Quo Vadis, Lakersi? Słynny klub pogrąża się w chaosie, a my zastanawiamy się, jak do tego doszło

Zobacz również:To koniec sezonu NBA? Kolejne drużyny nie chcą grać w proteście przeciwko rasizmowi i brutalności policji
lebron-1.jpg

Legendarny klub z Los Angeles ma sobą bardzo ciężki rok pełen zwolnień, afer i dziwacznych decyzji. Zanurzamy się dogłębnie w źródło problemów Jeziorowców.

W ubiegłe lato Los Angeles Lakers pozyskali LeBrona Jamesa i wydawało się, że przyszłość klubu jest świetlana. Nic bardziej mylnego. Niedoświadczone władze Lakers najpierw zatrudniły bandę zawodników niepasujących do stylu gry Jamesa, w trakcie sezonu próbowali publicznie przehandlować pół drużyny za Anthony'ego Davisa z New Orleans Pelicans, co się kompletnie nie udało i tylko odbiło się na chemii - a raczej jej braku - w młodym zespole. Jednak prawdziwy dramat miał nastąpić dopiero z końcem sezonu, kiedy wydało się, że Lakersi najgorsze dni mają już za sobą. Sprawy zaszły tak daleko, że fani jednego z najbardziej utytułowanych klubów w historii NBA zamierzają zorganizować protest przeciwko włodarzom Los Angeles Lakers.

Co tam się w ogóle wydarzyło?

1
Nepotyzm w pionie organizacyjnym

Magnat nieruchomościowy Jerry Buss kupił drużynę Los Angeles Lakers w 1979 roku. Popularny i lubiany wśród zawodników Dr. Buss, cieszył się przez dekady nieskazitelnym szacunkiem w NBA, który został zbudowany na wygrywaniu mistrzowskich pierścieni; Lakers zgarnęli pięć tytułów w latach osiemdziesiątych oraz pięć w latach dwutysięcznych. Jednak w 2013 roku 80-letni biznesmen zmarł, a prawa do drużyny przejęły jego dzieci.

Prezydentem klubu została Jeanie Buss, która przez prawie dwie dekady była związana z trenerem Philem Jacksonem - zdobywcą sześciu tytułów z Chicago Bulls oraz pięciu z Lakersami. Nie można zarzucić Jacksonowi braku sukcesów, ale jednym z powodów, dla których dostał szansę pracy z młodymi Bryantem i Shaqiem na początku nowego tysiąclecia, była prywatna koneksja z rodziną Buss. To nie był odosobniony przypadek, gdyż Lakers to organizacja, gdzie raczej nie zatrudnia się fachowców z zewnątrz, a byłych zawodników lub skonektowanych z nimi ludzi. Dwa lata temu general managerem Lakers został Rob Pelinka (były agent Kobe Bryanta), który wcześniej nie miał żadnego doświadczenia w pracy dla klubu. Prezydentem ds. koszykarskich operacji został w tym samym czasie Magic Johnson, czyli jeden z najsłynniejszych zawodników w historii Lakers, ale również niedoświadczony w zarządzaniu klubem NBA. Oczywiście Lakers są prywatną firmą, a nie państwową instytucją, więc nepotyzm nie jest karany. Jednak kolejne błędne decyzje w sprawie personelu sprawiają, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych sportowych marek zaczyna tracić w oczach zawodników, którzy po prostu już nie wybierają gry dla Los Angeles, celując w inne teamy.

