Rozkład jazdy: jazda (z) pociągami (FELIETON)

Zobacz również:Musical sci-fi. Kulisy trasy „Psycho Relations” Quebonafide (ROZMOWY)
rozkład jazdy felieton graffiti

Na temat tego, czy graffiti było kiedykolwiek częścią hip-hopu zdania są podzielne. Czy rap wciąż jest elementem tego (sub)kulturowego zrywu – można długo o tym dyskutować. Natomiast na temat tego, jak bardzo kreatywni są nadwiślańscy writerzy da się napisać dużo dłuższy tekst niż poniższe kilkadziesiąt zdań.

Moje związki z graffiti – jak i właściwie z każdą inną twórczością artystyczną – są dosyć luźne i niezobowiązujące. Jako dziecko lat 90., wychowane na czteroelementowym hip-hopie, Ślizgu, Klanie i wszelkich przejawach nowej muzyki, którą można było w tamtym czasie usłyszeć w filmach skejtowskich, koszykarskich czy właśnie grafficiarskich, miałem krótki epizod z tojowym malowaniem po osiedlowych murkach. Mało tego, biorąc mentalny rozbrat z osiedlem, wydziabałem sobie nawet mojego taga na łydzie (czego żaden legitny writer nigdy by nie zrobił), ale żeby zostać rzeczonym legitnym writerem nigdy nie dałem sobie szansy (marihuana czy też raczej ówczesny podwórkowy skun – serdecznie pozdrawiam).

Od kiedy pierwszy raz obejrzałem Style Wars i na pobliskiej hydroforni nabazgrałem szaroburym krylonem swój pierwszy outline, graffiti zajęło w moim małolackim serduszku specjalne miejsce i wciąż, ponad ćwierć wieku później, się w nim rozpycha. Kolażując po świecie zawsze czytam literki, jeżdżąc pociągami gapię się w szybę w poszukiwaniu co bardziej kreatywnie wykorzystanych spotów, a wszelkie środowiskowe ziny, książki i filmy pochłaniam wciąż z tą samą zajawką. Graffiti bowiem skupia w sobie większość cech, które w szeroko pojętej sztuce zajmują mnie najbardziej – jest do cna miejskie, nagłe i bezkompromisowe, a dodatkowo jego twórcy mają zwykle horyzonty dużo szersze niż ich scena i do słowa sztuka podejście mocno ambiwalentne. W przeciwieństwie do wielu innych artystów obca jest im zwykle auto-kreacja, pretensja i wszelkie roszczenia względem państwa (rezydencja, kurwa, projekt; stypendysta) czy publiki (płaczące polskie zespoły; płaczące labele – z powrotem do szkoły). Albo może ja takich akurat poznałem i… pozdrawiam.

Do napisania tego felietonu skłoniło mnie to, że ostatnimi czasy scena ta sypie jak z rękawa intrygującymi produkcjami, a ten nasz niuans się pod moją nieobecność nieco za daleko oddalił od streetu. To na ulicy narodził się ten cały rap, tak przecież nam bliski i tak przez nas lubiany. I też na ulicy można zobaczyć i usłyszeć dziś to, czym mainstream będzie żył dopiero jutro. Nieważne, czy graffiti kiedykolwiek było częścią hip-hopu, o co spór toczy się od lat i szereg kontrargumentów wysuwają ci reprezentanci środowiska, którym bliżej do punku, elektroniki czy poza-subkulturowej chuliganki. Większego znaczenia nie ma również to, czy współczesny rap jest dalej elementem hip-hopu, na co mnóstwo dowodów dostarcza nam sam rap. Upstrzona wszelkimi tagami i wrzutami, żyjąca swoim własnym życiem, barwna i chaotyczna ulica miała przecież ogromny wpływ na współczesne projektowanie graficzne, realizowane wideoklipy i… dzisiejszą scenę niemieckiego rapu z Ufo361 i 187 Strassenbande na czele.

