Od piątku słuchamy nowej płyty Jamesa Blake'a, muzycznego kronikarza minionej dekady. Skąd to określenie?

James Blake Performs At Leeds University
fot. Andrew Benge/Redferns

Fizycznie nie zmienił się ani trochę - ma 33 lata, a dalej wygląda jak ten student, który w 2010 roku wstrząsnął blogosferą. Ale już artystyczna droga Jamesa Blake'a jest jak przekrój przez minioną dekadę w muzyce rozrywkowej.

Na pewno Kanye. Na pewno Kendrick, chociaż on akurat działa w obrębie mocno sprofilowanej formy. I pewnie wybralibyśmy jeszcze kilka bardziej istotnych dla rozwoju współczesnej muzyki osób, ale to nie żaden ranking, ale próba odpowiedzenia na pytanie o Jamesa Blake'a. Jak to się stało, że ten niepozorny Anglik dokonał małej rewolucji?

Kulturalny chuligan

Połączył pop z muzyką poważną tak naturalnie, jak nikt przed nim. To wykształcony pianista - Blake uczył się w londyńskich konserwatoriach muzycznych, ale wśród co bardziej nobliwych pedagogów miał łatkę artystycznego chuligana, który najpewniej skończy jako muzyk jazzowy (w pewnych kręgach to niemal obelga). Tyle że podczas studiów trafił na parę dubstepowych imprez, jakie w drugiej połowie lat zerowych rozlewały się po całej Wielkiej Brytanii. I wsiąkł do reszty. Z muzyki współczesnej zaczerpnął fascynację oszczędnymi, klawiszowymi brzmieniami. Z elektroniki - pulsujące beaty. Dodajmy do tego lot na 90'sowe r'n'b, dodajmy cichy acz przenikliwy wokal i dostaniemy zupełnie nową jakość gdzieś na przecięciu popu, muzyki klubowej i poważki, bez pretensji do żadnego z tych gatunków. To musiało wypalić, zwłaszcza wtedy, gdy piłujące na każdej imprezie dubstepowe wobble powoli zaczynały stępiać wszystkim uszy. Tymczasem nagle pojawił się facet, który jak nikt inny potrafi operować... ciszą.

James Blake był jednym z kapitanów brytyjskiego statku, który na przełomie dekad podbijał wody parkietów i rozgłośni na całym świecie. Wybaczcie te marynistyczne porównania - równie dobrze moglibyśmy po prostu napisać, że Anglicy zjedli wówczas konkurencję z kosteczkami. SBTRKT, Jamie Woon, Jessie Ware, Disclosure, London Grammar, Mount Kimbie, The XX... Wszyscy wyrośli z klubowych korzeni, wszyscy pożenili radiowy pop z współczesną elektroniką, nadając jej eleganckiego i lekko emocjonalnego sznytu. I definiując na nowo tzw. muzykę miejską, bo faktycznie, twórczość wszystkich wymienionych to ścieżka dźwiękowa do tętniącej życiem, trochę romantycznej, a trochę mrocznej metropolii.

Na ich tle Blake był chyba najbardziej klasycyzującym twórcą, a jednak i on odniósł ogromne sukcesy. Jego singlowe Limit To Your Love z niesamowitą linią basu było jednym z pierwszych muzycznych fejs-virali, share'owanych przez wszystkich wrażliwców, bo taki rodzaj emocji był w ówczesnej elektronice niezwykle rzadko spotykany. A poza tym to kawał porządnego, momentalnie wpadającego w ucho popu. Jeśli nie wokalem, to na pewno wspomnianym już basem.

Duchologia terapeutyczna

Zostańmy przy temacie emocji jeszcze na chwilę. Blake przyznał się do walki z depresją, opowiadając, że na początku swojej kariery miewał nawet myśli samobójcze, bo tak mocno dotykała go powierzchowność wszystkich międzyludzkich relacji, jakich doświadczał. Dodał też, że doskonale rozumie wysoki odsetek samobójstw wśród mężczyzn, skoro krąg kulturowy, w którym są wychowani, nakazuje być im zawsze twardymi i za nic w świecie nie okazywać słabości. Dlatego muzyka Blake'a była i jest wentylem ujścia uczuć dla wielu wrażliwców, pełniąc funkcję czysto terapeutyczną.

Termin DUCHOLOGIA pochodzi od francuskiego słowa hantologie. Pojęcie po raz pierwszy zastosował francuski filozof Jacques Derrida. Według niego teraźniejszość istnieje tylko w odniesieniu do przeszłości, a ludzkość po końcu historii powróci do estetyk, form i mediów obecnie postrzeganych jako przestarzałe. Na świecie „duchologia” funkcjonuje od dawna, sprawdza się w badaniu retromanii, powrotu do starych mediów – aparatów fotograficznych, adapterów, estetyki komputerowej z epoki Atari czy Game Boyów - czytamy w opisie spektaklu Duchologia Polska na podstawie książki Olgi Drendy, nota bene autorki świetnego fanpage'a Duchologia. To właśnie muzyka Jamesa Blake'a. Zamglona, sypialniana, jakby dobiegająca z najgłębszych zakamarków ludzkiej jaźni. Słuchanie Blake'a chronologicznie jest jak obserwowanie ducha, który przybiera materialną formę - pisał w eseju dla serwisu Electronic Beats nieżyjący już niestety wybitny dziennikarz Mark Fisher. To swoją drogą idealnie obrazuje artystyczny rozwój Anglika - o którym w następnym slajdzie - ale i widać też, z jakich rubieży popkultury wyrosła jego muzyka.

Blake jak przewodnik po latach 2010-2019

Debiutancki James Blake to miks popu, elektroniki, poważki i cyfrowych wokali, mocno obecnych także na poprzedzających go ep-kach. Na pięknym albumie Overgrown James Blake postawił na piosenkowość, The Colour in Anything to mocno eksperymentalny, balladowy zapis z podróży po świecie depresji, a wydany w 2019 roku Assume Form iskrzy się delikatnymi, klubowo-trapowymi brzmieniami. Naprawdę delikatnymi, w końcu to James Blake, za to z imponującą listą współpracowników: Travis Scott, ROSALIA, Metro Boomin, Andre 3000, Moses Sumney. Pokaz siły.

Ten krążek jest idealnym dopełnieniem opowieści o muzyce minionej dekady, rozpiętej pomiędzy basowymi klubami z okolic 2010, emocjonalnym, trochę barokowym popem (którego odpryski znajdziecie i u bardziej niszowych artystów pokroju Angel Olsen czy Perfume Geniusa, i chociażby Florence Welch) a trapowymi eksperymentami, które z czasem stały się mainstreamem. Dlatego James Blake był świetnym kronikarzem tych zwichrowanych, dziwacznych i wykręconych czasów, w których muzyczni uczuciowcy mieli się lepiej niż kiedykolwiek. Ale czas na nowe dziesięciolecie i nowy album - krążek Friends That Break Your Heart jest już dostępny w streamingach.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.