Przytłaczający ciężar olimpijskiego medalu. Skoczkowie, których kariera ogranicza się do igrzysk

Zobacz również:Kto otrzyma najlepsze noty? O skoczkach, którzy mogą nieco namieszać w nadchodzącym sezonie
Jiri Malec
Fot. Pascal Rondeau/Allsport via Getty Images

Igrzyska olimpijskie to najważniejsza impreza sportowa dla każdego sportowca, niezależnie od tego, czy mówimy o edycji letniej czy o zimowej. Przez ogromną popularność, jaką w naszym kraju cieszą się skoki, wielu fanów czeka na nadchodzący turniej w Pekinie. Historia rywalizacji pokazuje jednak, że czasem na podium znajdzie się miejsce dla tych, których wcześniej byśmy się nie spodziewali.

Nastroje wokół polskich skoczków nie są dziś najlepsze. Kadra Michała Doleżala mierzy się z wieloma problemami, których nawet Ramsau – obiekt owiany historyczną sławą – póki co nie potrafi rozwiązać.

Słabe wyniki snują domysły, co mogło doprowadzić do tak gwałtownego spadku formy. Ponadto wielu kibiców zastanawia się, co może czekać biało-czerwonych w Chinach.

Konkursy olimpijskie z ostatnich kilkudziesięciu lat widziały wielu zaskakujących medalistów. Nikt – lub mało kto – spodziewał się, że ostatecznie widzieć będziemy tych skoczków na podium. Oni jednak trafili z formą i wiatrem, frunąc daleko po sukces.

Przygotowaliśmy zestawienie zawodników, którzy przed lub po igrzyskach nie potrafili nawiązać do historycznego okresu. Czasem mowa tu o złotym sezonie, a czasem po prostu o wybitnie szczęśliwym dniu. Historię Wojciecha Fortuny zna już chyba większość polskich kibiców, więc mistrza olimpijskiego z Sapporo na liście nie uświadczymy. Są za to postacie, które szybko po wybitnym osiągnięciu rzuciły narty w kąt. Nie zawsze w perfekcyjny sposób.

1
HIROKAZU YAGI (Lake Placid 1980)

Mierzący 167 centymetrów Japończyk nie był typem człowieka, który zaczął w wieku zaledwie kilka lat. Debiutanckie próby zaliczył jako dwunastolatek. Ani on, ani jego trenerzy nie myśleli w tamtym momencie, że niedługo znajdzie się prawie na szczycie, osiągając życiowy sukces w młodym wieku.

Yagi wbił się do Pucharu Świata jako dziewiętnastolatek. Słowo „wbił” pasuje tu idealnie. Japończyk nagle stał się rewelacją sezonu. Miesiąc przed igrzyskami dwukrotnie po raz pierwszy stanął na podium konkursu… i od razu go wygrał. Miało to miejsce na rodzimej Okurayamie.

Brak doświadczenia oznaczał, że nikt nie mógł zweryfikować potencjału zawodnika. Ten w pełni objawił się właśnie w Lake Placid, gdzie urodzony w 1959 roku skoczek z Yoichi wraz z Manfredem Deckterem (NRD) zajał ex-aequo drugie miejsce w konkursie na skoczni normalnej. Zawody z przewagą aż siedemnastu punktów wygrał wówczas Toni Innauer.

2
ERIK JOHNSEN (Calgary 1988)

Norweg to również objawienie okresu okołoolimpijskiego, lecz chyba nie tak mocne jak Yagi. Johnsen zadebiutował w PŚ w sezonie 1986/87, zajmując piętnaste miejsce w konkursie na słynnej Holmenkollen. O wiele więcej mówiło się o nim rok później, gdy ni stąd, ni zowąd znalazł się na łamach gazet.

Skoczek rewelacyjnie wszedł w 1988 rok. W styczniu po raz pierwszy znalazł się na podium konkursu, gdy w Sankt Moritz przegrał tylko z Mattim Nykänenem. Fin był również lepszy od Johnsensa miesiąc później w Calgary. Na dużej skoczni pokonał go o ponad szesnaście punktów.

