OSTATNI MECZ #6. Destynacja: nigdzie

Zobacz również:Wraca Premier League! Faworyci, nowicjusze i Polacy w kotle najlepszej ligi świata (PODCAST)
departure-e1588409532849.jpg
fot. Nicolas Economou/NurPhoto via Getty Images

„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. Dziś szósty rozdział historii. Jeśli przegapiłeś poprzednie odcinki, znajdziesz je tutaj: pierwszydrugitrzeci, czwarty i piąty.

Robbie Targett powinien był przewidzieć, że to się nie skończy na drinku. Zresztą, kiedy już dołączył do Sophie Moon, była nieźle – jak mawiał ich klubowy masażysta – skotłowana. Mętny wzrok, przeciąganie wyrazów, nieudolnie zalotne spojrzenie, ale nie dostrzegł w tym radości z ekskluzywnego życia, lecz próbę zapominania o tym poprzednim, gorszym. Znał mnóstwo takich dziewczyn jak Sophie, a mimo wszystko ona była na swój sposób wyjątkowa. To tak jak z kapelami – w danym gatunku może być kilkaset zespołów, które grają coś podobnego, ale z nienamacalnego powodu dwie czy trzy są najlepsze. I z nią było bardzo podobnie. Stosowała zabiegi chirurgiczne, ale nie tak ordynarnie, jak jej konkurentki na rynku WAG's. Ubierała się wyzywająco, ale zawsze z klasą. Polowała na kolejnych pilkarzy, jednak gdyby ktoś prześledził dokładnie jej przelotne romanse, dostrzegłby w tym pewien klucz – nikłe szanse zbudowania czegoś trwałego, średnie rozgarnięcie intelektualne upolowanej zwierzyny i znakomite rozeznanie terenu. Nigdy nie atakowała ofiary, która umiałaby się przed nią obronić. Musiała przecież dbać o reputację tej, która uwodzi i potem porzuca.

Powinien mieć wyrzuty sumienia, ale taki stan rzadko funkcjonował w życiu Robbiego Targetta. To się po prostu nie udawało. Nie miało większego sensu. Tym razem dodatkowo miał realne usprawiedliwienie. Był nim zwykły szantaż. Słyszał wodę szumiącą pod prysznicem i skłamałby, gdyby stwierdził, że nie było przyjemnie. Jako doświadczony na tym polu zawodnik dobrze znał się na rzeczy i uznał wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin za potyczkę godnych siebie rywali., w aspekcie fizycznym, rzecz jasna.

Co prawda bał się teraz wyciągnąć telefon z kurtki, wiedział bowiem dobrze, że ten mały przedmiot skumulował w sobie dużo pretensji. Lindsay mu tego nie wybaczy. Była dziewczyną, która zawsze dostaje co chce. Ale Sophie trzymała go w garści. Patrzył przez okno i widział wirujące płatki śniegu, normalnie wydałoby mu się idiotyczne, że o tej porze roku pojawia się zima, ale w sumie sam znalazł się wczoraj w podobnej sytuacji. Sophie była tą chmura, z której spadł śnieg i przysypał jego chwilową przemianę. Nie należał do grona tych osób, które ekscytują się zmianami klimatycznymi, owszem, raz przelał pokaźna sumę na walkę z pożarami w Amazonii, ale doradził mu tak jego agent, w innym przypadku coś takiego nie przyszłoby mu nawet do głowy, pewnie wybrałby jakiś bardziej oczywisty wariant, typu wizyta w szpitalu na oddziale onkologii dziecięcej. Inni piłkarze z jego drużyny miewali problem z odwiedzinami w takich miejscach, wielu z nich zwyczajnie pękało, zdarzyło się, że jeden chłopak na serio diametralnie się zmienił, zaczął wszystkie tygodniówki przeznaczać na cele charytatywne, głównie operacje dzieciaków, sobie zostawiał niewiele forsy, musiał zacząć się ubierać w tanich sklepach, na co Robbie Targett nie mógł sobie niestety pozwolić. Moda była dla niego zbyt ważna.

