Szefowa agencji Bashesh i menadżer EABS o awanturze wokół Funduszu Wsparcia Kultury

Błoto/EABS
fot. Ola Bodnaruś

Po publikacji listy beneficjentów przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego rozpętało się piekło. Sprawie poświęciliśmy już artykuł Miał być rekompensatą, wywołał burzę. Prześwietlamy regulamin Funduszu Wsparcia Kultury, ale oddajemy też głos zainteresowanym.

O kontrowersjach, meandrach i procedurach rządowej pomocy kierowanej do sektora kultury porozmawialiśmy z Martą Nizio i Sebastianem Jóźwiakiem.

1
Sebastian Jóźwiak (Astigmatic Records)
Sebastian Jóźwiak
fot. Ola Bodnaruś

Chłopaki z zespołów (EABS, Błoto - przyp.red.) poprosili mnie o złożenie wniosku, bo kiedy w grze są pieniądze mogące uratować naszą działalność, w czasie gdy nie możemy wykonywać naszej pracy, a żyjemy głównie z grania live - warto z tego Funduszu skorzystać. Nie zrobienie tego byłoby grzechem, ale przyznaję, że kiedy czytam różne opinie ludzi w internecie, również tych interesujących się branżą na poziomie profesjonalnym - znających statystyki i regulaminy - to mam pewne wątpliwości.

W naszym przypadku wyglądało to tak: jestem menadżerem, który ma firmę, złożyłem wniosek, wpisałem w nim dane z księgi przychodów i rozchodów za 2020 oraz za rok ubiegły, a program wypluł mi określoną kwotę, którą i tak ostatecznie pomniejszyłem, licząc ile podmiotów załapie się na pomoc, jeśli podzielimy taką samą kwotę przez 400 milionów. Oprócz tego, nie spodziewałem się przyznania 100% kwoty. Wnioskowałem do Instytutu Muzyki i Tańca, który zajmował się tymi sprawami, a w czasie składania wniosku, który składałem mniej więcej tydzień, wielokrotnie pytałem też pomocne panie w IMIT, czy aby na pewno koszty, które zamierzam wpisać do wniosku są kwalifikowane. Pozornie był to prosty wniosek, ale jak ktoś nie jest biegły w grantach to wcale nie jest takie oczywiste. A jak wiadomo, my z grantów nie żyjemy.

Nie licząc tarczy antykryzysowej jest to pierwsza rządowa pomoc po jaką się zgłosiliśmy. Nie braliśmy udziału w programie Kultura w sieci, bo uważam, że projekt napisany na kolanie nie może mieć odpowiedniej jakości. Jestem świadom, ile trzeba włożyć czasu w wymyślenie konceptu i nagranie płyty, a także w przygotowanie jakościowego i wartościowego projektu, który miałby być zaprezentowany online.

Wątpliwości co do przyznanych pieniędzy

Zastanawiam się, czy nam te pieniądze są faktycznie przeznaczone. Wpisywałem trwałe koszta: ZUS, księgowość, etc. - coś, czego pokrycie pozwala na normalne funkcjonowanie firmy. Poza tym uwzględniłem wynagrodzenia dla artystów. Poza nimi, w kosztach kwalifikowalnych nie mam nikogo poza realizatorem dźwięku, bo my sobie sami nie organizowaliśmy koncertów, więc w tym momencie całe produkcyjne zaplecze odpada.

Składając wniosek wiedziałem, że będzie to podlegało audytowi - muszę mieć przecież kwity. Wypełniłem formularz, wypluło mi kwotę 244 tys. zł z groszami, a zamierzałem składać na wysokość 160 tys., bo uważałem, że ta sugerowana jest za duża. Ostatecznie wpisałem 200 tys., bo pamiętałem, że Instytut Adama Mickiewicza działał w ten sposób, że przyznawał 50% tego, o co się starałeś. Liczyłem więc na to, że dostanę 100 tys., a okazało się, że dostałem 100% wnioskowanej kwoty. Moja suma na liście jest równa, bo ustawiona z palca - jak ktoś ma wpisaną kwotę z dokładnością po przecinku to pewnie wnioskował o sugerowane maksimum.