Johnsen jednak nie rozpaczał. Nie dość, że nieoczekiwanie znalazł się na podium IO, to jeszcze zdobył srebro z przewagą zaledwie dwóch dziesiątych. Dzień później dorzucił do dorobku brąz w rywalizacji drużynowej. Skoczek był małą sensacją dla Norwegów, od których biło wielkie rozczarowanie. Kraj ze Skandynawii po raz pierwszy w historii zimowych igrzysk nie zdobył ani jednego złota.

Johnsen jeszcze mocniej wypalił z formą tuż po zakończeniu turnieju, wygrywając dwa konkursy w ojczyźnie. Zakończył cały sezon PŚ na siódmym miejscu, a w następnym roku zajął dziesiątą lokatę podczas mistrzostw świata w Lahti.

Dalszych sukcesów nie było. Pochodzący z Oslo sportowiec nie potrafił dostosować się do nowych realiów skoków, w których „styl V” stał się dominujący. Ze skokami pożegnał się zaledwie trzy lata po największym sukcesie, mając zaledwie 26 lat.

3
MATJAZ DEBELAK (Calgary 1988)

Biorąc pod uwagę konkursy Pucharu Świata, mistrzostw świata, mistrzostw świata w lotach czy igrzysk olimpijskich, Słoweniec reprezentujący Jugosławię może pochwalić się dwoma miejscami na podium. Oba miały miejsce podczas turnieju czterolecia w Calgary.

Przed 1988 rokiem największym sukcesem Debelaka było dwudzieste miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ 1986/87. Do Kanady leciał bez większych oczekiwań indywidualnych. Tymczasem na dużej skoczni sprawił olbrzymią niespodziankę. Będąc dziewiątym po pierwszej serii, w drugiej oddał najdłuższy skok serii, zyskując aż sześć pozycji. Przegrał tylko ze wspomnianymi wcześniej Nykänenem i Johnsenem. Chwilę później wraz Primożem Ulagą, Matjazem Zupanem i Miranem Tepesem zdobył drużynowe srebro.

Debelak po IO 1988 zaliczył udany występ na mistrzostwach świata w Lahti (1989, szóste miejsce). Stanowił on jednak łabędzi śpiew dla kariery reprezentanta Jugosławii. Rok po tamtych zdarzeniach jako 25-latek zrezygnował z dalszych startów. Nie potrafił nawiązać nie tyle do olimpijskich rezultatów, ile do tych osiąganych w najlepszym sezonie 1986/87.

4
JIRI MALEC (Calgary 1988)

Chcąc nie chcąc Calgary 1988 jawi się jako turniej pełen narciarskich niespodzianek. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych opisywanych medalistów, Malec przed igrzyskami miał niewielkie sukcesy na koncie. Był mistrzem Uniwersjady i zdobywcą Pucharu Europy – poprzednika Pucharu Kontynentalnego.

Czech znienacka eksplodował z dyspozycją w lutym 1988 roku. W Kanadzie na skoczni normalnej po pierwszej serii prowadził Nykänen, a Malec był drugi. W rundzie finałowej świetny skok zaliczył reprezentacyjny kolega ówczesnego 26-latka, Pavel Ploc. Wyprzedził Malca, zostawiając mu olimpijski brąz.

Malec po igrzyskach po raz pierwszy w karierze zameldował się na podium konkursu Pucharu Świata. W marcu 1988 był trzeci na zawodach w norweskim Meldal. Pomimo życiowego sukcesu, cały sezon zakończył na 37. miejscu w klasyfikacji generalnej. W następnej było nieco lepiej (29. miejsce), ale ogółem wyniki miały się nijak do sukcesu sprzed kilkunastu miesięcy.

Historia czeskiego skoczka jest poniekąd smutna. Był jednym z pierwszych zawodników, którzy stawiali na styl V. Wówczas był on jednak piętnowany. Malec skończył karierę w 1991 roku, chwilę przed tym, zanim znany mu styl zyskał na popularności.