Niekiedy podczas wizyt w szpitalnych pokojach dzieci, zastanawiał się, czy nie jest uszkodzony. Zupełnie go to nie ruszało. Nie był skończonym idiotą, potrafił sklecić parę sensownych zdań, ale wrażliwość nie była jego najmocniejszą stroną. Miał przez to kiedyś problem. W jednej z rozmów, których nie chciało mu się autoryzować, dziennikarz zagadnął o akcje charytatywne, jak czytanie chorym dzieciom książek i padło takie pytanie: „Czy nie uważasz, że to okrutne i niesprawiedliwe, że one tak młodo umrą?”. Pytanie było oczywiście retoryczne i tak też należało odpowiedzieć, gdyby Robbie znał zwrot „pytanie retoryczne”, ale zupełnie bez sensu wypalił wtedy: „Cóż, wszyscy umrzemy, czyż nie?”. Co gorsza był z tego nawet dumny, wydawało mu się to takie, cholera, filozoficzne? Kibice byli jednak innego zdania. Publikacja tak ich zniesmaczyła, że przez dwa lata wygwizdywano Targetta na każdym niemal stadionie w Anglii. Było, minęło, pomyślał teraz.

Wsunął się głębiej pod kołdrę i poczuł, że wszystko co robi, nie ma sensu. Zawsze będzie tym, który pakuje się w kłopoty, a sprawy z przeszłości, czy ci się to podoba, czy nie, w końcu cię dopadną. Przez długie lata narobił tak dużo syfu, że to musiało teraz wracać, jak bankowe odsetki, których się nie spłaciło. Sophie otworzyła drzwi i posyłając mu całkiem naturalny uśmiech powiedziała: – Wybacz, musiałam w końcu sprawdzić. Koleżanki nie kłamały, dawno nie miałam tak udanego seksu, a jeśli czytasz bulwarówki, powinieneś wiedzieć, że uprawiam go sporo. Pewnie, że czytasz. Wy, piłkarze, nie czytacie przecież innych rzeczy, co? Wzruszył ramionami. – Mam w dupie gazety. Żadnej nie wziąłem do ręki od kilku lat. Za dużo kłamstw – odparł i choć mu nie uwierzyła, była to prawda. Nie czytał prasy od czasu pewnych wydarzeń.

Kilka lat wcześniej Robbie Targett wziął udział w haniebnym zdarzeniu. On i jego kumple pili w barze podczas zgrupowania w Portugalii. Trener dał im wolny dzień, naprawdę ciężko wtedy harowali przed nowym sezonem, szykując się do ataku na tytuł mistrzowski i postanowili się wreszcie zabawić, spuścić trochę powietrza. Problem polegał na tym, że na zadupiu, gdzie się znajdowali, nie było żadnych rozrywek. Ktoś wpadł na pomysł, by ruszyć do najbliższego miasta, ale było tam tak daleko, że w końcu odpuścili. Skończyło się typowym chlaniem na umór w męskim towarzystwie, chamskimi żartami i kolejnymi ofiarami słabej głowy, które odpadały jedna po drugiej, wleczone do pokoju, z twarzami pomalowanymi flamastrem i zdjęciami w komórkach kumpli, które będą krążyć po różnych whatsappowych grupach, od jakich roiło się w środowisku piłkarskim.

Na tarasie siedziała urocza dziewczyna. Wystawiała twarz do zachodzącego słońca i popijała Porto. Okazało się, że jest Brytyjką. Na placu boju zostało ich pięciu, więc zaczęli się przed nią popisywać. Takie tam głupoty godnych pożałowania podpitych palantów – jeden wskoczył po pijaku do basenu na główkę z balkonu na pierwszym piętrze, inny zaczął jej pokazywać stan konta. Śmiała się, wcale jej to nie przeszkadzało, zresztą zaczęła z nimi ostro pić i miała naprawdę mocną głowę. Wyglądała jak ktoś, kto wyraźnie szuka towarzystwa. Impreza przeniosła się do pokoju Sama Malcolma, bardzo zdolnego juniora, który był potężnym, blisko dwumetrowym środkowym obrońcą. Już wtedy oglądali go skauci najlepszych angielskich klubów, a agent Robbiego szepnął mu w sekrecie, że wkrótce zainteresuje się nim madrycki Real. Sam z trudem dźwigał brzemię sławy, co objawiło się także w hotelu, w sposobie jego odzywania się do dziewczyny, składania jej wprost coraz śmielszych propozycji. Wszyscy bardzo się zdziwili, kiedy w końcu wypaliła: – Taki jesteś kozak, to pokaż co masz w spodniach.