Ulica stwarza dom / Cycki, narkotyki, broń – rapuje weteran krakowskiej sceny, Kafu DRIM w filmie Menace 2 Society. Nie tym klasycznym – braci Hughes z 1993 roku, ale nowym, zeszłorocznym zapisie kwadransa spędzonego z międzymiastową ekipą MESS. Ekipą, która się w przysłowiowym tańcu nie pierdoli, której literki stały się niedawno wizytówką społeczniackiej akcji #niemamojejzgodynato i której popisy w rzeczonym filmie swoją autorską ścieżką dźwiękową opatrzył nie kto inny, jak jeden z najbardziej intrygujących i osobnych beatmakerów na polskiej scenie (około)rapowej, czyli Alick/Cool P z Ćpaj Stajli. Przy wtórze jego międzygatunkowych – równie dynamicznych jak ciemnych, rozbujanych acz też często budzących (niezbędny w tego typu filmach) niepokój – produkcji ma tu miejsce istna MESSakra – najprawdziwsza akcja: systemu dewastacja, toyów kasacja, dobrych ekip dominacja; na ulicach miasta, linii stacjach. A, że do tego jeszcze montaż w tym filmie jest kreatywny, CGI i drony wykorzystywane z pomysłem, a stricte malarski kontent przeplatany miejskim, awanturniczym kontekstem, to tytuł zapożyczony z najntisowego, osiedlowego klasyka jest tu jak najbardziej na miejscu. Bo będzie z tego, kurwa, klasyk.

Do kanonu rodzimych produkcji grafficiarskich wejdzie też na pewno częstochowska Szarańcza, która po kilku miesiącach pokazów organizowanych w różnych kinach, galeriach i skłotach, trafiła na YouTube'a. Jej koncepcyjna, nieszablonowa forma, ma szansę zyskać uznanie wśród osób niezwiązanych z grafem, a towarzyszący jej soundtrack – na którym znalazły się numery m.in. WWO, Gurala czy P8M – przyciągnie zapewne ludzi bardziej zainteresowanych innymi elementami hip-hopu. O ile jednak, opowiedziana z wykorzystaniem głosu z offu, historia owoców ulic i konsekwencji zdarzeń z miasta, pełna jest kreatywnych rozwiązań i pamiętnych kadrów, to jej ogólny ton zbyt często niestety popada w patos i pretensje. Na tych, którzy podejmują się stworzenia portretu jakiegoś środowiska – czy wręcz pokolenia – zawsze czeka mnóstwo pułapek i mielizn, których nie udało się twórcom Szarańczy ominąć. Co u swojego źródła jest szczere i prawdziwe, bardzo często przecież, gdy zostaje wypowiedziane – zwłaszcza, kiedy wypowiadane jest z takim namaszczeniem – staje się naiwne i banalne. To, co jeszcze chwilę temu było estetyką podziemia, dziś jest powszechnie wykorzystywanym językiem reklamy. Polskie utwory, jako ścieżka dźwiękowa pod miejski czy pociągowy writing, w przeważającej większości, nie sprawdzają się najlepiej – niepotrzebnie odciągają uwagę od obrazu i w warstwie tekstowej zazwyczaj z chuligańskim sznytem tej miejskiej dywersji zupełnie nie korespondują. Dla rzeczonej dywersji, jej przytłaczającej wręcz skali i po wielokroć również spektakularności, z Szarańczą warto się jednak zapoznać. Być może najlepiej z wyłączoną ścieżką dźwiękową i pomijając sceny tańca współczesnego, ale być może to tylko moje spaczenie – to, że ja do słowa sztuka mam podejście mocno ambiwalentne i na wszelkie przejawy pretensji i roszczeń jestem ciut za bardzo wyczulony.

