Tak się realizuje plany na wielkość. Dwadzieścia lat „The Blueprint” Jaya-Z

Zobacz również:Steez wraca z Audiencją do newonce.radio! My wybieramy nasze ulubione sample w trackach PRO8L3Mu
Jay Z Blueprint
fot. Franziska Krug/Getty Images

Uniwersum hip-hopu jest podobne do mitycznej krainy, w której panują legendarne stwory i heroiczne czyny. Duch rywalizacji - czasem bardziej kreatywnej, czasem o charakterze realnej, ulicznej przemocy - przeszywa je na wskroś, podbijając i tak już wysokie stawki. Tym większe, im wyżej rap piął się na listach sprzedaży.

The Blueprint, szósty album Jaya-Z, wpisuje się w to wszystko idealnie. Jego historia jest jak lustrzane odbicie samej hip-hopowej kultury: beefów, wpisywania w szerszy kontekst historii czarnej muzyki, morderczego etosu pracy, skomplikowanej relacji z prawem. Został wydany w jeden z najtragiczniejszych dni w nowożytnej historii - 11 września 2001 roku - ale mimo tego, że wszystkie media były zajęte czymś innym, udało mu się przebić przez informacyjny szum. Hova był na tym etapie mocną marką, ale The Blueprint stał się jednym z poważniejszych szczebli w jego drodze na szczyt, z którego nie schodzi do dzisiaj. Dwadzieścia lat później, wciąż brzmi energetycznie i świeżo.

Kariera Jaya-Z zaczęła się od kaprysu. Rap nigdy nie miał być zajęciem na całe życie, a luksusowym akcesorium, którym można zaimponować innym hustlerom. Reasonable Doubt, efekt tego widzimisię, wyszedł daleko poza dilerskie kręgi i tak naprawdę zmienił grę na zawsze. Być może to trochę nie fair, żeby odmawiać Jayowi artystycznych ambicji, ale patrząc z perspektywy czasu - również na The Blueprint - tu chodzi, nie tyle o samą muzykę, co o możliwość udowodnienia czegoś. Zwycięstwo w mniej lub bardziej wyimaginowanym wyścigu, z innymi i z samym sobą. Hova zdawał sobie sprawę z pozycji, jaką mają raperzy w zbiorowej wyobraźni i coraz wyraźniejszym polu, jaki wykrajali z popkultury. Ale zależało mu na tym, żeby wyjść jeszcze dalej. Stać się ikoną nie tylko hip-hopowego środowiska, ale kultury w ogóle.

Jay-Z The Blueprint Album
fot. Lester Cohen/Getty Images

Żyłka biznesmena, rozbudowana przez lata hustlerki, tętniła coraz mocniej, kiedy montował Roc-A-Fella i inne interesy. A moda i sztuka miały dołożyć mu prestiżu i odróżnić od reszty raperów. The Blueprint trafił do sklepów w niebieskim opakowaniu, z wkładką, która imitowała architektoniczne projekty. Jay-Z budował imperium według planów, które ułożył wiele lat wcześniej, na blokowiskach Marcy w Brooklynie. To właśnie tam wdrukował w siebie ambicję i potężnego ducha rywalizacji. Kiedy odszedł Biggie, czuł się zobowiązany do przejęcia tronu. Czy może inaczej - uważał, że ten tron mu się najzwyczajniej w świecie należał.

Między innymi na tym tle wszedł w konflikt z Nasem. Autor Illmatic nie pojawił się na nagrywkach do Reasonable Doubt, a na albumie It Was Written złośliwe nawiązał do pasji Jaya do luksusowych samochodów. Nas zdissował potem całą ekipę Roc-A-Fella, z Memphisem Bleekiem na czele, podtrzymując ogień konfliktu. Hova postanowił poustawiać krnąbrnych pretendentów i pokazać, kto rządzi w Nowym Jorku. Freestyle na festiwalu Summer Jam, organizowanym przez radio Hot 97, był historyczny: oberwało się Nasowi i Mobb Deep. Te wydarzenia trafiły na The Blueprint w bardziej zorganizowanej formie. Takeover to mistrzowskie rozstawienie po kątach. Mobb Deep dostają zarzut zgrywania twardzieli (You was a ballerina, I got the pictures, I seen ya/Then you dropped Shook Ones switched your demeanor), a Nas całą zwrotkę, w której padają naprawdę mocne słowa (Had a spark when you started but now you're just garbage/Fell from top ten to not mentioned at all). Warto dodać, że kawałek wyprodukował Kanye West, wtedy młody producent z Chicago. Bity z The Blueprint to w ogóle osobna kwestia - Jay dobrał je według klucza jakości adekwatnego do treści.

Mimo, że Jay-Z miał już na koncie styczność z listami przebojów - Hard Knock Life (Ghetto Anthem) dzięki dziecięcemu samplowi z musicalu Annie doszedł do 15. miejsca Billboard Hot 100 - to The Blueprint dał mu bilet na abonament popularności. Wyprodukowany przez Just Blaze’a singiel Girls, Girls, Girls prawie wyrównał ten wynik (17. miejsce na Hot 100). Z kolei Izzo (H.O.V.A.) na bicie Kanye'ego przebił się do pierwszej dziesiątki i zasiadł na ósmym miejscu. Trzeci singiel z płyty, Jigga That Nigga (tu produkcja duetu Trackmasters) już nie był takim hitem, ale i tak udało mu się wejść do gorącej setki, na 66. miejsce.

