Przewodnik po albumach Daft Punk. Od którego najlepiej zacząć?

Zobacz również:Trzy powody, dla których warto wybrać się na Audioriver Park Edition
Daft Punk in Concert - Brisbane, Australia
fot. Marc Grimwade/WireImage

Informacja o zakończeniu wspólnej działalności francuskiego duetu zasmuciła, ale nie zaskoczyła aż tak, jak mogła. Daft Punk nigdy nie byli tytanami pracy, co zresztą zgrabnie opisał na swoim blogu Bartek Chaciński z Polityki.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, kiedy ostatnio sami się spocili, robiąc wspólnie cokolwiek związanego ze swoją karierą muzyczną. A to wyraz pewnej elegancji – jak w matematyce, kiedy wynik zadania obliczamy najbardziej oszczędną drogą - pisał Chaciński, żegnając muzyków, działających w duecie przez niemal trzy dekady. No i nie pójdziemy już na ich długo wyczekiwany polski koncert. Tak jak nie poszliśmy na ich jedyny polski koncert, owiany legendą występ na pierwszej i zarazem ostatniej edycji warszawskiego festiwalu Summer Of Music (rok 2006), na którym - podobno! - bawiło się około... 2000 widzów. Inna sprawa, że Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo zagrali łącznie jedynie 79 live'ów, więc można traktować je jak dobra luksusowe. Co nie przeszkadzało im wypuścić aż dwóch koncertowych wydawnictw.

801 709 Daft Punk's Guy–Manuel de Homem Christo and Thomas Bangalter, left–right, at Seal Beach Apr
fot. Spencer Weiner/Los Angeles Times via Getty Images)

Motywem przewodnim ich twórczości jest pamięć. Pamięć ludzka, ale i pamięć komputera; jeśli nie wierzycie, sprawdźcie skrót tytułu ich ostatniego albumu długogrającego. A ludzka, bo ich retro-modernistyczny styl odwołuje się i zawsze odwoływał do muzycznej spuścizny wielkich twórców disco, funku i house'u. Spory wpływ ma na to paryski wychów. Podczas gdy Wielka Brytania przełomu lat 80. i 90. tętniła wszechobecnym ravem, ich sąsiedzi z drugiej strony kanału La Manche rozwijali french house, a na paryskich imprezach królowały eleganckie nagrania Chic czy Donny Summer. Podobnie jak pionierzy nurtu, Laurent Garnier i David Guetta (tak, ten David Guetta), Daft Punk zawiesili karierę pomiędzy doskonaleniem samplingu a diggingiem. Wyszło tak, że ich dwa pierwsze krążki uchodzą za arcydzieła sztuki samplowania.

Ale czas na emeryturę. W poniedziałek duet ogłosił zakończenie działalności, a ich streamingowe wyświetlenia skoczyły. Od dyskografii odliczmy składanki, remiksy i soundtrack do filmu Tron: Dziedzictwo - w efekcie mamy cztery regularne albumy. Wszystkie wydane w latach nieparzystych, pierwsze trzy w odstępach czteroletnich. A każdy zupełnie inny stylistycznie. Od którego zacząć? Bez wyjątku trzymały wysoki poziom, ale co słuchacz, to inny faworyt. Spróbujmy zabawić się i zastanowić: co by było, gdyby o dyskografię Daft Punk zapytał nas ktoś, kto zupełnie nie siedzi w ich muzyce? My wskazujemy płyty duetu w najlepszej kolejności na start:

1
"Discovery" (2001)
discovery.jpg

Najbardziej znany, przełomowy i... najprzyjemniejszy w odbiorze album Daft Punk. Konceptualne Discovery to też hołd złożony pamięci, a konkretnie - pamięci z dzieciństwa. Thomas Bangalter wspominał, że dziecięcy odbiór muzyki jest szczery, bo nieskażony gustem, trendami i snobizmem. I rzeczywiście, słuchając tej płyty, odbiorca czuje się jak dziecior z teledysku Music Sounds Better With You formacji Stardust (czyli pobocznego projektu Bangaltera), który chłonie wszystko na totalnej zajawce. Czysta, juwenilna radość. Trudno uwierzyć, że Discovery nie nagrał wybitnie uzdolniony 10-latek.

To z tego krążka pochodzą globalne przeboje One More Time, Aerodynamic, Digital Love i Harder, Better, Faster, Stronger, który parę lat później unieśmiertelnił Kanye West. Przy pracy nad Discovery Daft Punk połączyli siły z japońskim animatorem Leijim Matsumoto, tworząc pełnometrażową mangę Interstella 5555, która opiera się na wszystkich utworach z wydawnictwa; jest to po prostu długi, godzinny teledysk. I o ile do tej pory duet funkcjonował jako świetny skład singlowy, o tyle tym albumem pokazali, że potrafią stworzyć świetną, konceptualną opowieść. Co nie przeszkadzało, by One More Time stał się największym hitem grupy z czasów przed Get Lucky.

Dlaczego warto zacząć od Discovery? Bo jest tam i house'owy, emblematyczny dla całej ich twórczości fundament, i potężny, parkietowy potencjał, a poza tym tego się naprawdę doskonale słucha - ale o tym już pisaliśmy.