Robbie wyczuwał kłopoty, instynkt podpowiadał mu, żeby wycofać się jak najszybciej z tej sytuacji, to był idealny moment, być może ostatni, ale lubił ryzyko, ono go podniecało, poza tym ubzdurał sobie, że może uda się wyrwać tę dziewczynę do swojego pokoju i zabawić z nią solo. Oczywiście identyczny plan mieli pozostali piłkarze. Sam Malcolm ściągnął spodnie i dziewczyna musiała być naprawdę w szoku po tym co zobaczyła, ale zanim zdołała to wyartykułować, przyciągnął ją do siebie i zaczęli się namiętnie całować. Ktoś wyjął telefon komórkowy i – to nigdy nie jest dobry pomysł – filmował. Robbie wyczuł jakiś podstęp, ale nie zdążył pogłębić tego wątku, bo po chwili na oczach ich wszystkich uprawiała seks oralny z Samem Malcolmem, czym wzbudził oczywiście podziw u weteranów drużyny. Jeden z nich, Jack Delaney, postanowił przyłączyć się do zabawy. Dziewczynie się to nie spodobało. Szukała mocnych wrażeń, jednak nie brała chyba pod uwagę udziału w orgii. Jack wcale się tym jednak nie przejmował. Rozebrał dziewczynę i wtedy Robbie po raz pierwszy dostrzegł przerażenie w jej oczach. Zdaje się, że wytrzeźwiała w ułamku sekundy i zastygła jak spłoszona sarna. Sam, kompletnie już pijany, krzyknął w jej kierunku: – No co jest, dziwko, już ci się tutaj nie podoba? Pozostali dwaj zaczęli ją obmacywać, Delaney zaś, jakby zupełnie nic dziwnego się nie wydarzyło – musiał często brać udział w takich rzeczach – posuwał dziewczynę od tyłu i Robbie zauważył w jej oczach łzy. – Panowie, przestańcie. Będą problemy – poprosił. Wybuchnęli śmiechem. – Słyszycie, ej, kurwa, przestańcie, ona nie chce! – krzyknął. – Serio? – wybełkotał Delaney. – No jakoś w to nie wierzę, stary – na potwierdzenie tych słów puścił na chwilę pośladki dziewczyny i pokazał, że w każdej chwili może wyjść z pokoju. Nie wykonała jednak żadnego ruchu. Delaney wykrzywił twarz w pijackim grymasie zbydlęcenia. – Wypierdalaj stąd, jak ci się nie podoba – rzucił w kierunku Robbiego.

Wtedy Targett zrobił najgorszą z możliwych rzeczy. Wyszedł z pokoju. Wybrał ucieczkę. Niewiedzę. Pił jeszcze trochę whisky, potem obejrzał jakiegoś pornosa i zasnął. Przespał śniadanie, a kiedy szykował się na rozruch, do jego pokoju przyszła ta dziewczyna. Wyglądała bardzo źle. Powiedziała mu, że idzie właśnie na policję i zgłosi gwałt. Oznajmiła też, że wśród sprawców nie wymieni tylko jego. Odetchnął z ulgą, choć było mu szczerze przykro, że sprawy tak się potoczyły. – Pod jednym warunkiem – uśmiechnęła się i to był uśmiech zdecydowanie zwiastujący kłopoty. Otóż on, Robbie Targett, pomoże jej w kilku sprawach, o których ona opowie mu już w Londynie. – Nic wielkiego – machnęła ręką, jakby chodziło o podrzucenie jej z Heathrow do domu. Na pożegnanie powiedziała, że nazywa się Sophie Smith, ale nie ma sensu przywiązywać się do tego nazwiska, ponieważ jest pospolite i ona i tak niedługo je zmieni.

– To urocze, że tak szlachetnie wczoraj wyszedłeś – stwierdziła wtedy, a on zrozumiał ironię. Od tamtej pory, dwa, może trzy razy w roku, dzwoniła z różnymi sprawami. Rzadko były to pieniądze – akurat ta forma zapłaty za jej milczenie pasowała Robbiemu najbardziej i nawet kiedy poprosiła o przelew na – jak to słodko ujęła – nowe, czerwone porsche, nie robił problemu. Czasem była to prośba o poznanie z kimś wpływowym. Bilety na wakacje do ekskluzywnego hotelu gdzieś na Mauritiusie. Najlepszy chirurg w Londynie. Wejściówki do loży VIP na mecz sezonu. Dopiero teraz pierwszy raz poprosiła o seks. Robbie Targett zrozumiał dziś, że nigdy nie wyplącze się z tej pajęczyny. Ale i tak miał wielkie szczęście. Czterej pozostali kumple siedzieli w więzieniu.