Nie wierzyłem, że cokolwiek dostaniemy, jeszcze biorąc pod uwagę polityczność, bo my stoimy jednak po stronie krytykujących rząd i się z tym nie kryjemy. Myśleliśmy, że jakby ktoś faktycznie się nad tym zaczął pochylać, to nie byliśmy pierwsi w kolejce do tego tortu.

Zbyt szybkie decyzje i wady Funduszu Wsparcia Kultury

Wszystko było robione na szybko, na kolanie, z tych powodów odpuściliśmy przecież udział w Kulturze w sieci, bo wykminienie czegoś poza koncertem online w ciągu 7 czy 10 dni jest niemożliwe. Chociaż po fakcie widzę, że powstało też wiele wartościowych projektów, głównie tych, które mówią o branży i o tym, jak w niej działać. Dużo można się dowiedzieć i polepszyć swój warsztat. Brzydzę się natomiast skokami na granty, a to jest swego rodzaju skok na grant. Od komentarzy, które się mnożą w internecie, głoszących że fajnie, że dostaliśmy ten hajs, bo trafia on też do ludzi zajmujących się faktycznie kulturą wcale nie poprawia się nastrój. Tu się raczej zapala lampka ostrzegawcza - czy jak ja rozdzielę ten hajs na cały mój zespół po równo to nie będzie z tego powodu problemów, bo ja ich przecież fizycznie nie zatrudniam na umowę o pracę tylko na umowę o dzieło. Czyli na śmieciówkę. Tak działa nasza branża. Tak państwo ułatwia bycie artystą w realiach rynkowych. Nie mówiąc już o działaniu w gatunku jakim jest jazz.

Żeby ktoś nie odebrał tego, że nagle przytuliliśmy jakiś wielki hajs. W kosztach kwalifikowalnych wpisanych we wniosku widnieje 8 osób, więc po odjęciu podatków to wyjdzie około 25 tys. na głowę, które teoretycznie mógłbym wypłacić ludziom w wynagrodzeniach, a faktycznie jeszcze mniej po odjęciu podatków itd. Nie gramy przez najbliższe pół roku to wychodzi mniej więcej 4 tys. miesięcznie na przeżycie, co jest przyzwoitą stawką, ale nie zapominajmy, że my nie zagraliśmy tylu koncertów co w ubiegłym roku, więc to bardziej zasypywanie dziury niż inwestycja na przyszłość. Każdy potrzebuje na czynsz, jedzenie i jakieś tam nieduże koszty stałe. W ocenie przeciętnego zjadacza chleba wygląda to na sprawiedliwą sytuację, prawda?

Nie wiem, jak ocenią nas inni, jeśli ostatecznie by się nam taka pomoc należała. Muzyka jazzowa nie leci na okrągło na playlistach mainstreamowych radiowych rozgłośni, więc z ZAIKS-ów chłopaki za bardzo nie żyją. Co prawda, w tym roku wydaliśmy 3 płyty, ale zanim te pieniądze spłyną z rynku to też minie trochę czasu. Poza tym jest to dla nas kieszonkowe w stosunku do tego, co przynosi działalność live. Ktoś powie, że warto postawić na dywersyfikację dochodów - zgadzam się. Jednak łatwo się mówi, gorzej sprawnie zrealizować.

Program potrzebny, ale źle rozegrany na poziomie systemowym

Myślałem, że obliczę te koszty kwalifikowalne, zaliczki na wynagrodzenia i w ramach refundacji pieniądze wrócą do firmy, a jedynie 50 tys. do końca roku trzeba będzie wydać. I na umowach wydam całe te pieniądze jako pomostowe, pieniądze na przetrwanie dla artystów - muzyków jazzowych. Zrobię tak, jeśli będę miał 100-procentową pewność, że nikt nie będzie podważał tego sposobu rozdysponowania pieniędzy. Bo jeśli okaże się, że robiony na szybko program został źle zinterpretowany w ramach niesprawiedliwie rozdzielonego programu, a ja źle przeanalizowałem regulamin według turbo kapitalistycznych i neoliberalnych zasad, których nie uznaję, to będzie kiepsko. A panie z Instytutu Muzyki i Tańca, podobnie jak panie z ZUS-u przy okazji tarczy antykryzysowej, odpowiadały na pytania, ale same często nie wiedziały, czy odpowiadają dobrze. Może się okazać, że mój wniosek jest złożony niezasadnie i ja wtedy wstrzymam się od przyznania mi jakichkolwiek pieniędzy, bo po pierwsze - nie chcę odpowiadać karnie, a po drugie - nie chcę sobie robić sobie czarnego PR-u. To jest gorsze niż brak tych pieniędzy.

