Gdy siatkówka spotyka się z motosportem. Wyścigi, mecze i złamania Robberta Andringi (WYWIAD)

Zobacz również:Znane powroty i potężne wzmocnienia. W PlusLidze nikt nie pracuje w trybie oszczędzania energii
Robbert Andringa
Fot. Wout van Zoeren/BSR Agency/Getty Images

To prawdopodobnie jeden z największych fanów MotoGP w środowisku PlusLigi. Gdy nie musi przygotowywać się do meczów, to chętnie oddaje się pasji, nie zważając na strefy czasowe. Potrafi jednak interesująco opowiadać również o siatkówce, z którą związany jest na co dzień. Robbert Andringa, kapitan Indykpolu AZS-u Olsztyn i reprezentant Holandii, opowiada nam o sympatii do volleya i motorsportu.

W jakich okolicznościach spotkał Valentino Rossiego? Dlaczego co roku „świętuje” rocznicę złamania nogi? Czy Bas van de Goor jest prawdziwym „Latającym Holendrem”? Przyjmujący z Assen serwuje znakomite historie.

*****

MICHAŁ WINIARCZYK: Czy można urodzić się w Assen – mieście słynnego toru – i nie zostać fanem motorsportu?

ROBBERT ANDRINGA: Wydaje mi się, że tak, bo sam mam kilku znajomych z rodzinnych stron, których to w ogóle nie interesuje. W moim przypadku było to jednak niemożliwe.

Jak rozwijała się twoja pasja?

Moje pierwsze wspomnienia z wizyty na torze nie są zbyt dobre. Miałem trzy lub cztery lata, gdy rodzice zabrali mnie na zawody MotoGP. Szybko po wejściu chciałem wracać do domu, bo hałas motocykli przerażał. Z czasem się oswoiłem. Sporą pomoc stanowili ciocia z wujkiem, pracownicy toru. Zawsze dzięki nim mieliśmy łatwiejsze wejście na zawody. Złapałem bakcyla do zmagań motocyklistów. Zacząłem oglądać każdy wyścig, a jak miałem czas to również sesje treningowe.

Co było pierwsze – motocykle czy siatkówka?

Trudno wskazać. Gdy byłem jeszcze niemowlakiem, to zabierano mnie w nosidełku na mecze siatkówki, bo tata był trenerem. Przez to volley pojawił się minimalnie wcześniej niż MotoGP. Z pewnością pomocny był fakt, że siatka jest łatwiejszym sportem. Wystarczyło dać balonik i już nim odbijałem. W przypadku motocykli… no tutaj mamy problem.

MotoGP czy Formuła 1?

Moto GP, bez dwóch zdań. Wiem, może brzmieć to dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, kto dziś rządzi w F1.

W rywalizacji motocyklistów nie ma Holendra, a w „królowej motorsportu” twój rodak został mistrzem świata.

Muszę przyznać, że przed przyjściem Maxa Verstappena nie oglądałem zbyt często Formuły 1. Jego debiut zmienił moje nawyki. W przypadku MotoGP, gdy wyścig odbywa się na przykład w Japonii o siódmej rano czasu europejskiego, to specjalnie na niego wstaję. Dla F1 czegoś takiego nie zrobię.

Jakie masz najlepsze wspomnienie z MotoGP?

Numerem jeden pozostaje spotkanie z Valentino Rossim. Gdy byłem nastolatkiem, przykułem uwagę lokalnych mediów. Wyróżniałem się w juniorskiej reprezentacji. Oni wiedzieli, że jestem wielkim fanem MotoGP. Pewnego razu zaprosili mnie na weekend do strefy VIP. Dzięki temu znalazłem się w padoku. Po godzinie czekania po wyścigu udało się spotkać Rossiego i zrobić z nim zdjęcie. To niesamowite przeżycie, bo śledziłem jego poczynania od 1998 roku. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, już samo dotknięcie go stanowiło coś nierealnego.

Parę lat później spotkałem się z nim ponownie. Był po poważnej kontuzji nogi. Co ciekawe, miało to miejsce rok po tym, jak sam doznałem podobnego złamania. Wtedy nie towarzyszyło mu tak wiele osób, więc miałem szansę z nim chwilę porozmawiać. Wymieniliśmy się historiami o urazach. Nawet dziś jak wracam wspomnieniami do tamtych wydarzeń, to dostaję gęsiej skórki.