The Blueprint miał piekielnie przekminioną konstrukcję. Na album trafiły przeboje dla gawiedzi (poza singlami dorzuciłbym do tej kategorii kapitalny, wyprodukowany przez Timbalanda wałek Hola’ Hovito). I morderczy diss, o którym będzie dyskutował cały świat rapu. A jedynym gościem jest Eminem, który po wydaniu The Marshall Matters LP osiągnął status hip-hopowego bóstwa. Wszystko przebiegło zgodnie z planem, The Blueprint z miejsca stał się klasykiem i sprzedał się wybornie. Zmysł Hovy go nie zdradził, a strategiczne rozkminy odpłaciły z nawiązką. To nie historia przypadkowego błysku talentu, ale ciężkiej pracy i rozsądnego projektowania.

Popularna legenda głosi, że Jay-Z napisał wszystkie teksty na The Blueprint w jeden weekend, co nie jest do końca prawdą. W tym czasie nagrał siedem utworów, m.in. legendarnego dissa i trzy hitowe single. Jak twierdzi producent 9th Wonder, zrobił to bez użycia papieru (czyli na freestyle’u?), ale do hip-hopowych baśni trzeba podchodzić ostrożnie. W jednym z wywiadów przed wydaniem albumu Jay mówi, że nagrał kilkadziesiąt kawałków, co tłumaczy, dlaczego The Blueprint²: The Gift & The Curse wyszedł bardzo szybko, lekko ponad rok po pierwszym Blueprincie, do tego trwał prawie dwie godziny (żart o tym, czy to niecny wpływ Kanye'ego, ciśnie się na usta sam).

Jay-Z The Blueprint Album
fot. KMazur/WireImage

Szósty album Hovy nadał mu status supergwiazdy, ale naświetlił także dwie inne postacie, które odcisną ogromne piętno na tym, jak będzie brzmiał hip-hop. Just Blaze dzięki Girls, Girls, Girls współpracował później m.in. z Marią Carrey i Beyoncé, a świat rapu zawdzięcza mu np. Breathe Fabolousa czy Touch The Sky Kanye'ego Westa. Ten ostatni również wybił się na The Blueprint: spod jego rąk pochodzi zarówno Takeover, jak i Izzo (H.O.V.A.). Ye tymi dwoma bitami polemizował z teorią, która głosiła, że najlepsze sample pochodzą z obskurnych nagrań. W Takeover słyszymy Five To One The Doors, a granica między rapiem i rockiem zatarła się po raz kolejny. W Izzo (H.O.V.A.) Ye sięgnął po klasyka czarnej muzyki, I Want You Back Jackson 5 i świat już nigdy nie był taki sam. Zresztą ten sampel - jak i rzekomy udział Michaela Jacksona w chórkach do Girls, Girls, Girls - wskazywał na pozycję, jaką chciał zająć Hova w historii kultury. Widział siebie jako kontynuatora wielkich postaci muzyki afroamerykańskiej, nie kolejnego rapera z ulicy. Dawał temu wyraz na kolejnych płytach, stawiając się np. obok Basquiata. Nawet jeśli do ostatnich poczynań Hovy można czuć niechęć, nie da się ukryć, że mu się to udało.

The Blueprint to historycznie ważna płyta, kto wie, może obok Reasonable Doubt najważniejsza w dorobku Jaya-Z. Album wyszedł w bardzo niefortunnym czasie. Swada i pewność siebie wyrażone zarówno w treści, jak i na kapitalnej okładce (gdzie raper pali cygaro i spogląda na szereg swoich popleczników) nijak nie pasowały do atmosfery żałoby i zadumy po atakach na World Trade Center i Pentagon. A jednak, ta muzyka była tak dobra - a charyzma rapera tak wielka - że nawet w omłocie patriotycznej rozpaczy wielu ludzi znalazło ochotę i czas, żeby wejść do luksusowego świata pana Cartera. Wracając po dwudziestu latach do The Blueprint wszystko jest jasne i wyłożone jak na dłoni: tu są same bangery. Kapitalne bity, celne linijki, zawstydzający diss, przebojowe refreny. Niezależnie od tego, co myślimy o Jayu-Z dzisiaj, The Blueprint to perła w jego koronie. Jasne, tych klejnotów jest tam więcej - od debiutu, przez The Black Album po 4:44 - ale ten błyszczy wyjątkowo mocno.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz, muzyk, producent, DJ. Od lat pisze o muzyce i kulturze, tworzy barwne brzmienia o elektronicznym rodowodzie i sieje opinie niewyparzonym jęzorem. Prowadzi podcast Draka Klimczaka. Bezwstydny nerd, w toksycznym związku z miastem Wrocławiem.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.