Oglądając wniosek podejrzewałem, że coś tu nie gra, bo ja się w nim uzewnętrzniam na podstawie mojej księgi przychodów i rozchodów, więc ktoś z ministerstwa może czarno na białym zobaczyć, jaki kultura miała udział w gospodarce, jakie miała wyniki licząc tych, którzy składali dane za 2019 i 2020. Widzą, jaki jest obraz strat w tej branży. Posiadam przeważające punkty PKD o reprezentowaniu artystów. We wniosku wysyłanym do ministerstwa było łatwiej niż przy tarczy, bo tutaj była możliwość wypisania szeregu punktów, a nie tylko wpisanie tego przeważającego. Ten program sugeruje pewną wygraną na COVIDZIE - miałeś hossę w 2019 i bardzo zły 2020, to ten 50% próg jest w takim przypadku bardzo zadowalający.

Największa patologia?

Błędem jest rozdawanie pieniędzy na zasadzie przychodów netto i strat, bo one nie liczą realnego zysku. Łatwo oprzeć te działania na zasadach turbokapitalizmu i neoliberalizmu, czyli raka toczącego polską politykę od lat - bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Nie ma u nas wykształconej solidnej klasy średniej, przez co nie ma odpowiedniego balansu, a potem ludzie patrzą innym do kieszeni, robi się syf. I tutaj tego zabrakło, bo więcej podmiotów mogło dostać mniejsze kwoty np. po 200 tys. złotych, wtedy byłoby sprawiedliwiej, bez tak znaczących różnic. Zresztą nie jestem specjalistą od wymyślania tych programów. Jestem socjalistą i chętnie dałbym każdemu po równo, a już najlepiej, żeby każdy mógł sam składać wniosek i oświadczenia, np. na podstawie PIT z 2019 oraz zysków w COVID-owym okresie w 2020, wtedy każdy by mógł zobaczyć ile jest stratna jednostka i czy można takiej pomóc czy nie. To też powodowałoby odgórny odsiew tych, którzy z moralnych powodów mogliby nie wnioskować, ponieważ mają duże oszczędności, tak jak zrobił to Taco Hemingway.

Fatalna organizacja pułapką na beneficjentów?

Mam działalność jednoosobową, nie zatrudniam na umowę o pracę, mam 8 osób w kosztach kwalifikowalnych, za co odprowadziłem przecież podatki. Jeśli mówimy o zysku, to moja firma generuje dla mnie iluzorycznie duże przychody, bo moje zyski stanowią może 15% z tych przychodów - muszę zapłacić całej grupie muzyków, którzy tę pracę zrealizowali. Mogę mieć 500 tys. przychodu za cały rok, ale zarobić tyle, żeby nie przekroczyć nawet progu podatkowego wchodzącego na 32-procentowy próg podatkowy.

Brałem udział w tym programie po to, żeby utrzymać zespoły, bo jak muzyk nie będzie miał za co żyć, to pójdzie w końcu do innej roboty i nie będzie już szansy na uczestniczenie w próbach i nagrywanie albumów. W ten sposób rozpadnie się moja firma. Ludzie zaczęli do mnie dzwonić i gratulować mi, jakby te 200 tys. to były moje pieniądze, a ja jeszcze nic nie podpisałem, nie ma hajsu na koncie. Dwa - wnioskowałem o pomoc dla artystów w mojej stajni i tak też zapewniano mnie w Instytucie Muzyki i Tańca, bo pytałem, czy mogę tak zrobić. Szczerze? Teraz bardziej się boję dostać te pieniądze.