Kto dziś jest twoim ulubionym kierowcą?

Jeszcze nie zdecydowałem, za którego zawodnika będę najmocniej trzymał kciuki. Być może będzie to ktoś z trójki Włochów Francesco Bagnaia, Luca Marini, Franco Morbidelli. To goście związani z Valentino. Lubię też Fabio Quartararo, bo to świetny przedstawiciel nowej generacji. Ciekaw jestem jego rywalizacji z Markiem Marquezem i ze wspomnianym wcześniej Bagnaią.

Wspomniałeś, że kiedyś nie śledziłeś F1. Jak się czułeś widząc co wyczynia Verstappen i jak Holandia zaczęła za nim szaleć?

Przed Grand Prix na torze Zandvoort było sporo dyskusji w kraju, czy wyścig powinien się odbyć. To przez obawę o zarażenia koronawirusem. Sporo osób protestowało przeciwko rozegraniu zawodów. Część zmieniła zdanie, gdy zobaczyła to, co działo się na torze. Byłem niesamowicie szczęśliwy, widząc jak mój kraj celebruje pokaz umiejętności rodaka. Wszyscy ubrani na pomarańczowo i do tego ten wszechobecny dym – coś niesamowitego. Udało się stworzyć niesamowite wydarzenie w czasach covida. Z pewnością pole position i triumf Verstappena spotęgował świetny klimat.

Holandia miała kilku kierowców w F1, ale żaden nie potrafił osiągnąć wielkich rezultatów. Gdy Max trafił do elity, mogłeś zauważyć zmianę podejścia mediów. Wyczuły to, że jest sporym talentem. Przecież zadebiutował nie mając jeszcze prawa jazdy! To szokowało ludzi. Z biegiem lat coraz mocniej się rozwijał, a efekt widzieliśmy w ubiegłym sezonie. Nie brakowało kontrowersji. Jego rywalizacja z Lewisem Hamiltonem, często przekraczająca granice fair play, ciekawiła każdego kibica.

Nie będę kłamał, w ostatnim wyścigu w Abu Dhabi to Lewis był lepszym kierowcą. Przez całe Grand Prix prezentował szybsze tempo. Verstappenowi pomagał Sergio Perez, ale nie potrafił tego efektywnie wykorzystać. Max chyba dostał jakiś bilet od Boga, bo w normalnych warunkach to Hamilton cieszyłby się z triumfu. Porządek całego sezonu rozstrzygnięto na ostatnim kółku. Pamiętam, że głośno krzyczałem z ekscytacji. Nigdy tak się nie zachowywałem podczas oglądania F1. W przypadku MotoGP zdarzało się reagować podobnie. Z pewnością to musiała być wielka frajda dla telewizji. Tamten weekend powinien należeć do Hamiltona, ale nie ukrywam, że cieszyłem się, że wyszło inaczej. Czasem trudno sobie wyobrazić, że chłopak z małego państwa został mistrzem świata w naprawdę potężnej dyscyplinie.

Spróbujmy połączyć twoje dwie pasje. Dostrzegasz podobieństwo pomiędzy tobą a Rossim jeśli chodzi o mentalność sportowca?

Valentino zawsze mówił, że ważne jest, aby czuć się szczęśliwym i pewnym siebie wokół towarzyszących ci osób. U niego wyglądało to inaczej, bo na motocyklu ścigał się sam. Pracował jednak z ludźmi w padoku. Dla mnie zawsze kluczowe było poczucie zgrania z drużyną. Jeśli nie czujesz się komfortowo wśród kolegów na parkiecie, wtedy nie prezentujesz się najlepiej. Oczywiście, to nie działa zero-jedynkowo. Możesz czuć się dobrze, a i tak zagrasz słabo. Taki jest sport. Chodzi jednak o to, że jeśli czujesz odpowiednią atmosferę, to łatwiej potrafisz skupić się na rywalizacji i na tym, by dać z siebie wszystko. Staram się stosować zachowanie Rossiego w swoim życiu.

Pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy poczułeś się dobrym siatkarzem?

