Musiałem zmierzyć się z krzywdami, które po ludzku wydają się niewybaczalne – mówi nam Tau, który właśnie pracuje nad nowym albumem. Rozmawiamy też między innymi o współpracy z Michałem Koterskim, kartce świątecznej dla Taco Hemingwaya czy płycie Nasa i DJ-a Premiera.
Zacznę od NBA, bo kilka tygodni temu napisałeś, że będąc na meczu w Chicago, spełniłeś swoje marzenie. Zapytam więc: jak ważną częścią twojego dzieciństwa był Michael Jordan?
Nie tyle sam Michael Jordan był dla mnie ważny, ile koszykówka jako taka. Dzięki tej pasji miałem możliwość kształtować charakter i osobowość, nawiązywać nowe relacje, uczyć się ducha walki na boisku, a także dbać o zdrowie i często przebywać na świeżym powietrzu. Gdyby nie moje zamiłowanie do basketu, nie poznałbym wielu ciekawych ludzi ani nie zobaczył wielu niezwykłych miejsc. Co ciekawe, dzięki koszykówce zdarzało mi się nawet wychodzić z życiowych problemów. Sport ma ogromnie pozytywny wpływ na wszechstronny rozwój człowieka. A to, że spełniłem ostatnio wielkie marzenie i miałem okazję być na meczu Chicago Bulls w United Center, jest prawdą. To było doświadczenie rodem z baśni.
Co to znaczy, że dzięki koszykówce zdarzało ci się wychodzić z życiowych problemów?
Na przykład jako dwudziestoletni chłopak pracowałem w Anglii, żeby zarobić na sprzęt do tworzenia muzyki, ponieważ jestem beatmakerem. W dużym skrócie: zostałem wyrzucony z mieszkania przez Polaków z jakiegoś wyimaginowanego powodu. Załamałem się – przez krótki czas byłem bezdomny i spałem na dworcu. W tamtym okresie poszedłem na boisko, gdzie grali sami czarni. Usiadłem na ławce i widziałem, że spoglądają na mnie podejrzliwie. Wtedy zaproponowałem, że chcę z nimi zagrać. Miałem na sobie koszulkę meczową Jordana. Wziąłem piłkę do rąk i już w pierwszej akcji wykonałem streetballowy zwód, którego nauczyłem się z AND1 Mixtape. Wyglądało to na tyle efektownie, że „zamknąłem” grę, a wszyscy rozbiegli się po boisku, krzycząc: Streetball is here! Dali mi ksywę Jordan i przyjęli do ekipy. Mogłem u nich coś zjeść, a ta relacja bardzo mnie podniosła na duchu. Później znalazłem mieszkanie, wróciłem do pracy i zarobiłem na komputer. Bez ryzyka i koszykówki nie wiem, co by się ze mną stało. Sport łączy ludzi.
Jak wyglądało życie bezdomnego Polaka na obczyźnie?
Bezdomnym byłem zaledwie kilka dni, więc obiektywnie nie mogę powiedzieć nic wiarygodnego o bezdomności na obczyźnie ani o bezdomności w ogóle. Jeśli jednak miałbym zgadywać, to z pewnością szczególnie nieprzyjemne jest życie ze świadomością, że nie masz dokąd pójść, a jednocześnie wiesz, że nikogo nie interesuje twój los. Degradacja postępuje wtedy bardzo szybko - człowiek popada w rozpacz, traci chęć do walki i często sięga po używki. Przez dłuższy czas mojego życia byłem dość blisko osób bezdomnych. Leżeli mi na sercu. Wielokrotnie rozmawiałem z nimi na ulicach, dworcach i w schroniskach, próbując dodać im otuchy. Bardzo trudno jest zaszczepić w kimś pragnienie posiadania domu, rodziny i pracy, kiedy ktoś przez długi czas żyje na ulicy. Dlatego według statystyk jedynie kilka procent osób wraca do normalnego funkcjonowania, a i tak często są obarczeni traumami. To temat rzeka.

A co tobie – jakkolwiek to zabrzmi – dało te kilka dni bezdomności?
