OSTATNI MECZ #11. Oczy, które budzą strach

Zobacz również:Wraca Premier League! Faworyci, nowicjusze i Polacy w kotle najlepszej ligi świata (PODCAST)
A masked burglar, 22 August 2000. SMH Picture by TANYA LAKE
fot. Getty Images/Fairfax Media via Getty Images

„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. Dziś jedenasty rozdział historii. 10 wcześniejszych rozdziałów przeczytacie TUTAJ.

Nie do końca rozumiał, dlaczego ludzie się go boją. Nie miał przecież przerażającej twarzy. Żadnych blizn. Monstrualnej budowy. Może chodziło o spojrzenie? Dawno temu pewna kobieta powiedziała do jego matki: – Niech to dziecko się tak na mnie nie patrzy. Mama odparła, że nie życzy sobie takich uwag, a chłopiec patrzy, bo jest ciekawy świata. Kobieta jednak wyszła ze sklepu, nie mogąc znieść świdrującego wzroku dziecka. Zjawa miał oczywiście imię, ale ono nie było aż tak istotne. Pseudonim nadał mu kumpel z podstawówki, uważał bowiem, że nikt nie zwraca uwagi na tego przeciętnego chłopaka, a jednocześnie ludzie się go boją. Ci, którzy już go zauważyli, rzecz jasna. Kiedy obejrzał film „Omen”, miał takie dziwne uczucie, że on i Damien są podobni. Przez jakiś czas myślał nawet o sobie w kategoriach wcielenia diabła. Czy nim był? Mógł być? Nie chadzał do kościoła i w zasadzie w nic sensownego nie wierzył. No może w siłę pieniądza. Ale najbardziej w ludzkie słabości. Wiedział, że każdy człowiek skrywa jakiś sekret, a jeśli go poznasz, to wtedy masz tego człowieka w garści.

Po śmierci matki i przeprowadzce z ojcem do Londynu, zmianie szkoły, nie do końca udanej adaptacji w nowym otoczeniu, Zjawa otrzymał pseudonim Polak. Wcale się nie obrażał, nie. W ogóle. Pasowało mu to, że był inny, wyróżniony. Napiętnowany? Być może, ale on tak tego nie odbierał. Na pierwszej lekcji chłopak z ławki obok zabrał mu długopis, więc Zjawa nie mógł robić notatek, i tak zresztą niewiele rozumiał, więc byłoby to bardzo trudne. Nauczycielka zapytała na koniec, czy nowy kolega może przeczytać co zapisał. Cała klasa okrutnie się z niego śmiała. Początkowo chciał się poskarżyć ojcu, ale widział jak ten utopiony jest w żalu po odejściu mamy, jak ciężko haruje, by zapewnić im obu byt, jak zasypia w fotelu z butelką piwa. Nie był alkoholikiem, po prostu tak wynagradzał sobie ciężkie dni.

Zjawa postanowił więc, że zadba o siebie sam. Aby to zrobić, potrzebował przede wszystkim siły fizycznej. Zaczął intensywnie ćwiczyć. Dziesiątki pompek, hantle, przysiady, bieganie. Nie grał w piłkę, nie był jeszcze gotowy, by iść na boisko i pokazać swoje umiejętności, przypuszczał wszak, że zanim do tego dojdzie, już go wyśmieją, już sparodiują jego akcent, już go przegonią. Przyjdzie czas. Oczywiście widzieli, że się zmienia. Rozrasta. Czuli bijącą od niego coraz większą siłę. Z każdym tygodniem zaczęli też zauważać jego wzrok. Również dziewczyny, dla których w tym spojrzeniu było coś pięknego, to zadziwiające, jak różnie można postrzegać świat, w zależności od tego, jakiej płci się rodzisz.

Zjawa czytał powieści o gangsterach, a kiedy staruszek zasypiał, nakrywał go kocem i sam cichutko szedł do łóżka. Miał dziesięć lat, a czuł się, jakby skończył osiemnaście. Pragnął dorosłości. Uważał, że wtedy wszystko będzie prostsze. Pierwszy rok w nowej szkole, w nowym kraju, na nowym osiedlu niedaleko Upton Park, przeszedł w istocie jak zjawa. Prześlizgnął się do następnej klasy, udało mu się uniknąć większych kłopotów, w czasie przerw znikał, by nie rzucać się w oczy, po lekcjach wypruwał do domu, gdzie czytał o mafii i czekał na tatę. Klasa już dawno zapomniała o incydencie z pierwszego dnia, zaakceptowała w jakiś sposób Polaka, który mówił z dziwnym akcentem. Ale on pamiętał.

Kiedy zaczął się nowy rok szkolny nie było z nimi trzech osób. Jedna dziewczyna z patologicznej rodziny nie otrzymała promocji do następnej klasy, pewien chłopak wyjechał z rodzicami do Kanady, a Jake, no właśnie, co z Jake'em? – Drogie dzieci, mam dla was przykre informacje. Wasz kolega Jake leży w szpitalu i walczy o życie. Został napadnięty, kiedy wracał z zakończenia roku szkolnego, dowiedziałam się o tym zaraz po incydencie, ale nie chciałam wam psuć wakacji. Jego stan dopiero niedawno zaczął się poprawiać i myślę, że w przyszłym tygodniu będziemy go mogli odwiedzić – rzekła po inauguracji roku szkolnego sympatyczna pani Smith.