(Andringa długo się zastanawia – przyp. M.W)

Może gdy zostałem powołany do juniorskiej reprezentacji? To był moment, który uzmysłowił, że jestem jednym z czołowych zawodników w swoim wieku. Podobnie czułem się, gdy zadebiutowałem w pierwszej kadrze. Wtedy pomyślałem sobie, że coś tam muszę umieć grać w tę siatkówkę.

Trudno uważać ligę holenderską za czołowe rozgrywki Europy, a ty opuściłeś ją dopiero jako 23-latek. Z perspektywy czasu – nie za późno?

Mając niecałe 21 lat postanowiłem, że po sezonie wyjadę grać za granicę. W styczniu 2011 roku, trzy miesiące przed urodzinami, złamałem nogę. To oznaczało przerwę od wszystkiego. Doznałem potężnej kontuzji, bardzo długo dochodziłem do zdrowia. Jeśli zapytasz mnie, czy nie zostałem zbyt długo w kraju, odpowiem, że nie wydaje mi się. Potrzebowałem czasu na powrót nie tylko do pełnej sprawności na boisku, ale do odbudowy zdrowia mentalnego. Nie było łatwo oglądać kości wystających z twojej nogi.

Bardzo często wracasz w mediach społecznościowych do tego urazu. W ubiegłym roku wstawiłeś zdjęcie wspominając o dziesiątej rocznicy. Dlaczego tak mocno „celebrujesz” kontuzję?

Bo zmieniła mnie jako człowieka. Przy okazji świąt Bożego Narodzenia grałem ze znajomymi w „Dilemma”. To taki rodzaj zabawy. Dostałem dylemat, czy chciałbym zmienić coś z przeszłości. Odpowiedziałem, że nie. Przyjaciele zdziwili się. „Nie chciałbyś cofnąć tej potwornej kontuzji?” – pytali z niedowierzaniem. Chciałbym móc nie czuć tego bólu, bo był on potężny. Rehabilitacja zajmowała dużo czasu. Mowa tu o długim i żmudnym procesie. Kontuzja nauczyła mnie wielu życiowych rzeczy, tego, żeby nie bagatelizować stanu zdrowia oraz nieustępliwości w dążeniu do celu.

Umiem już patrzeć na wydarzenia z innej perspektywy. Wcześniej, gdy nie wychodził mi mecz, to długo dusiłem w sobie złość. Zamartwiałem się nawet przez tydzień, do kolejnego spotkania. Po powrocie zrozumiałem, że to tylko mały moment słabości i zaraz dostanę kolejną szansę, aby pokazać, co naprawdę potrafię. Kontuzja sprawiła, że bardziej doceniam każdy dzień. Gdyby złamanie nastąpiło kilka centymetrów wyżej lub niżej, być może nie mógłbym chodzić.

Nie miałeś momentów rozpaczy, dlaczego to przydarzyło się akurat tobie?

Oczywiście, że miałem. Moje pierwsze myśli nie miały związku z siatkówką. Zastanawiałem się, czy będę mógł normalnie funkcjonować. Musiałem od razu poddać się operacji, bo złamanie było otwarte, a kości wystawały mi z nogi. Nie było czasu na przygotowania, istniało zbyt duże ryzyko infekcji. Pamiętam swoje myśli z dnia po operacji. Towarzyszył mi tak okropny ból, że modlę się, bym nie musiał przeżywać podobnego jeszcze raz. Ogarniały mnie czarne myśli. „Czy od teraz będę funkcjonował na wózku inwalidzkim?” – zastanawiałem się przerażony. Siatkówka na moment przestała istnieć.

Pamiętasz pierwszy mecz po rehabilitacji?

Mówiąc szczerze, z samym spotkaniem nie mam konkretnych wspomnień. Pamiętam i z satysfakcją wspominam pojedyncze sceny, które doprowadziły mnie do powrotu. Pierwsze kroki o kulach, z jedną kulą, bez kul – te pojedyncze kroki utkwiły mi w głowie bardziej niż mecz. Siedzą w niej też treningi z zespołem. Miałem sporo obaw, bo nie mogłem przewidzieć, jak zachowa się mój kolega. Gdy ćwiczyłem sam, nie miałem żadnej blokady. Ogarniał mnie jednak strach podczas grupowych ćwiczeń. Usunięcie bariery mentalnej zajęło chyba więcej czasu niż rehabilitacja.

