Prorocy we własnym kraju. Piłkarze, którzy rozkwitli na emigracji

griezmannglowne.jpg
Anatoliy Medved/Icon Sportswire via Getty Images

Gwiazda mistrzowskiej drużyny francuskiej z 2018 roku nigdy nie zagrała w Ligue 1. Objawieniem Serie A jest Niemiec nieznany w Bundeslidze. A Anglicy chcą wydawać setki milionów na rodaka, który nigdy nie grał w Premier League. Odrzucenie w kraju przestało być przeszkodą w zrobieniu kariery.

Burgundzkie UF Macon, w którym wychowywał się Antoine Griezmann, nie wyglądało na miejsce, w którym można przygotować się do wielkiej kariery. Lepszego młody Francuz nie potrafił jednak znaleźć, bo odrzucały go kolejne rodzime akademie. Gdy był testowany przez Montpellier w meczu przeciwko Paris Saint-Germain, wpadł w oko komuś trzeciemu. Skautom Realu Sociedad San Sebastian. Po tygodniowych testach w Kraju Basków otrzymał ofertę przeprowadzki, z której rodzice, mimo początkowych wątpliwości, skorzystali. W reprezentacji Francji Antoine Griezmann dobija już do osiemdziesięciu występów. Został z nią mistrzem świata. Jednak w krajowej lidze wciąż nie wystąpił ani razu. Gdy piłka zacznie się tam znów toczyć, stuknie mu wkrótce 350 występów w Hiszpanii.

O ile z większości przeciętnych lig z całego świata w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża co roku tysiące nastolatków, o tyle ci, którzy mieli szczęście urodzić się we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Anglii i Włoszech, czyli krajach z najsilniejszymi ligami piłkarskimi, zwykle próbują się przebijać właśnie w nich. Jeśli wyjeżdżają za granicę, to już podbiwszy własne rynki, tak jak robili David Beckham, Zinedine Zidane, Toni Kroos, Fabio Cannavaro, czy David de Gea. Przypadek Griezmanna już dawno przestał jednak być odosobniony. Podobne historie zdarzały się już w przeszłości, lecz w ostatnich latach przybrały na sile. Kiedyś odrzucenie w kraju urodzenia praktycznie przekreślało marzenia o zrobieniu zawodowej kariery. Dziś zawsze może się okazać, że skreślony może dostać szansę na docenienie w innym kraju. Wcale nie gorszym piłkarsko.

TALENTY ZNANE ZA MŁODU

Nie zawsze jednak brak występów w najwyższej lidze własnego kraju musi się wiązać z odrzuceniem albo przeoczeniem talentu. Czasem jest wręcz przeciwnie. Jeśli talent bije po oczach już u nastolatków, największe zagraniczne kluby starają się wyrywać najbardziej łakome kąski nawet z krajów, w których są całkiem dobre perspektywy. Paul Pogba, podobnie jak Griezmann, też nigdy jeszcze nie zagrał w lidze francuskiej. Nie dlatego, że we Francji nie dostrzegli jego talentu. Przeciwnie. Talent był na tyle duży, że nie byli go w stanie zatrzymać przed zakusami Manchesteru United, który zgłosił się po szesnastoletniego gracza Hawru. Dziś środkowy pomocnik ma już na koncie ponad sto meczów w Premier League oraz Serie A. Na debiut w kraju urodzenia ciągle czeka. Podobnie było przed laty z Giuseppem Rossim i Federikiem Machedą, włoskimi talentami, wyrwanym przez Manchester z Parmy i Lazio, Gerardem Pique, wziętym przez Aleksa Fergusona z Barcelony, czy Ceskiem Fabregasem, którego do Arsenalu zaprosił Arsene Wenger. Wszyscy w momencie debiutu w rodzimych ligach mieli już za sobą występy za granicą.

Młodzi coraz częściej wybierają inne silne zagraniczne ligi, w poszukiwaniu lepszych perspektyw niż we własnym kraju. Jadon Sancho z Manchesteru City, zamiast wybrać standardową dla angielskich talentów drogę ogrywania się przed próbą podboju Premier League w krajowych niższych ligach, zadziałał nieszablonowo, wiedząc, że w Niemczech piłkarze w jego wieku muszą znacznie krócej czekać na szanse gry na najwyższym poziomie. Przeniósł się więc do Borussii Dortmund i został gwiazdą Bundesligi. To do Niemiec pierwsze reprezentacyjne powołanie wysłał mu Gareth Southgate, selekcjoner Anglików. Bardzo prawdopodobne, że tego lata Sancho wróci na Wyspy, mając już na koncie prawie setkę występów w Dortmundzie. Przyjedzie nie jako młodzian, który musi się cieszyć z każdego epizodu na boisku, lecz kandydat na gwiazdę. To była starannie zaprojektowana kariera.