Jestem nauczony oszczędnego życia - gdybym dostał znowu zwolnienie z ZUS-u i pomoc z tarczy antykryzysowej, czyli poza kosztami prowadzenia firmy, miałbym np. najniższą krajową to zacisnąłbym pasa, żył z oszczędności i przetrwał te kilka miesięcy. Na wiosnę się udało, każdy z naszego obozu dostał pomoc finansową i przetrwaliśmy. Ja Funduszu Wsparcia Kultury nie traktuję jako pieniędzy, za które mamy wystawnie żyć, ale takich, które zagwarantują pokrycie podstawowych potrzeb i przetrwanie. Nie chcę przyjmować hajsu za nic, tylko móc robić dalej koncerty i z tego zarabiać. Regulamin programu jest bardzo dziwny i nie wiem, czy da się to w taki szybki sposób sensownie ogarnąć. Nikt nie otwiera jeszcze szampana, nie sądzę, czy będzie nawet wtedy, kiedy pieniądze zostaną oficjalnie przyznane. Najchętniej wrócilibyśmy po prostu do pracy.

2
Marta Nizio (Bashesh)
Marta Nizo Galeria.jpg

Wniosek

Samo ogłoszenie listy beneficjentów nie oznacza, że te podmioty otrzymają pieniądze. Po opublikowaniu listy mieliśmy dostać jeszcze umowy przez system Witkac. Ponownie trzeba będzie tam wpisać koszty i projekty, które chcesz pokryć oraz utracone przychody – nie zyski – między marcem, a końcem roku.

We wniosku podawałeś przychód netto ze sprzedaży usług związanych z działalnością kulturalną w dziedzinie teatru, muzyki i tańca oraz usług wspomagających tę działalność przez organizację zaplecza technicznego. Kolejno chodziło o stan na 11 marca, 31 sierpnia i 31 grudnia 2019 roku, a dalej – analogiczne okresy w bieżącym roku. W przypadku naszej agencji – wpisywałam tylko przychody dotyczące koncertów i organizacji zaplecza koncertowego. Nie mogłam więc podać prowizji z koordynacji współpracy z marką czy obsługi umowy ze ZPAV.

Wzięłam po prostu książkę przychodów i rozchodów, żeby rozpisać faktury z badanych okresów. Na tym etapie należało wykluczyć koszty opłacone z innych funduszy pomocowych, co również łatwo zweryfikować podczas audytu ponieważ należy prowadzić osobną ewidencję dla wydatkowanych kosztów. Jeżeli ktoś tam wpisał to, co zarobił z działalności wydawniczej albo ze sprzedaży ciuchów oznacza, że nie zapoznał się z wytycznymi.

Algorytm

Część danych wypełniało się samemu, a część wyliczał algorytm na podstawie tego, co sam jako wnioskodawca wyciągałeś z książki przychodów i rozchodów według jasno określonego klucza. Wrzucałeś to w określone miejsca, a automat wyliczał spadek ze sprzedaży określonych usług i pokazywał wysokość utraconych przychodów. To algorytm porównywał analogicznie te okresy. Od sumarycznej kwoty odliczane było wsparcie otrzymane wcześniej ze środków publicznych.

Dalej – otrzymywałeś informację o jaką kwotę wsparcia możesz się starać, czyli 50 procent utraconych przychodów i tę sumę wyliczał automat. W Bashesh wyszło nam 1 185 00 złotych, ale później trzeba było wskazać wysokość rekompensaty, o który się ubiegasz. Wpisałyśmy mniej niż połowę, ponieważ uwzględniałyśmy tylko koszty kwalifikowalne oraz rozpisałyśmy projekty, które jesteśmy w stanie zrealizować do końca roku, a które spełniają kryteria FWK. Należało również wskazać liczbę zatrudnionych osób w porównywanych okresach na poszczególnych rodzajach umów – zarówno o pracę, jak i cywilnoprawnych. Następnie opisywało się wpływ otrzymanego wsparcia na utrzymanie poziomu zatrudnienia. Czyli w naszym przypadku - dzięki wsparciu zachowamy zatrudnienie na wcześniejszym poziomie, a ponadto zatrudnimy tyle i tyle osób na umowy zlecenia do realizacji poszczególnych projektów, które nie dotyczą topowych artystów.