Kontuzje nóg i stóp to chyba twoje fatum, bo w 2018 roku pozbawiły cię udziału w mistrzostwach świata.

Czasem żartuje sobie, że jak doznaję kontuzji, to można zakładać, że znów coś złamałem (śmiech). Miałem trzy poważne urazy w karierze. Wszystkie dotyczyły prawej nogi. Nigdy nic mi nie dolegało jeśli chodzi o kolana, barki czy plecy. Cztery lata temu złamałem prawą stopę. Rok później to samo. Jakkolwiek głupio te nie zabrzmi, jak coś mi dolega, to chodzi o poważną sprawę.

Ogarniały mnie czarne myśli. „Czy od teraz będę funkcjonował na wózku inwalidzkim?” – zastanawiałem się przerażony. Siatkówka na moment przestała istnieć.

W 2013 roku wylądowałeś w bliskiej kulturowo Belgii. Trzy lata później trafiłeś do Francji, która podobieństw ma już mniej. Nie miałeś problemów z adaptacją?

Mnóstwo osób z Holandii jeździ tam na wakacje. Przez to znamy ich kulturę, a języka francuskiego uczy się w szkołach. Przez wspomnianą przez ciebie zbieżność kulturową nie czułem szoku trafiając do Belgii. W przypadku Francji też nie mogę narzekać. Cały czas obracałem się w krajach zachodniej Europy. Nawet supermarkety były dla mnie znajome, bo robiłem w nich zakupy grając w VC Euphony Asse – Lennik.

Z Polską pewnie tak łatwo nie było.

Zgadza się. Język to ogromna różnica. We Francji mogłem coś zrozumieć, albo się chociaż domyśleć. Tutaj to prawie niemożliwe. Nie potrafię dostrzec podobieństw polskich słów do tych, ze znanych mi języków. Na całe szczęście trafiłem do zespołu prowadzonego przez Włocha, więc wszystkie aktywności meczowe i treningowe prowadzono po angielsku.

Różniło się też ogólnie życie. Polacy okazali się bardziej przyjaźni i pomocni niż mi się wydawało. Słyszałem wiele historii w mediach o wschodniej Europie. Kreowano ich na zrzędliwych i upartych ludzi. Lata pobytu kompletnie zmieniły postrzeganie. Pamiętam pierwsze zakupy w sklepie. Nie potrafiłem znaleźć jakiegoś produktu, więc po angielsku poprosiłem o pomoc jedną z pracownic. Ona z kolei nie znała języka, więc zaczęła latać i szukać koleżanki, z którą mógłbym się dogadać. Nie spodziewałem się, że wyjdzie z tego takie zamieszanie.

Sportowo też musiałeś odczuwać przeskok. Ze średnich rozgrywek belgijskich i francuskich trafiłeś do PlusLigi, uważanej za czołową ligę świata.

Nie będę kłamał, pierwsze miesiące nie były dla mnie łatwe. Choćby nawet taka rzecz jak dalekie podróże. Miałem ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. W adaptacji sportowej pomagał fakt, że w zespole miałem trzech doświadczonych graczy – Daniela Plińskiego, Pawła Woickiego i Michała Żurka. Czułem ich wsparcie w każdym momencie. Wydaje mi się, że bez ich pomocy koniec sezonu nie poszedłby tak dobrze.

Czyli szatnia nie dzieliła się na dwie grupy – polską i zagraniczną?

Nie, ale siłą rzeczy bariera językowa robiła swoje. Gdy ktoś powiedział w szatni coś śmiesznego, to śmiało się dziesięć osób, a cztery patrzyły na siebie nie wiedząc, o co chodzi. Polskie żarty rozumieją dobrze tylko Polacy. Miałem szczęście, że jednym z obcokrajowców oprócz mnie był Tomas Rousseaux. On jako Belg mówi po holendersku, więc czasem my się śmieliśmy, a inni nas nie rozumieli.

Który trener nauczył cię najwięcej?