5
TONI NIEMINEN (Albertville 1992)

Do żadnego z bohaterów tekstu nie pasuje lepiej określenie „mistrz jednego sezonu”. Fin przed zimą 1991/92 miał na koncie zaledwie jeden start w konkursie Pucharu Świata. Nikt nie spodziewał się, że szesnastolatek z Lahti eksploduje z formą. Jeden rok sprawił, że stał się wschodzącą gwiazdą skoków, która jednak z biegiem lat szybko popadła w przeciętność.

Pierwszy konkurs olimpijskiego sezonu PŚ? Debiutanckie zwycięstwo. Pierwszy Turniej Czterech Skoczni? Triumf. Niepełnoletni skoczek był objawieniem zimowego sportu, stając się nagle faworytem do medalu na IO. I Nieminen te oczekiwania spełnił. Z Francji wywiózł trzy medale – dwa indywidualne złota i brąz drużynowy. Przeszedł do historii skoków, stając się najmłodszym zimowym mistrzem olimpijskim. Co więcej, po turnieju dorzucił dwa złota juniorskich mistrzostw świata i triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Sezon 1991/92 jawił się w złotych barwach. Następne były już „biedą z nędzą”, gdy zestawiano je z mistrzowskim okresem. Po 1992 roku tylko raz stał na podium konkursu PŚ, wygrywając zawody w Kuopio (1995). W klasyfikacji generalnej poza jedenastym miejscem w sezonie 1994/95, przeważnie lądował w trzeciej czy nawet szóstej dziesiątce. Poważne skakanie zakończył w pierwszych latach XXI wieku. Niecałe sześć lat temu, będąc po czterdziestce, Nieminen ogłosił powrót, ale po ośmiu miesiącach znów powiedział „dość”.

6
LARS BYSTOEL (Turyn 2006)

Norweg teoretycznie nie mieści się w ramy zestawienia, gdyż przed życiowym sukcesem był bardzo solidnym skoczkiem. Odnosił sukcesy z drużyną już w 2003 roku, gdy zdobył brąz na mistrzostwach świata. Z innymi nazwiskami łączy go jednak spadek formy po sukcesie i ogromny zjazd, prawdopodobnie największy spośród wszystkich wspomnianych w tekście sportowców.

Patrząc przez pryzmat Pucharu Świata, sezon olimpijski nie był najlepszy w wykonaniu skoczka z Voss. W nim jednak po raz pierwszy stał na najwyższym stopniu podium konkursu PŚ. Niemniej przed włoskimi igrzyskami przeplatał świetne występy przeciętnymi. Nierówność powodowała, że można było po nim oczekiwać wszystkiego i niczego. Wyszło na jego korzyść.

Bystoel „odpalił fajerwerki” w drugiej serii konkursu olimpijskiego na normalniej skoczni. Będąc szóstym po pierwszej turze, w następnej oddał drugi najdalszy skok zawodów. Objął prowadzenie, którego nie pozbawił go już nikt, nawet dotychczasowy sensacyjny lider Dmitrij Wasiliew. Na dużej skoczni było podobnie. Piąty po pierwszej serii, trzeci po drugiej. Dorzucając kolejny brąz z kadrą, Bystoel wyjeżdżał z Italii jako potrójny medalista.

Można powiedzieć, że wraz z końcem sezonu 2005/06 rozpoczął się zjazd Norwega. W następnej kampanii tylko trzykrotnie zdobywał punkty, w kolejnej pięciokrotnie. Z powodu słabej formy często startował w Pucharze Kontynentalnym (w sezonie 2007/08 był trzeci w klasyfikacji generalnej).

Z czasem na jaw zaczęły wychodzić demony skoczka. Bystoel od lat miał problemy z alkoholem, które w 2003 roku nieomal zabrały go do grobu, gdy wypadł z łodzi i zaczął tonąć. Ponadto zażywał marihuanę, za co dwanaście lat temu został zawieszony przez Norweską Komisję Antydopingową. W tym samym roku zakończył karierę.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.