Drugiego takiego nie było i nie będzie. Wszystkie blaski i cienie Briana Clougha

Soccer - Football League Division Two - Nottingham Forest Photocall
Fot. Peter Robinson/EMPICS via Getty Images

Gdyby żył, kończyłby dziś 85 lat. Brian Clough odszedł już ponad 15 lat temu, a mimo tego wciąż znaczy na Wyspach bardzo wiele.

Podobno każdy, kto kiedykolwiek go spotkał, ma o nim anegdotę. Do dziś starsi kibice zastanawiają się, jak skomentowałby bieżące wydarzenia w świecie piłki i nie tylko. Bo przecież zawsze miał coś do powiedzenia, temat był sprawą drugorzędną. Menedżer, znakomity piłkarz, pasjonat futbolu, ekspert telewizyjny, ekscentryk, gawędziarz, motywator, słynny żartowniś i nie tylko. Brian Clough był dotknięty geniuszem. Wiedział jednak o tym i dawał o tym do zrozumienia wszystkim na około.

MENEDŻER OD POCZĄTKU

Jako piłkarz był najszybszym, który osiągnął barierę 250 goli ligowych. W barwach Middlesbrough i Sunderlandu robił prawdziwą furorę, ale w reprezentacji Anglii rozegrał tylko dwa spotkania w 1959 roku. Karierę przerwały mu zerwane więzadła w kolanie, kontuzja odniesiona w 1964 roku, kiedy miał dopiero 29 lat. Ale Clough wiedział, co chce robić. – Już jako piłkarz wszystkich ustawiał. Pamiętam, że gdy zremisowaliśmy w jednym z meczów 6:6, a on strzelił kilka goli, w bardzo bezpośredni sposób pytał obrońców, ile bramek muszą zdobyć napastnicy, by wygrać cholerne spotkanie – wspominał dawny kolega z Boro, Alan Peacock.

Tak paskudna kontuzja w tamtych czasach niszczyła kariery piłkarskie, więc wybór był jeden i Clough został menedżerem w Hartlepool. W wieku 30 lat był najmłodszym człowiekiem na tym stanowisku w lidze i szybko pokazał, że ma do tego dar. Klub, który pięć z wcześniejszych sześciu sezonów kończył na dwóch ostatnich miejscach w czwartej lidze, miał wieczne problemy finansowe i musiał ubiegać się o przywrócenie do Football League, pod jego wodzą dwukrotnie zajmował miejsca w środku tabeli. Nie uszło to uwadze działaczy Derby County, którzy w 1967 roku zatrudnili go w swoim klubie.

To tam Clough zaczął pokazywać całej Anglii, że ma niezwykłą umiejętność, by z klubów małych rozmiarów robić kluby średnie, a potem duże. Gdy zaczynał pracę na Pride Park, kibice nie zaznali gry w First Division od 1953 roku i raczej oglądali zespoły bijące się o utrzymanie w drugiej lidze. Clough i jego asystent Peter Taylor to zmienili. Zaczęli od przebudowy i sprowadzenia takich graczy jak Roy McFarland (to ten, po wejściu którego Włodzimierzowi Lubańskiemu w Chorzowie strzelą więzadła), John O'Hare czy doświadczeni Dave Mackay i Willie Carlin.

Z jedenastki, jaką zastał, ostało się ledwie kilka nazwisk i efekt tej rewolucji był piorunujący. Już w sezonie 1968/69 Derby wygrało Second Division, osiągając po drodze serię 22 meczów bez porażki. Później w pierwszym sezonie po awansie do elity Barany zajęły czwarte miejsce – najwyższe od 20 lat – i o Cloughie zrobiło się bardzo głośno. Szczególnie, kiedy okazało się ponadto, że wystarczy podstawić mu pod nos mikrofon, a dostanie się gotowy nagłówek.

GettyImages-930158558.jpg
Fot. Monte Fresco/Mirrorpix/Getty Images

Pierwsze trofeum wywalczył już w 1972 roku i okoliczności jego zdobycia przeszły do historii. Derby County skończyło już granie i sztab trenerski oraz piłkarze zgodnie z planem po ostatniej kolejce wybrali się na wakacje na Majorce. Tam oczekiwali wieści na temat wyścigu o mistrzostwo Anglii. Swoje zrobili – po rozegraniu wszystkich spotkań zajmowali pierwsze miejsce. Jednak gdyby Liverpool wygrał z Arsenalem, zostałby mistrzem. Leeds z kolei wystarczył remis z Wolverhampton. Nic nie leżało w rękach piłkarzy Clougha, więc ci już odpoczywali. W tamtych czasach informacje spływały wolniej i Taylor wisiał na linii telefonicznej w oczekiwaniu na wieści o wynikach, jednak połączenie padło i wszyscy musieli czekać do kolejnego dnia, by o swoim losie dowiedzieć się z prasy.