Bardzo lubiłem pracować z Santillim. Może nie nauczył mnie najwięcej, ale był bardzo dobry w zarządzaniu zespołem. Potrafił sprawić, że każdy siatkarz czuł się ważny dla zespołu. To bardzo pomagało, bo tak jak wcześniej rozmawialiśmy, trafiłem do najlepszej ligi w karierze. On we mnie cały czas wierzył i budował pewność siebie. Z kolei Castellani nauczył wielu szczegółów, na przykład w ataku. Ponadto to on sprawił, że zacząłem serwować mocno z wyskoku – to akurat spora zmiana. Teraz mamy Javiera Webera. Bardzo lubię jego styl pracy, jest kompletnie inny względem pozostałych szkoleniowców. Preferuje krótsze, ale intensywniejsze treningi. Jest w nich mnóstwo dynamiki. Poza tym to w porządku człowiek, tak po ludzku.

Poprzednik Webera, Marco Bonitta słynie z powiedzenia: „Trening to nie miejsce dla demokracji. Gdy zaczyna się praca, kończą się dyskusje”. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności jego pracy w Olsztynie, uważasz, że nadal trzyma te słowa w sercu?

Tak… lecz te słowa brzmią mocniej, niż było u nas w rzeczywistości. Z pewnością Bonitta to autorytarny trener.

Typ generała?

Nie chciałbym go tak określać. Po prostu nie dawał zbytnio możliwości wypowiedzenia się podczas treningów w porównaniu do poprzednich szkoleniowców. Po zajęciach nie robił już problemów, potrafił rozmawiać na temat ćwiczeń, dyspozycji i na podobne tematy. Z tego powodu nie chcę używać w jego kontekście słowa „generał”, bo brzmi zbyt surowo. Przynajmniej w mojej opinii, być może ktoś inny będzie miał odmienne spostrzeżenie.

Który sezon w AZS-ie wspominasz najlepiej?

Końcówkę pierwszego. To był czas przed kontuzją stopy… i kolejną kontuzją stopy (śmiech). Wszystko w zespole toczyło się po dobrym myśli. Zaprezentowaliśmy się soldinie w drugiej części sezonu, dzięki czemu trafiliśmy do play-offów. Wówczas kwalifikowało się sześć zespołów. Po świetnym boju pokonaliśmy Resovię, a w półfinale dwukrotnie doprowadzaliśmy do tie-breaka z ZAKSĄ. Przyznam szczerze, że chyba nie spodziewaliśmy się tak dobrej gry w tej fazie rozgrywek.

Porozmawiajmy o przygodach w reprezentacji. Robbert, lat sześć, ogląda wielką reprezentację Holandii triumfującą u siebie w Lidze Światowej. Co czuje kilkanaście lat później, gdy sam debiutuje w dorosłej kadrze?

To masa niezapomnianych historii. Trenerem zespołu był wówczas Peter Blange, rozgrywający z czasów największych sukcesów kadry. Byłem już podekscytowany samym faktem, że mogę ćwiczyć u kogoś tak wielkiego. Z kolei wcześniej, w kadrze juniorskiej jednym z trenerów był Ron Zwerver – kolejna legenda ze złotej drużyny. Pamiętam, że mając piętnaście lat przyjechałem do domu i zacząłem opowiadać o „Ronie”, a nie o „panie Zwerverze”. Kiedyś był gwiazdą, którą podziwiałem z daleka, a z czasem stał się częścią drużyny, jednym z nas.

Debiut przypadł na Ligę Światową w Rotterdamie. Mecz z Brazylią, naszpikowaną gwiazdami. Giba, Bruninho, Dante, Visotto – jeden wielki gwiazdozbiór. Dwa dni przed spotkaniem zjeżdżałem windą na śniadanie. Zatrzymała się dwa piętra niżej, bo ktoś chciał również zjechać. To byli Giba i Murillo. Dziewiętnastoletni ja pomyślał wtedy: „Kurczę, poprosiłbym ich o zdjęcie, ale to może być dziwne, bo gramy przeciwko sobie za dwa dni”. W sumie to nie spodziewałem się, że zagram, ale ktoś doznał kontuzji, więc dostałem szansę debiutu. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie miałem chwili, żeby się zestresować. Oczywiście, na parkiecie przeżyłem „chrzest”. Na tym poziomie każdy wie, że jesteś nowy, a jak jesteś nowy, to wszystkie serwisy lecą na ciebie. Klasyka. Przyjąłem pierwszą piłkę tragicznie, ale jakimś cudem poleciała bardzo dobrym torem w kierunku rozgrywającego. Pomyślałem sobie, że chyba mam sporo szczęścia.

