Mimo że w swoim czasie byli głównie źródłem kontrowersji i niezbyt lotnych żartów, to wpływ ekipy Odd Future czujemy do dzisiaj.
Poluzowanie gumki przydało się w czasach spiny i pustego blingu, a sztuka trollingu, którą dzisiaj obserwujemy na niezliczonych Instagramach raperów, ma swoje źródła właśnie u nich. To akurat negatywny wpływ OFWGKTA. A pozytywy? Oczywiście żelazny zestaw talentów.
To z nich wywodzi się jeden z najbardziej kreatywnych i interesujących artystów naszych czasów, czyli Tyler, the Creator, to w niej zaczynał efemeryczny książę alternatywnej muzyki dla wrażliwców, czyli Frank Ocean. No i wreszcie to tutaj (jeszcze jako niepokorny młodzieniec nie do ujarzmienia) pierwsze rapowe kroki stawiał Earl Sweatshirt. A że ten ostatni wydał właśnie nowy album, to postanowiliśmy przyjrzeć się wszystkiemu temu, co składa się na jego sukces.
Earl zaczynał jako bardzo zbuntowany newcomer, który w swoich tekstach korzystał z szoku i horrorcore'owych zabiegów. Technicznie prezentował się najlepiej z całej ekipy, ale treściowo… No cóż, każdy kiedyś miał naście lat, a to wtedy szczególnie imponują makabryczne opisy wkładania poćwiartowanych ciał do worka. Niemniej, już na tym poziomie twórczości wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z dużym talentem, tylko skierowanym w nie do końca dobrą stronę.
Doris to wielki krok naprzód względem wydanego w wieku 16 lat mixtape’u Earl. Debiutancki album rapera był skutkiem kontraktu z majorsową wytwórnią, co oznaczało większą promocję, znane nazwiska na featuringach i bookingi na dużych festiwalach. Earl wracał do gry po przymusowym pobycie w szkole wojskowej, ale paradoksalnie (zamiast jeszcze większej dawki buntu) krótka utrata wolności dała mu choć chwilę spokoju i ustawiła na drodze do dojrzałości – zarówno artystycznej, jak i osobowościowej. To właśnie na etapie Doris zaczęliśmy się dowiadywać coraz więcej na temat relacji artysty z ojcem. Relacji, która zdefiniowała go na całe życie.
I DON’T LIKE SHIT, I DON’T GO OUTSIDE rozpoczyna erę dojrzałego Earla. To niesamowicie depresyjny, głęboki projekt. Ekscentryczna produkcja wciąga nas w czarną dziurę, w której siedzi przygnębiony raper i maluje ściągający w dół obraz. Ten album to ważny punkt w historii artystycznych wizji chorób i zaburzeń psychicznych. Ale to płyta również na wskroś poetycka, pełna przemyślanych i często trudnych tekstów – wyraźny wpływ ojca, poety. Aż dziw bierze, że to ten sam młodziak, który używał brutalnych morderstw jako środka do generowania punchline’ów.
Some Rap Songs i FEET OF CLAY to najbardziej wyzwolone artystycznie albumy w karierze Earla. Free jazz, najgłębszy basowy muł, ekscentryczne wybory od flow po sample... Tak, mamy tu faceta, który czuje, że nie musi nic nikomu udowadniać. W jednym z wywiadów autor powiedział, że chciał, żeby pierwszy ze wspomnianych projektów był jednym, nieprzerwanym strumieniem muzyki, ale wytwórnia się na to nie zgodziła. Coś czujemy, że kiedy skończą się kontraktowe zobowiązania, czeka nas kolejny etap jego kariery. Sami jesteśmy ciekawi jaki...