– Nie wiedzieliśmy, co się stało, ale widok reporterów i telewizyjnych kamer o poranku w hotelowym lobby szybko rozjaśnił sprawę – wspominał potem Clough. Leeds przegrało z Wolverhampton, a w meczu Liverpoolu z Arsenalem padł remis. Piłkarze Derby zostali mistrzami Anglii po raz pierwszy w historii klubu i dowiedzieli się o tym w hotelu. Ten szybko zamienił się w imprezownię.

POŻEGNANIE I TUŁACZKA

W końcu jednak opuścił ukochane Derby po konflikcie z prezesem klubu Samem Longsonem. Ten – chyba całkiem słusznie – uznał, że Clough stał się większy niż klub. Mówiąc o Baranach wszystko zaczynało i kończyło się na osobie menedżera i choć wyniki były świetne, trzeba było się rozstać. Longsonowi przeszkadzało też, że Clough tak często wypowiada się w telewizji i niemal zamienił boisko treningowe na studio. Riposta trenera była cięta, błyskotliwa i jakże dla niego typowa: – Dziwię się, że ludzie, którzy nie chcą, bym się tak często wypowiadał, sami nie potrafią złożyć dwóch słów ze sobą.

Relacje Clougha i Longsona się zepsuły, delikatnie rzecz ujmując. Znany z dramatyzowania i wybuchowości trener co kilka tygodni składał wypowiedzenie, a potem zmieniał decyzję, ale prezes w końcu miał dość. Gdy Clough zrobił to ponownie, po prostu przyjął je i na tym zakończył ten związek.

Fani byli wściekli, wielu domagało się przywrócenia duetu Clough i Taylor. Zorganizowane zostały protesty, a plotka głosi, że podczas przygotowań do jednego z nich Clough widziany był wśród tłumu ubrany w płaszcz z wysokim kołnierzem i okulary. Gdy jeden z organizatorów do niego podszedł, ten szybko uciekł, ale później widziano tak samo wyglądającego człowieka w zaparkowanym samochodzie i Don Shaw, dowodzący manifestacjami, na własne oczy ujrzał, że to właśnie Clough. Pojawiał się też na meczach i słysząc okrzyki na swoje poparcie wstawał z krzesełka i machał w stronę kibiców, jeszcze bardziej złoszcząc siedzącego w loży Longsona. Nawet w takim momencie musiał karmić swoje ego. Wiedział jednak, że lud go kocha i uwielbiał to uczucie.

Później był krótki pobyt w Brighton – właściwie bardziej wakacje niż praca. Mewy grały wtedy ledwie w trzeciej lidze i menedżer, który dopiero odpadał w półfinale Pucharu Europy z Juventusem, nagle mierzył się z ekipami pokroju Aldershot, Grimsby Town, Walsall czy Southport. Clough poprowadził zespół w ledwie 32 meczach, wygrał tylko 12 z nich i Brighton skończyło na 19. miejscu – ledwie dwa nad strefą spadkową. Właściciele nieźle płacili, jednak Clough wiedział, że szybko wróci na wyższe szczeble. Czekał tylko na odpowiednią okazję.

Ta przyszła z niespodziewanego miejsca, bo z Leeds. Ale jego pobyt był tam nawet krótszy niż w Brighton. 44 dni, które Clough spędził na stanowisku menedżera tego klubu, przeszły do legendy, a całą historię dobrze ukazuje film „The Damned United” oparty na książce o tym samym tytule, choć Clough i jego rodzina jej nie znosili i utrzymywali, że przedstawia nieprawdziwy obraz.

Zespół po zdobyciu kolejnego mistrzostwa właśnie opuszczał Don Revie, który obejmował reprezentację Anglii po przegranych z Polską eliminacjach MŚ 1974. Jego następcą niespodziewanie został Clough, który w przeszłości krytykował Leeds, Reviego i styl gry zespołu. Publicznie oskarżał ich o brudne sztuczki i oszustwa podczas wizyt w programach piłkarskich, przydomek „Dirty Leeds” nie wziął się przecież z niczego. Władzom klubu zależało jednak na tym, by ściągnąć go na Elland Road.

Clough nigdy nie znalazł wspólnego języka z piłkarzami. Już na pierwszym treningu dosadnie powiedział kilku z nich, co o nich myśli, a także padło słynne zdanie: – Możecie wyrzucić wszystkie wasze medale śmieci, bo żadnego nie wygraliście uczciwie.

