Świetni raperzy nie zawsze zaliczają dobre debiuty. Oto przykłady

Zobacz również:5 dobrych rapowych numerów z 5 nie tak dobrych rapowych albumów
HOT 97 Summer Jam 2007
fot. Theo Wargo/WireImage

Zazwyczaj to właśnie pierwsze krążki wygłodniałych, wkraczających dopiero na scenę młodocianych MC’s stają się wraz z czasem niedoścignionymi wzorcami ich talentów. Kilka razy w historii hip-hopu zdarzyła się jednak sytuacja odwrotna i debiut okazał się dopiero rozbiegiem do skoku na styl, skillsy i solidną formę. Poniżej prezentujemy jedne z najbardziej jaskrawych przykładów takiego właśnie obrotu spraw.

1
The Genius - Words from the Genius (1991)

Gdy Genius, już pod aliasem GZA, nawijał na swoim - przez wielu postrzeganym za debiutancki - albumie Liquid Swords, że: Tommy ain't my motherfuckin' boy / When you fake moves on a n*gga you emploi, jego gorzkie, jadowite słowa dyktowały mu doświadczenia, które zyskał podczas premiery swojego pierwszego krążka - longplaya Words from the Genius. Szefostwo Cold Chillin Records, z którą to wytwórnią był podpisany jeszcze przed uformowaniem Wu-Tang Clanu, nie dość bowiem, że zupełnie nie promowało jego wczesnej płyty, to jeszcze forsowało na nim image pasujący do ksywki. Do sesji zdjęciowej miał założyć garnitur, na okładce zapisywać stary manuskrypt piórkiem, a w klipie rwać dziewczęta na inteligenta. I choć cały ten - w przeważającej części wyprodukowany przez legendarnego beatmakera znanego jako Easy Mo Bee - materiał nie był sam w sobie najgorszy, to w swoim oldschoolowym sznycie zupełnie niczym się nie wyróżniał i nie dziwi nas zupełnie, że przepadł w zalewie podobnych do siebie jak dwie krople wody, kolorowych produkcji przełomu lat 80. i 90. Całe szczęście więc, że wspólnie z tańczącym w tle Ol’ Dirty Bastardem, malującym dekorację Raekwonem i kochanym wówczas przez wszystkie ladies Prince'em Rakeemem - jak wówczas mianował się RZA - Genius dosyć prędko miał okazję odchorować te wydarzenia w przytulnie surowym i syfiastym sanatorium 36 komnat.

2
Mobb Deep - Juvenile Hell (1993)

Choć Prodigy z Havocem dosyć prędko porzucili swoją pierwszą, nieco kulawą nazwę Poetical Prophets, to ich ówczesna wytwórnia - label 4th & Broadway - nie skumała chyba, że to duo z Queensbridge nie nadaje się za bardzo na konkurencję dla… Kris Kross. Bo choć późniejsi autorzy tak klasycznych albumów jak The Infamous czy Hell on Earth nagrywając swój debiutancki materiał wciąż jeszcze byli nastolatkami, to zamiast nagrywać hity, łapali wówczas częściej za splifa, a zawsze przecież nośną tematykę damsko-męską sprowadzili prędko w okolice… dupska. I tak powstała płyta zupełnie żadna - ani chwytliwa, jak by tego chciał szybko zrywający z nimi kontrakt wydawca, ani harda - jak ich następne dokonania. Pozbawiona dusznego, wciągającego klimatu, dotkliwie wręcz paranoidalnej narracji i równie brutalnych jak poetyckich opowieści z getta, z których mieli zasłynąć już za niespełna dwa lata, a w kwestii bitów - poza pojedynczymi instrumentalami od Preemo i Large Professora - nudna, monotonna i rzemieślnicza.

3
Eminem - Infinite (1996)

Gdyby Dre nie wziął za chabet tego przećpanego, szalonego wychowanka z Detroit, kariera Marshalla Mathersa mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. I choć wcześniej zdradzał przebłyski geniuszu na płytach wydawanych pod szyldem klasycznego labelu Rawkus Records, to jego debiutancki krążek, wypuszczony przez Web Entertainment album Infinite w niczym nie zapowiadał nadejścia jednego z najbardziej uzdolnionych graczy w historii kultury hip-hopowej. Miałkie, generyczne bity, niczym nie wyróżniające się teksty pośród których takie wersy, jak Hetero sex, unaffordable medical debts / We travel in packs, unravelin' facts uchodziły za najmocniejsze punche, a wszystko to skąpane w monotonnej, 90s'owej atmosferze nowojorskiej złotej ery. I nie dziwi nas zupełnie to, że nikt o tej płycie nie pamięta, a w momencie swojej premiery sprzedała się w liczbie… 70 egzemplarzy.

4
Lil Wayne - Tha Block Is Hot (1999)

Choć debiutancki album Weezy’ego zyskał prędko w Stanach status platynowego, to kiedy słuchamy go dziś, po latach, przychylamy się opinii ówczesnych redaktorów rodzimej prasy hip-hopowej, którzy w czambuł potępiali właściwie wszystko, co ukazywało się na przełomie milleniów z charakterystycznym logiem Cash Money Records. Wystarczy bowiem posłuchać roztańczonego, latynoskiego szlagieru Respect Us, nieznośnie ckliwego Lights Off czy brzmiącego dokładnie tak samo jak setki innych ówczesnych numerów tracku Up To Me, żeby uświadomić sobie, że tak słabo Wayne wypadł tylko wówczas, gdy lata później postanowił nagrywać rocka na płycie Rebirth. Bo choć tytułowy numer z tego krążka stał się klasykiem, a odpowiedzialny za produkcję całości Mannie Fresh nawet w swoich chudszych latach - mówiąc oględnie - dawał radę, to gdyby nie plejada gości wspierająca Dwayne’a Michaela Cartera Jr’a - jak naprawdę nazywa się wychowanek Hot Boysów - na mikrofonie, Tha Block Is Hot nie dość, że nie byłoby gorące, to w ogóle niesłuchalne.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji ZA DALEKI ODLOT w co drugi czwartek od północy.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.