Przedawkowanie sukcesu. „Ostatni taniec” Kizo to raczej nie „Last Dance”

Zobacz również:Jak Gdańsk, to Posejdon, a jak Posejdon - to Kizo. Mamy kolejną odsłonę projektu Miasto Muzyka
Kizo - Ostatni taniec
Kizo - Ostatni taniec

Podobno nie można mieć wszystkiego. Należy więc sobie zadać pytanie, czy ktoś kiedyś faktycznie spróbował?

Rok temu, w sezonie wakacyjnym Lech Podhalicz na newonce’owych łamach opublikował tekst o pokładach sympatii w stosunku do Kizownika. I faktycznie, w naszej redakcji panuje przekonanie, że muzyka nie powinna być mierzona jedną skalą – jest miejsce na twórczość kontemplacyjną, konceptualną i niezwykle liryczną, ale także przestrzeń na stricte rozrywkowe brzmienia, które mają służyć jedynie szampańskiej zabawie. Ktokolwiek porównuje Jungle Girl z Powierzchniami tnącymi, powinien także zestawić własną szczoteczkę do zębów z parą sneakersów. Można – bo wszystko można – ale po co? Na chłopaka, który kiedyś nie miał, a teraz ma, patrzyliśmy jako na kogoś, kto śni na jawie i spełnia swoje marzenia każdego dnia już na wysokości śniadania, ale przy okazji ma w sobie sporo samoświadomości odnośnie własnych przymiotów. Zadymiony barytonowy szczek Kiza to na papierze ciekawa i plastyczna wokalna forma, z której można by w świecie idealnym wycisnąć tyle, co z wokalu Future’a. I były momenty, że dostawaliśmy przebłyski takiej kreatywności okalane przy okazji garścią całkiem zabawnych panczów.

Ale przychodzi jesień, a potem znowu zima i wszystko może się zmienić jak w kalejdoskopie. Albo zupełnie nie zmienić. Życzeniowo żywiliśmy bowiem przekonanie, że Posejdon z Oruni będzie spoglądał na siebie nie tylko z perspektywy lusterka w AMG. Po serii singli, z których każdy wydawał się dla gdańskiego artysty bardziej przełomowy niż poprzedni – absolutnym szczytem tego zjawiska był oczywiście Disney – nastąpił krok, który można uznać za zupełnie naturalny. Przynajmniej z biznesowego, a nie do końca artystycznego, punktu widzenia. Kizo ma swoją pizzę, swoje batony, okolicznościowe piwo sygnowane swoją ksywą oraz serię ubrań i akcesoriów pod brandem My To Sukces. Jest wszędzie i ma wszystko. I być może będzie próbował mieć jeszcze więcej.

Gdzie w tym wszystkim jest jego świeżo wydany krążek, czyli Ostatni taniec? Tam, gdzie trzeba – na półkach sklepowych i w streamingach. Nawet przy dużej ilości dobrej woli ciężko z kamienną twarzą podchodzić do tej płyty jako do wydawnictwa muzycznego. Raczej jawi się ono jako lista odhaczonych kroków w excelu wykwalifikowanego PR-owca. Stylistycznie, Kizownik rozwija swoje macki w przewidywanych kierunkach – każdy numer zdaje się mieć konkretną funkcję i uśmiechać się do korespondującego fanbase’u. Biesiadne w estetyce elektroniczne ballady z posmakiem eurodance’u lat zerowych? Check. Trapowe i emanujące siłą muskułów numery o tym, że było ciężko, ale jest zajebiście? Check. Tropikalne baile o prażeniu się w słońcu, które swoją egzotyką najmocniej kojarzą się z Shakaron Makaron? Check. Zaangażowanie gości z różnych dziedzin – Masnego Bena, Rafała Paczesia, Okiego, DJ-a Hazela i Oliwki Brazil – którzy gwarantują wirusowe rozprzestrzenianie się w nowych kierunkach? Check. I to wszystko, kochani, będzie wielki sukces.

Żeby nie było. BeMelo robi tutaj często porządną robotę i pokazuje, że jest otwarty na różne zadania oraz ma słuch, który pozwala mu tworzyć natychmiastowe przeboje. Sam Kizownik zdaje się jednak minimalizować potrzebny wkład i zajmuje się recyklingiem swoich catchphrase’ów, sloganów i hooków oraz powtarzaniem o tych samych tematach. Wiecie na przykład, że raper bardzo ceni sobie Mercedesy-AMG? Jeśli nie, to na pewno się dowiecie.

W autopromocji i powtarzaniu pisanych złotym liternictwem sentencji, Kizo zaczyna przypominać DJ-a Khaleda – mistrza autopromocji i kuszenia wizją przepychu, którego warto skosztować chociaż za sprawą jednego streama. I Khaled za Oceanem przez parę lat, co by nie mówić o jego dorobku muzycznym, wykonał kawał skutecznej PR-owej roboty. Patrząc na fakt że Ostatni taniec wychodzi wraz ze wschodzącą falą upałów i w przededniu zasadniczej fazy sezonu festiwalowego oraz ledwie osiem miesięcy po Jeszcze 5 minut, można dostrzec tu paralele dotyczące strategicznego planowania. To podobnego rodzaju kalkulacja co wydawanie albumów z kolędami na początku grudnia. Naprawdę ciężko pisać o tym, jak najnowszy longplay Wozińskiego został napisany czy nagrany – liczy się chyba przede wszystkim to, jak został obliczony.

Miało być pięknie. I u Kizownika jest. My liczymy jednak na to, że powróci jeszcze do sprawdzenia arsenału możliwości, którymi dysponował i pokusi się na coś więcej niż próbę skonstruowania wakacyjnego soundtracku dla każdej osoby w tym kraju pomiędzy 12 a 28 rokiem życia.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
W muzycznym świecie szuka ciekawych dźwięków, ale też wyróżniających się idei – niezależnie od gatunku. Bo najważniejszy jest dla niego ludzki aspekt sztuki. Zajmuje się także kulturą internetu i zajawkami, które można określić jako nerdowskie. Wcześniej jego teksty publikowały m.in. „Aktivist”, „K Mag”, Poptown czy „Art & Business”.
Komentarze 0
newonce.radio - Wciśnij play

newonce.radio

Wciśnij play