2
"Homework" (1997)
homework.jpg

Poznali się jeszcze w latach 80., razem zaczęli tworzyć na początku kolejnej dekady. Ich pierwszy zespół nazywał się Darlin', grali gitarowego rocka i nie spodobali się krytykom; recenzent Melody Makera nazwał ich numery daft punky trash. Czyli genezę nazwy już znamy. Ale paryski duet spędził młodość na house'owych imprezach, najpierw w roli widzów, później didżejów. Jako Daft Punk zaczęli wypuszczać single od 1993 roku. To też ciekawa sytuacja, bo ich debiutancki Homework (1997) to tak naprawdę the best of wczesne Daft Punk. Przecież taki Da Funk stał się wielkim hitem już dwa lata przed wydaniem krążka; singiel sprzedał się lepiej niż cała płyta.

Ale wydanym nakładem Virgin Records albumem dotarli do mas, także tych, którzy na co dzień nie byli za pan brat z muzyką elektroniczną. Trafili do nich zwłaszcza dzięki wspaniałym teledyskom autorstwa Spike'a Jonzego, Michela Gondry i Romana Coppoli. (doceniliśmy je choćby w naszym zestawieniu 50 najlepszych teledysków w historii muzyki). Między innymi to sprawiło, że szybko uznano ich za jeden z gorętszych debiutów światowej sceny. A sami zainteresowani na tyle obawiali się metki gwiazd jednego przeboju (chodzi oczywiście o Around The World), że... przestali grać koncerty. Na scenę powrócili dopiero 9 lat później, wjeżdżając na Coachellę z ogromną, plazmową piramidą.

To czemu Homework po Discovery? Rdzeń już znamy, czas na korzenie. I przy okazji warto poznać nurt french touch, którego ważnym przedstawicielem był właśnie ten paryski duet.

3
"Random Access Memories" (2013)
random.jpg

I przeskakujemy o ponad dekadę do przodu. W 2013 Daft Punk byli już megagwiazdami, rozpoznawalnymi (ale w hełmach) pod każdą szerokością geograficzną. Przez lata samplowaliśmy innych. Teraz, dzięki Random Access Memories, naszym celem jest stworzenie muzyki, którą kiedyś będą samplować inni - opowiadali w rozmowie ze słynnym brytyjskim historykiem muzyki, Simonem Reynoldsem.

Wspominaliśmy o tym, że to niepoprawni romantycy przeszłości? Tutaj odrzucili sampling, sięgnęli po instrumenty i po prostu stworzyli album, który, gdyby tylko wydano go te trzydzieści parę lat wcześniej, mógłby być kanonem muzyki klubowej. To znaczy - jest nim. Ale dopiero teraz. Zamiast czerpać z ikony gatunku, Giorgio Morodera, zaprosili go, by w długim numerze Giorgio by Moroder opowiedział o swoim procesie twórczym. To samo przyświecało im, sięgając po Nile'a Rodgersa z Chic i jego charakterystyczne, gitarowe partie. A z drugiej strony nieco odkurzyli Pharrella Williamsa, dali mu do zaśpiewania jeden z największych bangerów dekady i sprawili, że facet (przy pomocy Robina Thicke'a, ale to już inna bajka) zjadł 2013.

Zwolennicy uważają, że to jeden z najpiękniejszych i najlepiej wyprodukowanych popowych krążków dekady. Krytycy - że to coś dla odbiorców z krainy białych, skórzanych kanap, czerwonego wina i elevator music. A sami Daft Punk zgarnęli za niego pięć nagród Grammy, w tym za album roku.

4
"Human After All" (2005)
human.jpg

Moja ulubiona płyta Daft Punk. I chyba jedyna, która tak mocno podzieliła krytyków. Zarzucano jej ogromną monotonię, wręcz karykaturalną surowość, brak pomysłów i zbyt szybki czas powstania. Faktycznie - utwory są oparte na jednym patencie i mogą się nudzić. I tak, nagrano ją szybko, bo w ledwie sześć tygodni, co jest ogromnym kontrapunktem dla tworzonych latami Homework i Discovery. Ale tak właśnie miało być. To taniec pomiędzy człowieczeństwem a maszyną, smutne i momentami przerażające spojrzenie na technologię, w której mogą jednak czaić się uczucia - powiedział o Human After All Bangalter. Zresztą kiedy płyta wyciekła do sieci przed premierą, fani myśleli, że to jakieś niedokończone szkice.

Jest to przy tym płyta uzależniająca - kto wkręci się w otwierający album numer tytułowy, ten już nie wyjdzie z tego rollercoastera. I właśnie za tę hipnozę uwielbiam ten krążek, chociaż, lojalnie ostrzegając, obcowanie z Human After All jest jak zabawa z żyletką. Można lubić ich za gładki house, można za potępieńczą, postapokaliptyczną dyskotekę i ja jestem z tego drugiego rozdania. Nawet jeśli mam pełną świadomość, że to wydawnictwo zrobione na przysłowiowy odp***dol. Aha - nie zapomnijcie o seansie eksperymentalnego filmu Daft Punk's Electroma, niemal integralnej części płyty.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.