„A ty byś nie chciał uczyć się malować od Van Gogha?” – minął rok od śmierci Kobego Bryanta

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Kobe Bryant mural
Fot. Mario Tama/Getty Images

Dla jednych to wieczność, innym z kolei wydaje się jakby to było wczoraj. Każdy fan Kobego Bryanta pamięta, gdzie był i co robił, gdy przeczytał informację, w którą do tej pory uwierzyć jest niezwykle trudno. A od tego tragicznego dnia minął już rok.

26 stycznia 2020 to data, która na stałe wryła się w pamięć każdego fana koszykówki. Kiedy ze Stanów Zjednoczonych zaczęły napływać informacje o katastrofie helikoptera, w którym miała lecieć jedna z największych współczesnych legend koszykówki – sportowy świat wstrzymał oddech i wpadł w panikę. Próba dyskredytowania źródeł (jako pierwszy podał to internetowy tabloid TMZ), doszukiwania się kolejnego okrutnego żartu, których w ostatnich latach nie brakowało – fani próbowali chwycić się wszystkiego, żeby tylko odsunąć od siebie tę nieprawdopodobną informację.

Z każdą kolejną minutą dochodziły jednak nowe wiadomości. Sprzeczne, co do tego ile osób i kto był w helikopterze, ale zgadzało się jedno – każde źródło potwierdzało tragiczne odejście Bryanta i – jak się później okazało – jego córki, Gianny, oczka w głowie, przyszłej gwiazdy kobiecej koszykówki. To ona miała być jego następczynią, to ona pokochała koszykówkę tak jak on, to z nią jeździł na mecze i przekazywał wszystko, czego się nauczył.

Młoda koszykarka chłonęła wszystkie rady ojca, czemu trudno się dziwić, bo jak wspomniał jeden z koszykarzy NBA po campie Bryanta: „A ty nie chciałbyś się uczyć malować od Van Gogha? Albo śpiewać od Prince’a?”.

Przekazywanie wiedzy kolejnym pokoleniom stało się częścią nowego, szczęśliwego życia Bryanta. Organizował obozy dla graczy NBA, pracował z nimi jeden na jeden – na liście są między innymi Kawhi Leonard, Paul George, Kyrie Irving czy Jayson Tatum. Był szczęśliwym emerytem, nawet jeśli jego emeryturą była masa innych zajęć i aktywności. Można się było zresztą tego spodziewać po jednym z największych pracusiów i perfekcjonistów w historii koszykówki.

Niestety wszystkie plany, zarówno na aktywną emeryturę, jak i wielką karierę Gianny, runęły w gruzach równo rok temu. Jak dawno miało to miejsce, niech świadczy fakt, że nie mieliśmy jeszcze wtedy pandemii koronawirusa, a Los Angeles Lakers, w barwach których Kobe grał całą karierę, wciąż czekali 10 lat od poprzedniego mistrzostwa. Zaczął się czas niezwykłego żalu sportowego środowiska. Masa wspomnień, hołdów oddawanych wielkiemu koszykarzowi.

Do tego stopnia, że wydaje się jakby wcale nie odszedł. Jego „uczniowie” są gwiazdami NBA, wspominając wielokrotnie jak treningi z Bryantem pomogły im wejść na najwyższy poziom. Jego Los Angeles Lakers wygrali siedemnaste mistrzostwo – to, do którego dążył sam Kobe – w najbardziej symbolicznym momencie z możliwych. W ich składzie był chociażby Quinn Cook, który dorastał jako wielki fan Kobego i Lakers, który marzył o grze w LA i który zmienił numer w ramach hołdu dla Kobego i Gianny. Anthony Davis z kolei nawiązał do jednego z najbardziej znanych zwyczajów młodych fanów koszykówki.

Bryanta może już nie być, ale jego dziedzictwo pozostanie na bardzo długie lata. W zawodnikach, którym pomógł w rozwoju i dla których był idolem, w kolejnych pokoleniach próbujących pobić jego rekordy i dosięgnąć jego legendy. W każdym kolejnym zawodniku Lakers, grającym z ikoną tego zespołu za sobą. I we wszystkich, którzy już zawsze będą krzyczeć „Kobe!” rzucając zwiniętym papierem do kosza na śmieci.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Współtwórca audycji NFL PO GODZINACH.