***

Chris Bowyer postawił przed Konradem kubek kawy. Zawsze był dobry w mówieniu, z dużą łatwością formułował sądy, nawet prawnicy wydawnictwa uwielbiali powoływać go na świadka w procesach wytoczonych gazecie. Zazwyczaj mówił tak składnie, że jego przesłuchanie bywało właśnie tym momentem, który przechylał szalę na ich korzyść. Ale teraz nie umiał nic sensownego powiedzieć.

Konrad Werk przypominał zjawę. Próbował ubrać myśli w słowa. – Chris, jest po nas. Nie wiem kim są ci goście, ale pokazali mi głowę Rockwella w pudełku po torcie – nie do końca potrafił uwierzyć w prawdziwość tych słów, ale przecież widział to, do cholery, widział to na własne oczy. – Stary, mówisz o tym Rockwellu? – Bowyer zastygł. Werk nigdy nie widział kumpla w takim stanie. Potężny kac połączony z tą informacją niemal go znokautował. – Możesz po kolei? Boli mnie głowa, wziąłem już dwa proszki i zaraz powinienem być na chodzie. Powiedz mi tylko, do kurwy nędzy, że to jakiś żart? Wkręcacie mnie z chłopakami? Jeśli tak jest, to bardzo cię proszę, bo nie mogę teraz przyjąć... – Nie, Chris. Błagam cię. Nie jesteśmy już na studiach. Trąbi o tym od rana cały internet, wiadomości, to jest tak popierdolone, że zaraz się porzygam – Werk podszedł do zlewu i nalał sobie szklankę wody. – Chłopaki nie wiedzą. I nie możesz im nic mówić. Wydaje mi się, że teraz najlepiej nic nikomu nie mówić. Totalna cisza, rozumiesz? Wiemy o tym tylko my dwaj – Werk przystawił palec do ust i rozejrzał się po pomieszczeniu. – I ani słowa w gazecie, redakcji w ogóle do tego nie mieszaj. Człowieku, oni robią jakieś dziwne rzeczy. Dali mi dokumenty, z którymi mam się zapoznać. Chcą zmienić zasady gry. To nie jest jedno z tych niewinnych zleceń. Chodzi o coś tak grubego, że rozpierdala mi głowę, stary – Werk przełknął ostatni łyk wody. – Dawaj. – Skontaktował się ze mną Chińczyk. Grubas, który przedstawia się jako Ghu. Pewnie już wie, że tu jestem, on wie wszystko. Spotkałem się z nim w knajpie nad Tamizą, miał mi powiedzieć, o co chodzi. Było tam dziwnie, sami Chińczycy, nagle jeden kelner przyniósł tort, ale tam nie było tortu, tylko głowa jebanego Rockwella. On nie zaginął. Po prostu ci goście ucięli mu łeb! – Konrad wstał i zaczął nerwowo chodzić po kuchni. Wyjrzał przez okno i próbował dostrzec twarze ludzi w samochodach sunących po Bayswater Road. Wszyscy zdawali się być Chińczykami. – Co jest w umowie? – spytał Chris. – Ghu twierdzi, że za dwa tygodnie cały świat stanie. To jakiś wirus. – Słucham? – Wirus. Będą miliony zakażonych, ludzie zaczną masowo umierać. Wiem, stary, wiem, że to brzmi jak fikcja, ale uwierz mi, gdybyś zobaczył tych ludzi... Chris Bowyer zaczął się śmiać. Śmiał się tak głośno i dziko, że Werk się wściekł. Złapał kumpla za ramiona i zaczął nim trząść. – Co-ty-kur-wa-pier-do-lisz? Słyszysz siebie? Serio? – prychnął. – Chris, mylisz się, przykro mi. Masz analityczny umysł, próbujesz zrobić coś racjonalnego – tłumaczysz sobie, że zwariowałem, ale ja tam byłem. Oni wcześniej... Wcześniej tak po prostu sprawili, że zniknął gość, który prowadzi sklep