KIERUNEK: BUNDESLIGA

Pionierem tego modelu był już pod koniec XX wieku Owen Hargreaves, Anglik wychowany w Kanadzie, który w 1997 roku przeprowadził się z Calgary do Monachium i cztery lata później sięgnął z Bayernem po Ligę Mistrzów. Dopiero wtedy Anglicy dowiedzieli się o jego istnieniu i zaprosili go do reprezentacji, w której ostatecznie zagrał 42 razy. Do Premier League trafił, gdy w Niemczech wygrał już wszystko, jednak Manchesteru nie podbił, ani jako piłkarz United, ani City. Jego licznik w ojczyźnie zatrzymał się zaledwie na 28 meczach. Nie ma wątpliwości, że jego kariera zdecydowanie bardziej zostanie zapamiętana w Niemczech. Przykładem Hargreavesa i Sancha coraz częściej idą inni młodzi piłkarze angielskich klubów.

Ale Bundesliga przeżywa przede wszystkim prawdziwy zalew młodych Francuzów. O ile do Premier League zawsze trafiały z tego kraju uznane gwiazdy, o tyle do ligi niemieckiej przenoszą się często młodzi gracze z prowincjonalnych klubów, którzy w Niemczech wyrastają na piłkarzy europejskiego formatu. Sebastien Haller, którego minionego lata Eintracht Frankfurt sprzedał za czterdzieści milionów euro do West Hamu, w ojczyźnie grał tylko w II-ligowym Auxerre. Niemcy znaleźli go w FC Utrecht. Lada moment do Bayernu Monachium może się przenieść Dayot Upamecano, stoper Rasenballsportu Lipsk, który do Red Bulla Salzburg przeszedł z juniorów Valenciennes jako 17-latek. Podobnie było choćby z Ibrahimą Konate, jego partnerem z obrony ekipy Juliana Nagelsmanna, czy dortmundczykiem Danem-Axelem Zagadou.

Anglików kusi w Bundeslidze perspektywa częstszej gry, a Francuzów lepszych zarobków. O dziwo jednak coraz częściej na przeprowadzkę do Niemiec decydują się też młodzi Hiszpanie. Mikel Merino grał w Borussii Dortmund jeszcze zanim zadebiutował w La Liga w barwach Realu Sociedad, a Dani Olmo, który wybił się w Dinamie Zagrzeb, zamiast wrócić do ojczyzny, wolał na razie przejść do Lipska. Jedynie młodzi Włosi nie podążają na razie tą ścieżką. Jeśli piłkarze z tego kraju trafiają do Bundesligi, raczej są to uznane na rynku włoskim marki, jak Ciro Immobile, Andrea Barzagli, Luca Toni czy Mauro Camoranesi. Przypadki takie, jak Luki Caldiroli, który nigdy nie zagrał na poziomie Serie A, a w Bundeslidze uzbierał 80 spotkań, należą do rzadkości.

NIEMCY ZNANI ZA GRANICĄ

Dziś Bundesliga może się wydawać młodzieżowym rajem dla utalentowanych juniorów z innych krajów, ale kiedyś tak nie było. Przebijanie się zajmowało młodym zawodnikom bardzo dużo czasu. Bez gwarancji, że ostatecznie się uda. Zdarzali się więc też Niemcy, którzy wybierali szukanie szczęścia w innych krajach. Najznakomitszym przykładem jest Robert Huth, stoper mistrzowskiego Leicester City, który nigdy w karierze nie zagrał w Bundeslidze. Z Unionu Berlin do Chelsea wyjechał jako szesnastolatek. Na Wyspach wystąpił ponad trzysta razy. W ojczyźnie nigdy nie był przesadnie szanowany. Juergen Klinsmann dał mu wprawdzie szansę debiutu w reprezentacji Niemiec, ale już Joachim Loew pozostawał obojętny na jego regularną grę w Premier League i do kadry nie powołał go od 2009 roku ani razu. Huth nie jest jednak najsłynniejszym Niemcem bardziej docenianym w Anglii niż we własnym kraju. Bert Trautmann, były żołnierz Wehrmachtu, który po II wojnie światowej osiadł na Wyspach, jest legendą Manchesteru City, dla którego zagrał ponad pięćset razy. Niemcy nie powoływali go do reprezentacji, bo bardzo długo nie chcieli w niej widzieć zawodowców. Kto podpisał profesjonalny kontrakt, ten był dla niemieckiej kadry stracony.

Z tego samego powodu wyklęci w Niemczech byli piłkarze, którzy w latach powojennych decydowali się na przenosiny do Włoch. Bundesliga jeszcze wówczas nie istniała, a DFB zabraniał wypłacania piłkarzom pensji, więc wielu najbardziej utalentowanych zawodników decydowało się na wyjazdy za granicę, gdzie profesjonalizm kwitł od dekad. Helmut Haller z Augsburga nie rozegrał w Bundeslidze ani jednego meczu, za to w Serie A wystąpił prawie trzysta razy. W podobnym czasie na wyjazd z Kolonii do Mantui zdecydował się Karl-Heinz Schnellinger, który dopiero pod koniec kariery wrócił do Bundesligi na jeden sezon. Podobnie jak Rudolf Koelbl, który w Padwie wyrobił sobie lepszą markę niż w ojczyźnie. Ich przypadki były w Niemczech impulsem do utworzenia ogólnokrajowej ligi. Zaczęto się bowiem całkiem serio obawiać, że bez tego Włosi wykupią wkrótce wszystkich najlepszych niemieckich piłkarzy.