2
Dziwaczne odejście Magica Johnsona

Fani Lakers byli już pogodzeni z przegranym sezonem (czyt. niezałapaniem się na rozgrywki playoffs), kiedy wydarzyło się coś niespotykanego. Magic Johnson zaszokował całe NBA, rezygnując ze swojego stanowiska w organizacji w trakcie standardowej konferencji prasowej po ostatnim meczu sezonu. Jak sam przyznał w rozmowie z dziennikarzami - nie poinformował o swoim planie przełożonej, czyli Jeanie Buss, choć dzień wcześniej miał z nią (i innymi włodarzami klubu) trzygodzinne spotkanie, dotyczące przyszłości Lakers. To wydarzenie odsłoniło w oczach opinii publicznej rozmiar dysfunkcji panującej w organizacji. Magic mówił na konferencji, że za kulisami słynnego klubu panuje bardzo dużo knucia i dramatów rodem z oper mydlanych. Jednak w międzyczasie zaczęły wypływać na światło dzienne informacje, że Johnson, który jest miliarderem i bardzo prężnie działającym biznesmenem, nie poświęcał swojej pracy dla klubu choćby połowy czasu, jaki tego typu stanowisko wymaga. Dla każdego innego ligowego działacza jest to praca 24/7/365 dni w roku, ale dla Magica był to tylko jeden z wielu obowiązków.

3
AAAAA szukam trenera

Magic odszedł, a dwa dni później organizacja rozstała się z trenerem Lukiem Waltonem (także były zawodnik Lakers) nad którym wisiały czarne chmury przez cały sezon. Walton nie miał dobrej relacji z LeBronem, więc musiał zostać zastąpiony, choć jego resume (m.in. mistrzowski tytuł w 2015 z Golden State Warriors w roli asystenta trenera) było rzetelne. To wydarzenia miało miejsce miesiąc temu, a Lakers zaczęli długi i głośny proces szukania zastępstwa na ławce trenerskiej. Przede wszystkim dziwiło, że klub nie zaczął od zatrudnienia kogoś na miejsce Magica, gdyż zazwyczaj stanowiska uzupełnia się, idąc od góry w strukturach hierarchii. Klub zaczął serię spotkań z kolejnymi kandydatami na nowego trenera Lakers, ale proces ten tylko pogorszył PR-owy koszmar.

Monty Williams wybrał pracę dla Phoenix Suns, które jest od lat pośmiewiskiem ligi (to trochę tak, jakby Leo DiCaprio wziął rolę w filmie Tommy'ego Wiseau, zamiast pracy z Tarantino), a kilka dni temu absolutny pewniak do posady, Tyronn Lue, zerwał rozmowy z klubem. Były trener Cleveland był faworytem ze względu na dojście do trzech finałów NBA z LeBronem i zdobycie tytułu w jednym z nich. Jednak po tygodniach przeciągania rozmów, Lakers nie chcieli pozwolić przyszłemu trenerowi na dobranie własnych współpracowników (o nepotyzm trzeba w końcu dbać), jak i dostałby umowę tylko na trzy lata, czyli tyle, ile zostało na kontrakcie LeBronowi. Ostatnimi czasy w lidze przyjęło się, że trener dostaje kredyt zaufania na co najmniej pięć lat, więc powyższe warunki okazały się zniewagą dla doświadczonego fachowca. Po zerwaniu rozmów z Tyronnem Lue fanbase klubu nie wytrzymał i zapowiedział protest pod halą Staples Center.

4
Co na to wszystko LeBron?

Zapewne dowiemy się w przyszłości, bo LBJ słynie z dyplomacji. Jednak najsłynniejszy zawodnik świata nie mógł rok temu przewidzieć, w co się wpakuje. LeBron skończy w grudniu tego roku 35 lat i zmierza ku końcowi swojej epickiej kariery (w której nie brakowało rapowych akcentów), więc każdy sezon jest dla niego na wagę złota. W NBA bardzo często podkreśla się, że mistrzowską kulturę zaczyna się budować od właściciela klubu. Tylko od Jeanie Buss teraz zależy, czy James jeszcze powalczy o tytuł, czy spędzi ostatnie lata gry sfrustrowany źle prowadzonym klubem, któremu zaufał. Może LeBron powinien pojawić się pod Staples Center razem z fanami, aby wspólnie protestować?

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Host radiowy i dziennikarz muzyczny. Współautor serii książek „To nie jest hip-hop. Rozmowy” oraz współprowadzący audycji POD OBRĘCZĄ.