obok mojego mieszkania, Rashid. Przygotowali nawet jego testament, wziąłem go z lady... – Nie, to ty posłuchaj mnie – Chris Bowyer był już Chrisem Bowyerem z kolegium redakcyjnego. – Przychodzisz do mnie i wygadujesz takie bzdury. Gdybyś się posłuchał. Przyćpałeś? Przyznaj się, braliście coś wczoraj z kumplami? Przygrzało za mocno? Człowieku... Ale nie skończył. Werk wydał z siebie zwierzęcy okrzyk. Krzyczał teraz tak głośno, że Chris Bowyer odsunął się ze strachu, a gdy gardło odmówiło Konradowi posłuszeństwa, wypalił: – Posłuchaj mnie, nie jesteś na kolegium u siebie w redakcji. I radziłbym ci spakować rzeczy i spierdalać stąd jak najszybciej. Ja tak robię, przeczekam to w Polsce. Z naszym paktem koniec, ja już niczego nie załatwiam. Pojadę do domku na Mazurach, przecież jacyś jebani Chińczycy mnie tam nie znajdą, kurwa! Nigdy nie mów nikomu o tym spotkaniu. Rozumiesz? Chris Bowyer zamrugał oczami. – Co jest w dokumentach? – przybrał łagodniejszy ton. – Ghu uważa, że wirus zniszczy świat, jaki znaliśmy. Na zawsze. Chce, żebym dzięki kontaktom zdobytym przez lata doprowadził go do piłkarzy, którzy ustawią dla niego ostatnią kolejkę ligową. Ostatnią w historii futbolu. On zarobi miliony, ja też całkiem nieźle. I będę mógł sobie polecieć na jakąś rajską wyspę. O ile wcześniej nie utną mi głowy. – Nie, to niemożliwe. – Chciałbym, żeby to było niemożliwe. On uważa, że za dwa tygodnie zostanie rozegrana ostatnia kolejka. Potem świat nie będzie miał już czasu na takie głupoty jak piłka nożna. Ghu twierdzi, że futbol nigdy nie wróci. – Mam pytanie: dlaczego nie może sam dorwać piłkarzy i zmusić ich do tego? – Też się nad tym zastanawiałem, ale myślę, że to za gruba sprawa. Nie chcą uderzać bezpośrednio w duże nazwiska, wybrali mnie, bo jestem jak cień. Kontakt. Nikt zwyczajny nie wie, że istnieję, ani kim jestem i czym się zajmuję. Sam bym tak zrobił. Działają z tylnego siedzenia. Sądzę, że wcześniej stanowili jedną z tych mafii, które wpływają na wyniki meczów na całym świecie. I teraz są w posiadaniu wiedzy, o jakiej marzyli przez lata. Jeśli faktycznie światu grozi coś tak strasznego, to dla nich okazja. Zrozum, to naprawdę ma ręce i nogi. W tej dokumentacji dali mi nawet ampułkę ze szczepionką. Choć cały czas mi grozili, nie odniosłem wrażenia, że chcą mnie zabić, przynajmniej nie teraz. Oczywiście to może nie być szczepionka, tylko jakieś placebo, a żadnego wirusa nie będzie. Tylko w takim razie pytanie: po co chciałoby im się robić tyle zamieszania i obcinać głowę Rockwella? Przecież to się kupy nie trzyma. – A może Rockwell nie wywiązał się z czegoś, co im obiecał i tak go ukarali, a przy okazji wykorzystali trupa, żeby cię postraszyć? – Może, nie wiem. Bez względu na dalszy przebieg zdarzeń, wyjeżdżam. Za pięć godzin mam samolot na Okęcie. Uważam, że nie powinniśmy się kontaktować przez kilkanaście najbliższych dni. Potem zadzwonię do ciebie z jakiegoś stacjonarnego telefonu ze wsi. Myślę, że możemy być na podsłuchu. Podsłuchiwanie rozmów to pewnie najmniejsze przestępstwo, jakiego dopuścili się ci goście.