Nawet jednak dzisiaj, gdy Niemcy mają już centralną ligę, płacą wielkie pensje i stawiają na młodzież, zdarzają się przypadki niemieckich zawodników, którym łatwiej przebić się do wielkiej piłki przez inne kraje. Shkodran Mustafi, mistrz świata z 2014 roku, ma na koncie występy w Serie A, La Liga i Premier League, ale w Bundeslidze nie zagrał jeszcze ani razu. Jako 17-latek przeszedł z HSV do Evertonu i tam mozolnie pracował na zrobienie kariery. W końcu Loew zauważył go, gdy występował w Sampdorii Genua. Występy we Włoszech mogą też być wkrótce trampoliną do kadry dla Robina Gosensa, czołowego lewego obrońcy Serie A, który robi furorę w Atalancie Bergamo. W Niemczech był do niedawna postacią całkowicie anonimową. Odrzuciła go akademia Borussii Dortmund, nie trenował w żadnym z wielkich klubów, lecz w prowincjonalnym VfL Rhede, skąd przeniósł się do Holandii, kraju pochodzenia ojca. Dobre występy w Heraclesie Almelo wystrzeliły go do Serie A, gdzie rozgrywa już trzeci sezon. Dopiero teraz zaczyna się w Niemczech spekulować, że wkrótce dostanie szansę w kadrze i może trafić do Bundesligi. Nieważne, jak dobry ma się system szkolenia i jak chętnie stawia się na młodzież. Zawsze może się trafić ktoś wart uwagi, kto na jakimś etapie umknie radarom.

WSZYSTKIE KIERUNKI

W świecie pięciu czołowych lig europejskich nie ma jednego kierunku transferowego i prostych zależności. Jasne, za granicą częściej przebijają się bardzo utalentowani Francuzi, którzy chcą grać w jeszcze lepszej lidze niż Ligue 1, ale zdarzają się też tacy, którzy we Francji nie uchodzili za talenty, a gdzie indziej zrobili całkiem sporą karierę. Cyril Thereau to jeden z francuskich rekordzistów pod względem liczby występów w Serie A, choć w ojczyźnie nic nie zapowiadało, że może być cenionym profesjonalistą. Grał w drugoligowym Angers, skąd wyjechał do Belgii, a potem do Rumunii. Transfer do Chievo Werona odmienił jego życie.

O ile dla Thereau'a Włochy okazały się szczęśliwą krainą, o tyle Carlowi Cudiciniemu to wyjazd z Półwyspu Apenińskiego dał szczęście. Bramkarz, z którym Chelsea dotarła do półfinału Ligi Mistrzów w pierwszym roku rządów Romana Abramowicza, wyjechał do Londynu, mając na koncie tylko jeden występ w Serie A. Dziś ligę angielską próbuje podbijać Aymeric Laporte, kolejny Francuz, który jak Griezmann, nie grał nigdy w Serie A, ale pokazał się światu w Kraju Basków. Baskowie tylko teoretycznie mają łatwiej przebić się w swoich okolicach, dzięki temu, że Athletic Bilbao zatrudnia wyłącznie ich. Mikel Arteta jest Baskiem, ale pierwszą wielką ligą, w której zagrał, była francuska, gdzie występował w Paris Saint-Germain, skąd ruszył do Glasgow Rangers. Dopiero to pozwoliło mu na chwilę wpaść do San Sebastian, by na długie lata ruszyć na Wyspy, gdzie pracuje do dziś, ciesząc się większym szacunkiem niż w ojczyźnie.

OTWARCIE OCZU

Można przypuszczać, że w każdej z tych historii wyjazd był kluczowy w dalszej karierze. Dla tych odrzuconych w domu stanowił szansę utrzymania się w piłkarskiej branży i pokazania, że miejscowi się mylili. Dla tych uznawanych za wielkie talenty wczesna emigracja często była szansą życiowego usamodzielnienia, ale też zetknięcia się z innymi piłkarskimi kulturami. Wojciech Szczęsny opowiadał u nas niedawno, jak przenosiny z Arsenalu do Romy na nowo otworzyły mu oczy na futbol. A mowa przecież o ukształtowanym piłkarzu, który w Premier League bronił ponad sto trzydzieści razy i uczył się od Arsene'a Wengera, jednego z najlepszych fachowców. Co dopiero, gdyby trafiło na piłkarza szkolonego w marginalnym klubie prowadzonym przez nieudolnego trenera. Tacy zwykle nie otrzymują szansy wyjazdu za granicę. Ale zdarzają się szczęśliwcy, których cechy niedoceniane w ojczyźnie, w innych krajach stają się warte miliony.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.