Nie tylko do ludzi związanych z bardzo hermetyczną – jeśli chodzi o zależności środowiskowe, jak i samą estetykę (powtarzane jak mantra czcze stwierdzenie mówiące o tym, że graffiti to sztuka, tylko te tagi to wandalizm) – sceną grafficiarską kierowany jest album Kult Jednostki. Radykalni pasjonaci najdłużej produkowanego pociągu na świecie. Ufundowana na Kickstarterze i powstająca przez minione dwa długie lata, ponad 500 stronicowa kniga jest poświęcona modelowi EN57, czyli tak zwanej jednostce – jednemu z najbardziej charakterystycznych elektrycznych pojazdów szynowych, który świetnie kojarzą wszyscy nadwiślańscy podróżnicy, kochają różni miłośnicy kolei czy modelarze i który za cel upatrzyła sobie już blisko trzy dekady temu większość krajowych writerów. Produkowane we Wrocławiu (skąd pochodzą autorzy tej publikacji) i eksploatowane od lat 60. klasyczne wagony EN57, przez dekady swojego funkcjonowania stały się nie tylko jednym z ulubionych modeli rodzimych trainspotterów i jeżdżącą po całym kraju, efemeryczną galerią graffiti, ale również bohaterami wielu pociągowych gier symulacyjnych i niemieckiego filmu Wholetrain; motywem przewodnim licznych tatuaży i grafik, a także nazwą jednego dolnośląskiego składu rapowego, dla którego bity robił kojarzony dziś najbardziej z Kabe Opiat. Wszystkie te konteksty przewijają przez karty pierwszego wydawnictwa oficyny Torypress, wydawnictwa, na które składają się nigdy wcześniej nie prezentowane archiwalia i narracje różnych niekiedy antagonistycznych grup – jak to ładnie, acz mocno eufemistycznie opisują autorzy. Wydawnictwa, które po raz kolejny dowodzi, że środowisko grafficiarskie na mapie polskiego hip-hopu w formach książkowych, czy też albumowych, wiedzie niewzruszony prym.

Wspominam o tym, bo właśnie z profilu Graffiti Goes East – do dziś niedoścignionej pracy archiwalnej dotyczącej rodzimej sceny hiphopowej, a dokładnie grafu, wydanego w 2013 roku albumu GGE 1990-2012 – trafił na YouTube filmik pod jakże uroczym tytułem Polish MILF. Polskich modeli (kolejek), z którymi autorzy tego obrazu chcieliby się zabawić, niestety już zobaczyć nie można, gdyż zostały one zdjęte z platformy z powodu naruszenia zasad dotyczących… nagości i treści erotycznych. Rzeczona produkcja – jak wiele innych grafficiarskich materiałów audiowizualnych – opiera się na przemieszaniu sekwencji malarskich z obrazkami samplowanymi z różnych materiałów popkulturowych – w tym przypadku scen rozbieranych z krajowych filmów głównego nurtu.

Jednak po kilku dniach, polskie MILF-y wróciły do sieci. Uciechę z obcowania z nimi będą mieć nie tylko wąskie środowiskowe kręgi, ale też wszyscy miłośnicy polskiego kina i krajowej muzyki rozrywkowej, od jazzu aż po disco. Produkcja – w przeciwieństwie do większości filmów grafficiarskich – tempo ma raczej nieśpieszne, nastrój nieco zabawny i cała przesiąknięta jest atmosferą PRL-u i wczesnego, polskiego kapitalizmu. W jaki sposób łączy się to z malowaniem kolejek, musicie zobaczyć sami. I lepiej zróbcie to szybko, bo nigdy nie wiadomo, czy znów ta kolejowa pornografia nie naruszy jakichś zasad. W ogóle śpieszmy się kochać nadwiślańskie produkcje grafficiarskie, bo tak szybko odchodzą. Nakład GGE wyprzedał się właściwie na pniu, a pojedyncze egzemplarze trafiające na portale aukcyjne osiągają niebotyczne kwoty. Dużo filmów wydanych lata temu na wideo bądź DVD, wiedzie swój ulotny internetowy żywot, będąc co rusz blokowanym ze względu na prawa autorskie dotyczące utworów wykorzystywanych w ścieżkach dźwiękowych, czy obrazków cytowanych w montażu. Niekiedy też zgłaszają je jacyś świętoszkowaci obrońcy praworządności, którym nie podoba się gloryfikacja niszczenia cudzego mienia czy też może nawet częściej – jakiekolwiek przejawy walki z systemem (kolei).

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji „Za daleki odlot”.
Komentarze 0