Werk przytulił przyjaciela i opuścił mieszkanie przy Bayswater Road. To samo, w którym parę lat temu on, Bowyer i dwóch innych mężczyzn, redaktorów naczelnych dużych angielskich gazet, zawarli układ. Będą tuszować sprawy znanych osób, nie dopuszczą na łamy skandalicznych historii, pijackich wpadek, kompromitujących zdjęć, bo właśnie te trzy gazety decydowały o tym, czy jesteś super, czy jesteś na śmietniku historii. Profity z tego tytułu były olbrzymie, a efekt w sumie dobry – po co komuś niszczyć życie, prawda? Przez lata pakt działał perfekcyjnie. Tamci trzej poinformowali wąskie grono wpływowych ludzi, którzy polecali ich innym wpływowym ludziom. A on był Kontaktem. Przekaźnikiem. Jeden telefon, przelew i mogłeś niszczyć okrutne nagłówki zanim w ogóle powstały. Czyż nie genialne?

Jadąc taksówką w kierunku Heathrow, Konrad Werk poczuł się jak wtedy, gdy z Polski uciekał do Anglii. Nigdy nie znajdzie swojego miejsca. Ściskał w rękach teczkę z wytycznymi od Ghu i uzmysłowił sobie teraz, że ta druga, z testamentem Rashida, do której nie miał nawet czasu zajrzeć, została u Bowyera w apartamencie. Nie zadzwonił jednak. To nie jest aż tak ważne. Owszem, miał świadomość, że sympatyczny Pakistańczyk może stracić życie tylko dlatego, iż fatalnym dla siebie zrządzeniem losu prowadził sklep w jego sąsiedztwie, ale było już za późno. Nie wziął bagażu, by nie zwracać na siebie uwagi. Tylko dokumenty. Po prostu wejdzie na lotnisko, przejdzie kontrolę i będzie bezpieczny. Nic mu się nie stanie.

Na Heathrow nie było wielkich tłumów, kolejki sprawnie się rozładowywały i kiedy wreszcie Konrad zbliżył się do wykrywacza metalu, a następnie przeszedł przez bramkę, usłyszał sygnalizację. Zdziwiło go to. Nie miał w kieszeni monet, ani kluczy. Telefon i portfel leżały w pojemniku sunącym w paszczę prześwietlającej maszyny. Mężczyzna skinął dłonią. – Proszę za mną – powiedział. Werk nigdy nie był na kontroli osobistej, wiedział oczywiście, że takowe czasem się zdarzają, ale kiedy przytrafia ci się tego typu sytuacja w momencie, gdy akurat uciekasz przed chińską mafią, to twoja czujność wariuje. – Coś nie tak? – zapytał faceta w uniformie. – Nie, rutynowa sprawa – tamten nawet się uśmiechnął.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, a mężczyzna kazał Konradowi usiąść na krześle i chwilkę zaczekać, następnie wyszedł z pokoju i przekręcił klucz w zamku. Kiedy po dwóch godzinach spędzonych w pomieszczeniu, waleniu pięściami w drzwi i wołaniu o pomoc nikt nie przychodził, do Konrada dotarło, że nie wróci do Warszawy. Ani dziś, ani jutro, pewnie już nigdy. Poczuł bezsilność, osunął się po ścianie i usiadł na podłodze, próbując analizować sytuację, ale jego wewnętrzny procesor odmówił posłuszeństwa. Pod drzwiami ktoś wsunął kartkę papieru. Konrad podniósł ją ostrożnie i przeczytał dwa słowa: DESTINATION: NOWHERE. Tam właśnie poleci. Nigdzie.

Tymczasem w mieszkaniu na Bayswater Chris Bowyer nalał sobie szklankę piwa i patrzył w niebo, z którego coraz mocniej sypał śnieg. Czy Werk jest już w powietrzu? Czy w związku z załamaniem pogody nie odwołali jego lotu? Te i inne pytania kłębiły się w jego głowie jak żmije, wkręcały w mózg, zadawały ból. Pochylił się nad zlewem i zwymiotował. Przepłukał usta wodą, a następnie wziął do ręki teczkę, na której napisane było: RASHID LATIF. TESTAMENT. Otworzył jej zawartość i dopiero teraz wytrzeźwiał na dobre. W środku był spisany u notariusza, podpisany przez samego zainteresowanego i opieczętowany testament, w rzeczy samej. Jednak nie była to ostatnia wola pakistańskiego sklepikarza. Chris Bowyer trzymał w rękach testament Konrada Werka i teraz naprawdę zaczął się bać.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz Canal+. Miłośnik ligi angielskiej, która jest najlepsza na świecie. Amen.