Nic dziwnego, że po sześciu meczach, z których wygrał tylko jeden, został zwolniony. Legendarne było też jego wystąpienie w telewizji tego samego wieczora, gdy stracił pracę. Lokalna stacja zaprosiła Clougha oraz Reviego, obaj panowie sprzeczali się i wyraźnie zaznaczali różnice w podejściu do prowadzenia przez siebie drużyny. Młodszy i mniej doświadczony Brian próbował przekonywać swojego rozmówcę, że da się wygrać ligę jeszcze lepiej niż zrobił to on, bo w ładniejszym stylu. Między wierszami sugerował jednak, że nie chodzi tyleż o atrakcyjną grę, co brak brudnych i brutalnych zagrań. Revie kipiał, a Clough obskakiwał go wielokrotnie, bo przed kamerą czuł się znacznie lepiej.

BÓG NOTTINGHAM

Po tych dwóch krótkich przygodach znów zszedł do niższej ligi i przejął drugoligowe Nottingham Forest. I to właśnie tam stał się prawdziwie wybitnym menedżerem.

Tę historię zna każdy fan angielskiej piłki. Clough zaczął od ponownego połączenia sił z Taylorem, którego nie było z nim w Leeds i obaj wzięli się ostro do pracy. Zaczynali w styczniu 1975 roku i pierwszym celem było utrzymanie w drugiej lidze. Udało się, a rok później skończyło się już ósmym miejscem. Z awansu Forest cieszyło się na koniec sezonu 1976/77 i to była prawdziwa winda w górę.

1977 – awans do First Division

1978 – mistrzostwo Anglii jako beniaminek i triumf w Pucharze Ligi

1979 – wicemistrzostwo, kolejny Puchar Ligi i zwycięstwo w Pucharze Europy po ograniu Malmö w finale

1980 – obrona Pucharu Europy w finale przeciwko HSV

Przez trzy lata liczące wtedy ćwierć miliona mieszańców Nottingham było stolicą angielskiego i europejskiego futbolu. Mały klub, który wcześniej zdobywał jedynie dwa razy FA Cup w 1898 i 1959 roku, nagle stał się postrachem wielkich. W Pucharze Europy Forest eliminowało takie kluby jak Liverpool, mocne wówczas FC Köln czy Ajax Amsterdam. W lidze biło kolejne znane firmy, grając przy okazji ładnie, a nie w typowym dla tamtych czasów stylu "kick and rush".

Clough miał niesamowite oko do talentów. Znakomicie rozwijał piłkarzy i umiał wyciągnąć z tych przeciętnych więcej niż maksimum. Znakomicie przemawiał i przede wszystkim wiedział, w jakie tony uderzyć. – Mógł wybaczyć ci złe przyjęcie piłki albo niecelny strzał. Ale jeśli nie dałeś z siebie wszystkiego, było po tobie – wspominał John McGovern, który przeszedł z nim całą drogę od Hartlepool przez Derby do Nottingham. – Nieraz pogłaskał, a nieraz powiedział ci coś takiego, że kładłeś po sobie uszy. Ale wtedy miałeś ochotę wyjść i udowodnić mu, że się myli – dodawał Martin O'Neill. Wówczas jeszcze piłkarz, a potem menedżer, który zawsze podkreślał, że Clough miał niebagatelny wpływ na to, że właśnie taką drogę wybrał.

Ale oko też go nieraz zawodziło. To właśnie Forest przeprowadziło pierwszy w historii transfer za milion funtów, sprowadzając w lutym 1979 roku Trevora Francisa z Birmingham City. Kariery w klubie nie zrobił, a bardziej pamiętna od jego występów okazała się scenka z prezentacji. Clough spieszył się na partyjkę squasha, dlatego z dziennikarzami spotkał się już przebrany w błyszczący czerwony dres i z rakietką w dłoni – w taki sposób przedstawił rekordzistę i nowego snajpera klubu. Wszystko było mu jednak wolno.

GettyImages-830412386.jpg
Fot. PA Images via Getty Images

Jego wpływ wykraczał w Nottingham daleko poza boisko. Po sukcesach w pierwszych sezonach dorobił się statusu kogoś nietykalnego. Miasto uwielbiało Clougha, a on spędził w nim 18 lat. Władze Forest miały do niego pełne zaufanie. Menedżer odpowiadał za wszelkie ruchy transferowe i decyzje kadrowe. Zdawał sobie sprawę z tego, jak wielkie ma poparcie. Kiedy sprowadzony za milion funtów z Norwich City Justin Fashanu spisywał się kiepsko po transferze, rozważał odejście z Forest. Podczas rozmowy z Cloughem powiedział, że wciąż się waha. – Nie wiem, czy Bóg chce, bym zmieniał klub – powiedział. – W Nottingham jest tylko jeden Bóg. I on uważa, że powinieneś odejść – odparł Clough.