Nie jest żadną tajemnicą, że gdy mamy problemy, robimy małą zmianę i instruujemy rozgrywającego, by grał większość piłek na Nimira, a dalej to jakoś się może uda.

Obecna kadra Holandii od lat nie potrafi dorównać słynnej ekipie z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Co w twojej opinii składa się na średni poziom waszej siatkówki?

Zadałeś pytanie, na które trudno odpowiedzieć. Każdy pamięta rezultaty tamtego zespołu. Co jakiś czas ktoś wraca wspomnieniami do triumfu na igrzyskach czy w mistrzostwach Europy. Po wielkich sukcesach oczekiwania względem reprezentacji drastycznie wzrosły. Trudno dorównać kadrze, która swego czasu była najlepsza na świecie. Nie potrafię odpowiedzieć, co się stało, że mamy tak wielką różnicę pomiędzy dawną a obecną kadrą. Można powiedzieć, że mieli sporo szczęścia, bo trafiło się wielu dobrych zawodników w jednej generacji. To sprawiło, że stworzyli solidną drużynę. W sumie to nawet kolejne pokolenie było też solidne – Kooistra, Bontje, Horstink. Problem w tym, że ci nie mieli koło siebie tak dużego wsparcia jak zespół z lat 90. Podobnie jest dzisiaj z Nimirem Abdel-Azizem. To jeden z najlepszych atakujących świata. Nie mamy jednak kompletnego zespołu, który wraz z nim mógłby walczyć z najlepszymi zespołami. Co doprowadziło do takiego stanu? Nie potrafię odpowiedzieć.

Van de Goor powiedział mi o Nimirze: „Sądzę, że gdyby grał w naszej kadrze sprzed 25 lat, to byłby mega gwiazdą. Większą niż ktokolwiek inny”. Wiem, że tobie jako reprezentantowi kraju może być trudno odpowiadać, ale czy nie uważasz, że zbyt mocno polegacie tylko na nim?

Z jednej strony uważam to za normalne, bo mówimy o czołowym siatkarzu świata. Takich jak on jest niewielu. To naturalne, że chcesz jak najbardziej wykorzystać wszystkie atuty uzdolnionego zawodnika. Muszę się jednak zgodzić, że czasem zbyt mocno na nim polegamy. Nie jest żadną tajemnicą, że gdy mamy problemy, robimy małą zmianę i instruujemy rozgrywającego, by grał większość piłek na Nimira, a dalej to jakoś się może uda. Wydaje mi się, że gdybyśmy zmienili nastawienie i nie musieli tak mocno eksploatować go już w pierwszej fazie seta, do piętnastego punktu, to byłby świeższym i spokojniejszym graczem. Stałby się przez to lepszy w kluczowej fazie partii, po dwudziestym punkcie. Umówmy się, żaden rywal, z którym gramy, nie jest głupi. Wszyscy wiedzą, że po osiemnastym punkcie, praktycznie każda piłka pójdzie na Nimira. Zmiana nastawienia wyszłaby na korzyść zarówno reprezentacji, jak i jemu samemu.

Miałeś okazję grać z Nimirem-rozgrywającym, jak i Nimirem-atakującym.

Pamiętam akcje z czasów, gdy grał na rozegraniu. Jeżeli miał świetną okazję do ataku z drugiej piłki, to bezwzględnie ją wykorzystywał. On już wtedy głośno mówił o tym, że woli zdobyć punkt niż dobrze wystawić piłkę. Gdy był nastolatkiem i przyszedł czas specjalizacji na jednej pozycji, nie dysponował dużym wzrostem. Przez to trenerzy zrobili z niego rozgrywającego. Z czasem zaczął sporo rosnąć, choć wciąż grał na nadanej pozycji.

Cała sytuacja ze zmianą pozycji wiąże się z końcówką sezonu w Poiters tuż przed moim przyjściem. Kontuzje w zespole sprawiły, że Brice Donat z przymusu wstawił go na atak. Później, gdy już występowałem wraz z Nimirem w drużynie, opowiadał mi, że pewnego razu przyszedł do niego trener i powiedział: „Chciałbym, żebyś został w klubie, ale jako atakujący”. Pomyślał sobie wtedy, że może to jest moment, w którym warto spróbować zmienić pozycję. Od pierwszego meczu grał tak, że nie pomyślałbyś, że mógł kiedykolwiek grać na rozegraniu. Co więcej, rola atakującego wygląda na bardziej naturalną, w ogóle niewymuszoną. To spokojny, zrelaksowany człowiek, który lubi dobrą zabawę. Porównując Nimira-rozgrywającego z Nimirem-atakującym, wydaje mi się, że ten drugi jest szczęśliwszą osobą. Widać po nim, że siatkówka sprawia mu więcej frajdy niż wcześniej.