Jake Burrow mieszkał z ciotką niedaleko szkoły. Żeby dostać się do brązowo-szarego budynku, którego korytarze dawały marną szansę na dobrą edukację i godną pensję, musiał przejść przez skrzyżowanie, a następnie zatoczyć dość spory łuk. Cała droga zajmowała około 10 minut żwawym krokiem. Ale Jake lubił chodzić na skróty. W murze przy drodze głównej była dziura, wciskając się w tę szczelinę byłeś już na cmentarzu, wystarczyło teraz skręcić w prawo i dojść do szkoły dwa razy szybciej. Jedyną niedogodnością była obecność cmentarnego stróża, starego pana Drake'a, który gonił uczniów, często siadających na grobowcach i popalających papierosy. W dniu zakończeniu szkoły Jake Burrow wracał do domu z nadzieją, że ciotka sypnie jakimś groszem za to, że zdał do kolejnej klasy. Pogwizdywał nawet wesoło, a kiedy dotarł wreszcie do cmentarnej bramy, wszedł na pewniaka, bo przecież to nie było zabronione, szczególnie, jeśli leżeli tutaj twoi rodzice. Jake nosił nawet w plecaku sztuczny kwiat – lilię ze sklepu za funta, która w dowolnej chwili służyć mogła za dowód, że idzie odwiedzić grób mamy i taty.

Pan Drake posłał mu groźne spojrzenie, ale w odpowiedzi usłyszał: – Zdałem! Idę powiedzieć o tym rodzicom, no co, nie można? Żal mu było tego chłopca, uważał, że dziesięciolatek powinien mieć normalną rodzinę, bo inaczej skręca w niebezpieczną stronę, choćby to była dziura w murze cmentarnym. Wiedział też, że Jake nie chadza na grób tak często, jak mówi i że znów idzie na skróty, tym razem do domu. Ale odpuścił. Słoneczko świeciło. Chłopak zaliczył klasę. Niech mu będzie. Dał mu nawet jabłko, co szczerze dzieciaka ucieszyło.

Jake skręcił w alejkę, w której położony był grób rodzinny, następnie wykonał manewr w przeciwną stronę, wszedł między dwa wysokie krzaki, przycisnął się do żywopłotu i tutaj naprawdę nie było już zbyt wiele miejsca. Należało uważać, by nie podrapać sobie twarzy. Jeszcze tylko dwa kroki i znajdzie się po drugiej stronie krzaczastej ściany, a potem kilka metrów wzdłuż muru, do wyrwy. Poczuł już chłód bijący od ceglastej ściany, gdy nagle z góry zeskoczyła jakaś postać. Jake nie zrozumiał całego zdarzenia. Pomyślał przez ułamek sekundy, że ten człowiek musi być hieną cmentarną. Ale w biały dzień? Taka zuchwałość? Było ciepło, a on miał kominiarkę na twarzy, oddychał jednak miarowo. Wyprowadził cios na twarz Jake'a, następnie złapał go za głowę i uderzył nią kilka razy o mur. Kopnął w nogi, w zgięciu kolan i szpicem czarnego buta wycelował prosto w nos. Coś chrupnęło. Nastała czerń.

W szpitalu św. Augustyna dzieci na dwie raty wchodziły do małej salki, w której leżał Jake i trójka innych małych pacjentów. Kupili kwiaty i dużego misia, a Anabelle napisała list od samorządu, który odczytała z przejęciem. Jake był bardzo słaby i wcale nie wyglądał na kogoś, kogo stan się poprawia. Dzieci kolejno podchodziły do niego, nachylały się i życzyły powrotu do zdrowia. Po policzkach Jake'a zaczęły spływać łzy. Koleżanki i koledzy nie wiedzieli tego, co on sam usłyszał wczoraj od ciotki. Lekarz powiedział jej, że uszkodzenia wewnątrz mózgu były na tyle mocne, iż wywołały spore zmiany neurologiczne i w pewnych aspektach funkcjonowania – tu wyjaśnił jakich, ale ciotka była prostą kobietą i niczego nie zapamiętała – powrót do normalnego życia nie będzie możliwy. W każdym razie, wszyscy byli niezwykle poruszeni. Nawet dzieciaki, którym Jake często dokuczał, bo miewał ciężki charakter, teraz uroniły łzę i wybaczyły mu jego drobne przewiny typu zabranie kanapki, podłożenie nogi czy pociągnięcie za warkocz.

Polak stał na końcu kolejki. Zawsze z boku. Kiedy nadeszła jego kolej, nachylił się nad zabandażowaną głową chorego i zatrzymał wzrok, celując prosto w jego źrenice. Jake Burrow zrozumiał. Oczy wyzierające z dziur kominiarki. Zaczął wyć jak opętany, wił się na łóżku, jego ciało przeszły spazmy, jakby wstąpiło w niego coś złego. Uczniowie opuścili w popłochu salę, do której wbiegła dyżurna pielęgniarka. Szybko podała coś Jake'owi przez wenflon i po chwili chłopak smacznie spał. Na szczęście po tym lekarstwie nie miał snów o człowieku w kominiarce.

Konrad Werk patrzył to na zegarek, to na płynącą Tamizę, gdy wreszcie dostrzegł zbliżającą się postać. Pewny krok, a zarazem przezroczystość. Dziwne połączenie – pomyślał. – Witam rodaka na obczyźnie, piękny mamy dzień – powiedział tamten z jakąś paskudną chropowatością w głosie i wyciągnął dłoń. Werk odwzajemnił uścisk, ale nawet przez sekundę nie spojrzał przybyszowi w oczy. Wiedział, że pod żadnym pozorem nie wolno tego robić. Jedyne o czym teraz myślał, to jak przekierować strach, który właśnie odczuwał, na inne tory. I taki był cel tego spotkania.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz Canal+. Miłośnik ligi angielskiej, która jest najlepsza na świecie. Amen.