Ale popularność, jaką się cieszył zawdzięczał też zwykłym, ludzkim gestom. Słynna jest historia o tym, jak pewnego razu 27-letni mężczyzna chciał skoczyć z mostu w Nottingham i policja próbowała go przed tym powstrzymać. Mostem przejeżdżał jednak Clough i poruszony sceną, wysiadł z samochodu i sam chciał z nim rozmawiać. Okazało się, że udało mu się przekonać mężczyznę do zejścia z barierki. Menedżer Forest odwiódł go od samobójstwa i od lokalnego dziennika „Evening Post” otrzymał za to nagrodę Obywatela Miesiąca w mieście.

WZLOT I UPADEK

Ale historia Briana Clougha to nie historia samych sukcesów. Jak każda dobra opowieść, musi mieć ciemniejsze epizody i tak samo było w jego przypadku.

Szczególnie warta przypomnienia jest historia relacji z Taylorem. Obaj byli nierozłączni przez długie lata i znakomicie się uzupełniali, a jeden drugiemu mnóstwo zawdzięczał. Clough był mistrzem monologów, kochał media z wzajemnością. Taylor był z kolei specem od krótkich ripost i łagodził temperament swojego współpracownika. Cieszył się jego szacunkiem również z racji wspólnej gry jeszcze w Middlesbrough oraz wieku, bo był siedem lat starszy. Niespodziewanie jednak w roku 1982 zdecydował się zakończyć karierę trenerską.

Od tego czasu już nic w karierze Clougha takie samo. Ich relacje psuły się już wcześniej, kiedy Taylor potajemnie napisał książkę, w której zdradził kilka rzeczy zza kulis. To nie zostało dobrze przyjęte. Ale gdy sześć miesięcy po rzekomym przejściu na emeryturę zgodził się objąć Derby County, Clough się obraził na amen. Gdy ich zespoły spotkały się w FA Cup w 1983 roku, panowie nie podali sobie dłoni. Czarę goryczy przelało wykupienie przez Derby kilka miesięcy później Johna Robertsona z Nottingham bez poinformowaniu o tym Clougha. Obaj od tego czasu komunikowali się tylko za pośrednictwem tabloidów i niegdyś wielka przyjaźń przerodziła się we wrogość.

Clough nadal radził sobie z Forest dobrze, ale daleko było mu do sukcesów z lat 1977-80. Trzy trzecie miejsca, półfinał Pucharu UEFA, dwa Puchary Ligi, finał tych rozgrywek oraz finał FA Cup – tak wyglądały najlepsze osiągnięcia klubu przez 10 lat od rozstania z Taylorem. To ostateczne nastąpiło w 1990 roku. Wówczas wieloletni asystent Clougha zmarł i dotarło do niego, że pozwolił własnemu ego wygrać z przyjaźnią. Bliscy menedżera Forest mówili, że śmierć Taylora uderzyła go bardzo mocno. Zaczął jeszcze więcej pić i choć nigdy nie przyznał tego publicznie, zżerała go myśl o tym, że nigdy się nie pogodzili. Nie potrafił sobie tego wybaczyć.

Clough przegrywał coraz częściej na boisku, ale i z sobą samym. Jego największym demonem był alkohol, od którego nie stronił od początku lat 70. i który po latach nadużywania w końcu zaczynał brać na nad nim górę. Słynną anegdotę o spotkaniu z nim opowiedział Dean Saunders, którego Forest próbowało w tamtych czasach sprowadzić i choć jest ona zabawna, to można odczytywać ją także w gorzki sposób. Clough wówczas, zupełnie pijany, próbował przekonywać walijskiego napastnika do przyjścia do klubu, chodził przed nim na czworakach, wyzywał jego agenta i obdarowywał kwiatami. Brzmi śmiesznie, ale i smutno.

Całość Saunders przytoczył kilka lat temu na antenie radia talkSPORT.

Mimo podupadającego zdrowia i nałogów, Clough nie stracił swojego ludzkiego dotyku. Doskonała opowieść, która to potwierdza, dotyczy Stuarta Pearce'a, który był kapitanem Forest i w 1987 roku zadebiutował w reprezentacji Anglii.