Holandia
Fot. Rafał Rusek/Press Focus/MB Media via Getty Images

Co dostałeś od siatkówki życiowego?

Kurczę, nikt mnie nigdy o to nie pytał.

(chwila przerwy)

Zrozumiałem, że nie zrobisz wszystkiego w życiu samodzielnie. Współpraca jest kluczem do sukcesu i szczęścia. Nie ma znaczenia czy mówimy o rodzinie, czy drużynie. Siatkówka jest też pracą. Do wygranej potrzebujesz dobrego zgrania z resztą współpracowników. Uważam, że każdy człowiek potrzebuje pomocnej ręki w staniu się lepszą wersją siebie.

Młodemu Robbertowi, który dopiero co złamał nogę, zwróciłbym uwagę na pielęgnowanie relacji. Po latach doceniasz je wszystkie – z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z zespołów. Inwestuj czas w najbliższych – to jest moja złota rada dla tamtego chłopaka. Szczególnie że po kontuzji zdałem sobie sprawę, kto tak naprawdę jest moim przyjacielem, a kto nie.

Wiele takich osób się przewinęło?

Konkretnej liczby nie podam, ale rzeczywiście wiele razy mocno się zawiodłem. Szczególnie gdy doznałem kontuzji w 2011 roku, po niektórych osobach spodziewałem się wsparcia, a go nie dostałem. Żeby nie zabrzmiało tak tragicznie, to muszę powiedzieć, że pamiętam też ludzi, po których nie miałem żadnych oczekiwań, a czułem ich pomoc. Kontuzja uświadomiła, kto jest naprawdę ze mną, a kto trzymał się mnie tylko dlatego, że jestem znanym siatkarzem. Kilka lat zajęło mi odzyskanie ufności do ludzi.

Chciałbym grać w siatkówkę, tak długo, jak będę czerpał z niej radość i miał siły, by prezentować dobry poziom. Nie chcę dojść do momentu, w którym będę zmuszał się, aby iść na trening. Nie potrafię wskazać konkretnego momentu. Rok, dwa lata, pięć? Nie odpowiem. Wiem, że wrócę do Holandii. Przez lata kariery ominęło mnie wiele wspaniałych chwil z życia rodziny i przyjaciół. Nie mogłem uczestniczyć w weselach, więc po zakończeniu kariery chciałbym sobie to jakoś odbić. Myślę, że po prostu stanę się zwykłym, szarym człowiekiem. Na dziś nie widzę siebie w roli trenera. Jeżeli miałbym pozostać przy siatkówce, to może w roli kierownika zespołu. Po latach gry wiem, że to bardzo ważna funkcja. Zła organizacja w klubie potrafi dekoncentrować siatkarzy, a taki team manager jest właśnie po to, żeby załatwiać wszystkie sprawy pozasportowe.

Na koniec pytanie, które dostał też van de Goor. Kto jest prawdziwym „Latającym Holendrem” – on, Robin van Persie czy inny rodak?

Wow, tego się nie spodziewałem. Możemy przyjąć, że Van Persie po tym wspaniałym golu jest najbardziej znanym „Latającym Holendrem” na świecie. Postawię więc chyba na niego, choć… zaczekaj! Nie no, teraz to musi być Max. Przecież on lata po tych torach.

Co do Basa, to był wspaniałym siatkarzem. On mógł robić wszystko na boisku. Poza tym to naprawdę w porządku człowiek. Wielokrotnie go spotykałem, bo siedziba jego fundacji jest zlokalizowana w hali, w której najczęściej trenowaliśmy podczas zgrupowań kadry. Dobra, uporządkujmy to. Van de Goor był oryginalnym „Latającym Holendrem”. Później przyszedł Van Persie, a teraz ten tytuł dzierży Verstappen.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.
Komentarze 0