Weryfikacja

Do 15 stycznia 2021 roku należy rozliczyć się z wydanych pieniędzy. Ponadto jest obowiązek trzymania papierów przez okres pięciu lat i w razie kontroli przedstawienia pełnej dokumentacji. W Przypadku niewywiązania się z tego obowiązku może zostać naliczona kara w wysokości 10% wsparcia za każdy przypadek naruszenia.

W ewidencji wydatków będę wpisywała – jak przy innych programach grantowych czy pomocowych – taka kwota na podstawie umowy czy faktury dla takiego pracownika, taka kwota dla takiego podwykonawcy za to i za to, składki ZUS, etc. Nawet, jeśli ktoś oszukiwał na etapie składania wniosku, trudno będzie to przeskoczyć. Do rozliczenia wniosku będę musiała dołączyć również KPiR z badanych okresów, czy wykaz przypadków innej pomocy dla beneficjenta.

To, co rozpisałeś w projektach musisz zrealizować do końca roku. Jeżeli chodzi o zwrot za poniesione koszty, zrozumiałam to w ten sposób, że powinien zostać przeznaczony na zachowanie miejsc pracy. Fundusz daje mi zabezpieczenie na wypłaty i ZUS-y do końca roku pracowników stałych plus zabezpieczanie wynagrodzeń dla osób rozpisanych do pracy na zleceniach przy projektach. Kwoty otrzymane z refundacji już zapłaconych wypłat, zleceń, ZUS-ów i innych kosztów – przerzucam sobie na kolejny rok, ale również na cele związane z utrzymaniem miejsc pracy. Daje mi to bufor bezpieczeństwa, bo nie wierzę, że koncerty szybko wrócą i czas na ewentualne przebranżowienie nie tylko mnie - Marty Nizio, ale całego zespołu.

Branża

Było dla mnie oczywiste, że pieniądze, które otrzymam w ramach rekompensaty już poniesionych kosztów stanowią fundusz, który pójdzie wyłącznie na koszty związane z funkcjonowaniem firmy, ZUS-y, wypłaty i zlecenia albo podwykonawców. Na przykład - księgowość, doradztwo prawne czy szkolenia dla pracowników, związane z przeniesieniem działalności kulturalnej do Internetu. To kolejne miejsca pracy. Jeszcze jedno. Wszelkie koszty muszą wchodzić w zakres kosztów kwalifikowanych, które są w rozporządzeniu Rady Ministrów. Nie wiem, na ile składający wnioski się z tym zapoznali.

Łatwiej jest rozdysponować taką kwotę na dwa tysiące podmiotów, które - mówiąc kolokwialnie - pchną to dalej. Swój wniosek rzeźbiłam dwa tygodnie, sprawdzając każdy kwitek. Ktoś, kto będzie to weryfikował – będzie zmuszony wykonać tę samą robotę. To nie jest zadanie na pięć minut. W tym momencie masz dwa tysiące wniosków, a dla każdego teczkę dokumentów do sprawdzenia słuszności wydatków… Mogę mówić za siebie i wiem, jaką miałam intencję wypełniając wniosek. Dla mnie najważniejszym celem było zapewnienie stabilności finansowej pracownikom i pomoc firmom, z którymi działamy. Wierzę, że większość podmiotów miało podobny zamysł.

System

Nie mówię, że ten system jest idealny. Na pewno nie jest. To dobry ruch, że ktoś powiedział sprawdzam i te wnioski będą teraz pod lupą. Fakt, że stajemy się dysponentami tych pieniędzy jest dla mnie równoznaczne ze zgodą na audyt. Od organizatora Funduszy zależy teraz, czy przyjdzie do nas i to sprawdzi.

Swoją drogą ktoś, kto wymyślił publikację listy beneficjentów bez jasnego kontekstu powinien dostać pierwszego w historii Nobla z socjotechniki. Dać pieniądze, pozwolić nam się pokłócić, a potem wstrzymać cały temat. Wszyscy ci, którzy nie zdążyli się pożreć przez LGBT, strajki, marsz, zamknięte cmentarze – robią to teraz. Jeśli było to celowe działanie, mimo wszystko mamy do czynienia z majstersztykiem i chociaż jest to podłe - chylę czoła, bo daliśmy się rozegrać koncertowo.

Podziel się lub zapisz
Lech Podhalicz
Marek Fall