Po powrocie ze zgrupowania Clough najpierw zapytał swojego piłkarza, jak ocenia swój pierwszy mecz w kadrze. Pearce, pękający z dumy, powiedział, że jego zdaniem było dobrze. Menedżer stwierdził jednak, że grał dramatycznie i nazwał go oszustem. Zdumiony piłkarz nie wiedział, o co chodzi, na co Clough wyjął program meczowy z poprzedniej kolejki i wskazał na reklamę firmy o nazwie Stuart Pearce Electrics, pytając, co to jest. – To rodziny biznes, który pomagałem prowadzić, kiedy grałem jeszcze amatorsko – powiedział Pearce. – Więc jeśli moja żona zadzwoni pod ten numer, że zepsuła się jej lampa w mieszkaniu, odbierzesz telefon? – naciskał Clough. – Nie. Odbierze mój brat – bronił się piłkarz. – Jesteś więc oszustem! Tu jest twoje nazwisko – krzyczał trener.

Ku zdumieniu wszystkich w szatni wyjął wówczas reklamówkę, z której wyciągnął żelazko i powiedział: – Jeśli jesteś tak dobry, że się reklamujesz, trzymaj. Żelazko mojej żony się zepsuło. Napraw je na sobotę albo nie zagrasz.

Pearce zabrał je i w sobotę kilka godzin przed meczem przyniósł już działające. Clough pochwalił go, podziękował i zawodnik wyszedł jak zawsze z opaską kapitana na boisko. Cała ta scenka miała na celu sprowadzenie Pearce'a na ziemię i zapobieganie przed tym, by po debiucie w reprezentacji Anglii nagle nie poczuł się lepszy od kolegów w szatni.

SŁODKA-GORZKA SYMFONIA

Trenerska historia Clougha była słodko-gorzka i tak się również zakończyła. Swój ostatni mecz poprowadził na koniec rozgrywek 1992/93, już w lidze rozgrywanej pod szyldem Premier League. Pełny stadion kibiców żegnał go przez całą końcówkę sezonu, ale najbardziej pamiętny był mecz z Sheffield United - ostatni u siebie. Jego klub musiał wygrać, by mieć szansę na utrzymanie. Przegrał jednak 0:2, lecz mimo tego on co chwilę odwracał się do fanów, pokazywał kciuk uniesiony w górę i uśmiechał się. Po końcowym gwizdku wzruszony Clough odbierał kwiaty i próbował się jeszcze przekomarzać z dziennikarzami, ale był już wyraźnie pod formą.

Znaną wszystkim promienność i błysk w oku zamienił obraz mężczyzny schorowanego, zmęczonego życiem i długoletnią pracą w piłce. I tyle charakterystyczny zielony sweterek pozostał ten sam. Clough żegnał się więc jako menedżer, który spadł z Premier League, jednak wszyscy zapamiętali go inaczej i nikt w Nottingham nie śmiał mieć do niego pretensji.

GettyImages-460238320.jpg
Fot. David Cannon/Allsport/Getty Images

Po zakończeniu kariery walczył z chorobami i alkoholizmem, wciąż wypowiadał się w mediach i do śmierci pisał felietony dla FourFourTwo. W mieście, w którym spędził blisko dwie dekady postawiono mu pomnik - nie przed stadionem, jak wielu trenerom czy piłkarzom, a w centrum Nottingham. W końcu to on umieścił Forest i całe miasto na mapie.

Clough zmarł 20 września 2004 roku. 20 miesięcy wcześniej przeszedł przeszczep wątroby, który trwał blisko 10 godzin, ale przez kiepski stan zdrowia miał niskie szanse powodzenia. Przez pewien czas nastąpiła poprawa, a ostatecznie przyczyną śmierci okazał się rak żołądka. W świecie piłki zapanowała wielka żałoba. W kraju został zapamiętany jako "najlepszy menedżer, którego Anglia nigdy nie miała". Wszystko dlatego, że choć przez całe lata 80. było wielu zwolenników takiego pomysłu, nigdy nie poprowadził reprezentacji. - FA bała się, że nie będę ich słuchał i sam będę dowodził tym przedstawieniem. To, że mnie nie zatrudnili, było ich świetną decyzją. Mieli bowiem rację - w swoim stylu komentował.

Ale to tylko dodaje mu wyjątkowości. Ponad 16 lat temu futbol na Wyspach stracił swoją najbarwniejszą postać, ale pamięć o nim wciąż jest żywa. Nie ma się czemu dziwić. Drugiego Briana Clougha już nigdy nie będzie.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i amerykański wyznaczają mu rytm przez cały rok. Na co dzień komentator spotkań Premier League w Viaplay. Pasję do jajowatej piłki spełnia w podcaście NFL Po Godzinach.