latach 70. amerykańskie filmy trafiały do wielu krajów z dużymi opóźnieniami, na przykład polscy widzowie mogli obejrzeć przygody Luke'a Skywalkera, Hana Solo i reszty dopiero po dwóch latach. Ale my nie o tym.

Może i wojny były gwiezdne, ale mocno zmieniły to, co działo się na Ziemi

Film George'a Lucasa był pierwszym amerykańskim blockbusterem, który wypuszczono w modelu stricte korporacyjnym. O co w nim chodziło? O to, żeby wycisnąć każdy tytuł do ostatniego centa. Jeśli się sprzedał, wówczas dorabiano sequele, potem prequele, potem tworzono całe uniwersa, które obejmowały książki, komiksy, seriale, produkcje animowane, albumy kolekcjonerskie, gadżety, dedykowane zestawy w fast foodach... Sami wiecie, jak to wygląda do dziś. W 1997 roku zremasterowana trylogia Gwiezdnych Wojen trafiła do polskich kin. Była promowana na... paczkach chipsów. I nikogo to za bardzo nie dziwiło.

A jeśli się nie sprzedał - trudno. Za chwilę studio odbije sobie straty czym innym. Albo wrzuci jakiś zestaw figurek dla kolekcjonerów.

Co istotne, studia filmowe pełniły w tym modelu rolę tych, którzy dzielili i rządzili. To oni decydowali, do jakich - i ilu - kin trafiały poszczególne filmy. To oni ustalali datę premiery wideo, wydawali zgodę na to, kiedy dany film może trafić do telewizji płatnej, a kiedy do publicznej. U nas, ze względu na panujący ustrój polityczny, który blokował produkcje z Zachodu, ten model w pełni przyjął się dopiero w latach 90. Starsi czytelnicy pewnie pamiętają, jak to było. Najpierw premiera kinowa (wtedy od kilku do kilkunastu tygodni po premierze w USA, obecnie to się wyrównało), po pół roku wejście na rynek kaset wideo, a z czasem DVD, po kolejnym roku pierwsze seanse na płatnych kanałach, a jeszcze rok później - prywatne i państwowe kanały TV, za które nie trzeba płacić. Czyli jeśli ktoś mieszkał w miejscowości, która kina nie posiadała, nie miał też odtwarzacza ani nie płacił za Canal+ czy HBO, to takiego Matrixa mógł obejrzeć sobie 3-4 lata po premierze.

Uwaga, Netflix!

I nagle pojawiły się serwisy streamingowe z Netfliksem na czele, a dystrybutorzy zadrżeli. Pół biedy, że za niewielką opłatą oferowali dostęp do biblioteki tytułów, co mocno uderzyło w rynek DVD i telewizję. Gorzej, że ich właściciele sami weszli w produkcję filmową, a kręcone przez nich tytuły mogły elegancko obejść cały dotychczasowy porządek, wchodząc tylko na dane platformy. Bez kina, płyt i kaset, telewizji. Co na to wielkie studia filmowe? Zaczęły usuwać swoje tytuły z platform streamingowych, tworząc własne serwisy. I wszystko fajnie, ale gdzie w tym wszystkim kina, skoro za chwilę każdy duży film będzie miał swoją premierę na konkretnej platformie?

Tu przechodzimy do casusu Mulan. Uroczysta premiera filmu Nikoli Caro odbyła się 9 marca w Los Angeles. Dwa dni później ogłoszono globalną pandemię koronawirusa, kina na całym świecie zostały zamknięte, a producenci zostali z garścią już gotowych tytułów, które miały wejść na duże ekrany, ale w tej sytuacji nie wiedziano, co z nimi zrobić. Dlatego na szybko wprowadzono model hybrydowy. Na szybko, ponieważ już wcześniej przewidywano, że prędzej czy później ta zmiana musi nastąpić, ale koronawirus tylko ją przyspieszy.

W większości krajów (także w Polsce) wyprodukowana przez Walt Disney Studios Motion Pictures Mulan wchodzi tylko do kin. Ale w 10 państwach, których mieszkańcy mogą legalnie korzystać z serwisu Disney+, film będzie do obejrzenia TYLKO na tej platformie, za to za dodatkową opłatą w wysokości 30 dolarów, która zdaniem Disneya plus minus równoważy rodzinny wypad do kina (bez popcornu). I prawdopodobnie tak będzie wyglądała przyszłość kina, do tej pory zdominowanego przez duże studia filmowe. Dzisiaj te studia mają też swoje platformy, a w ich interesie jest, by i kina tradycyjne (nierzadko są też ich współwłaścicielami), i serwisy streamingowe działały, jak należy.

Jak będzie to wyglądać za parę lat?

Od razu zaznaczamy: to tylko prawdopodobieństwo, nie bierzcie tych przewidywań za pewnik. W 2025 roku możemy jednocześnie subskrybować kilka platform streamingowych, może nawet dogadają się w sprawie jednej abonamentowej opłaty. Oczywiście wszystkie z aplikacjami na TV - spokojnie, tak szybko nie pozbędziecie się telewizorów ze swoich mieszkań. Przy premierze blockbustera będziecie mogli obejrzeć go i tradycyjnie, w kinie, i na platformie, ale za dodatkową opłatą, która będzie obowiązywać przez parę miesięcy, dopóki obraz się nie opatrzy. Mniejsze produkcje, na przykład ambitniejsze kino (jak netfliksowa Roma), zobaczycie i w salach kinowych, i na platformach, ale bez dodatkowych opłat; fani takich tytułów i tak zwykle wybierają kino, bo są tradycjonalistami. Czyli tryb hybrydowy. Do tego hybrydowe festiwale filmowe, które ruszyły w tym roku; część filmów w salach, część na streamingu.

Wiele pokażą... wyniki sprzedażowe Mulan. Może być i tak, że nikt nie kupi filmu za 30 dolarów, bo jednak jest to trochę kasy. Natomiast pandemia i ekspansja streamingów przewróciły wszystko do góry nogami. Wiadomo, tradycyjne kino tak szybko nie umrze, gdzieś trzeba chodzić na randki. Ale i trzeba pamiętać, że dzięki streamingom jesteśmy rozleniwieni jak syte kocury. Kiedy film, na który czekacie, i który dobrze byłoby obejrzeć na dużym ekranie, wszedł tylko do kilku kin, bez parkingu, w dodatku pada i zimno... Sami odpowiedzcie sobie na pytanie, czy będzie wam się chciało.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.