To doświadczenie zapadło mi na tyle głęboko w pamięć, że przez całą swoją dotychczasową karierę muzyczną wielokrotnie poruszałem ten temat w mediach. Nagrałem m.in. utwór pt. „Bezdomni”, a w teledysku do kawałka „Dawca” wcieliłem się w rolę bezdomnego i przez cały dzień, z ukrytą kamerą, włóczyłem się po kieleckich ulicach, żebrząc na chleb. Chciałem na własnej skórze doświadczyć tego, co czują ludzie w takiej sytuacji. Wielu nie zdaje sobie sprawy, że na ulicy można spotkać byłych przedsiębiorców, prawników czy nauczycieli, których złamały koleje losu i którzy stracili chęć do życia. Staram się uwrażliwiać słuchaczy na problem bezdomności w Polsce. Zachęcam do tego również czytelników newonce.
Na ulicach można też spotkać osoby, które udają potrzebujących i żerują na ludzkiej dobroci. Masz takie doświadczenia?
Obecnie w Polsce jest około 40 tysięcy osób bezdomnych. Bez wątpienia wśród nich mogą znajdować się osoby udające bezdomność – jakkolwiek to brzmi. Tak jak w każdej warstwie społecznej, są ludzie nieszczerzy, zakłamani, o złych intencjach. Trzeba mieć mądrość i uważność w kontakcie z innymi, aby rozeznać, czy osoba, której chcemy pomóc, rzeczywiście tej pomocy potrzebuje, czy jedynie chce wykorzystać naszą dobroduszność. To bardzo obszerny temat, dlatego osoby naprawdę nim zainteresowane odsyłam do fachowej literatury lub na stronę jednej z inicjatyw pomagających osobom bezdomnym: chlebzycia.org.
Przejdźmy do muzyki. Mówisz o nieszczerości i zakłamaniu oraz o potrzebie uważności w relacjach z ludźmi. Czy zdarzały się momenty, kiedy komuś zaufałeś w branży muzycznej, a on cię zawiódł?
Zdarzały się i nadal się zdarzają. Myślę, że w relacjach związanych z tworzeniem projektów, budowaniem firm czy robieniem biznesu, szczególnie w branży rapowej, jest to raczej nieuniknione. Nie wspominając już o życiu prywatnym. Nie jestem jednak mściwy i staram się wybaczać. Wyznaję zasadę, że ten, kto chowa urazę do drugiego człowieka, trzyma jeńca we własnym umyśle. Wybaczenie czyni wolnym. A ja lubię być wolny.
By umieć wybaczać, trzeba spełnić kilka warunków - mieć poczucie własnej wartości, empatię, dojrzałość emocjonalną. Długo uczyłeś się tej umiejętności?
Tak, długo i ciężko nad tym pracowałem, bo, mówiąc dyplomatycznie, miałem komu wybaczać. Musiałem zmierzyć się z krzywdami, które po ludzku wydają się niewybaczalne. Z drugiej strony stanąłem też w prawdzie wobec ludzi, których ja zawiodłem, i pokornie pochyliłem przed nimi głowę. Dziś wiem, że to nie jest łatwe, ale jest możliwe. Zrozumiałem również, że akt wybaczenia nie wynika z emocji czy uczuć — choć one także są zranione — lecz z decyzji, która jest ponad nimi. Moje „ja” to nie emocje, uczucia czy pragnienia. Moje „ja” to decyzja. Trzeba chcieć wybaczać i wiedzieć, dlaczego się to robi.
A czego nauczyłeś się od Michała Koterskiego, który wystąpił w jednym z twoich ostatnich teledysków?
Michał jest bardzo żywiołowym człowiekiem, wszędzie go pełno. Po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że w kontakcie z nim przypomniałem sobie swoją dziką naturę, mocno stłamszoną przez trudy rodzicielstwa (mam trójkę dzieci). Chyba bardziej przemówiła do mnie jego ekspresja niż same rozmowy. Nie sugeruję jednak, że „Misiek” nie ma nic do zaoferowania — wręcz przeciwnie. Nadajemy na podobnych falach. Myślę po prostu, że potrzebowałem zobaczyć w nim coś, co w tamtym czasie sam w sobie zatraciłem przez powagę życia — pewien rodzaj dzikości. Stąd też taki szalony teledysk i tematyka utworu. Wszyscy jesteśmy śmieszni.
Na co liczyłeś, nagrywając kartkę świąteczną dla Taco Hemingwaya?
Jestem świadomym konserwatystą, a przy tym artystą. Nie samozwańczym — sądzę, że określają mnie tak niektóre dzieła, które stworzyłem. Wiem, czym jest licentia poetica, i uważam, że twórcy powinni mieć niemal pełną przestrzeń do wyrażania swoich wizji świata. Niemal, bo głęboko wierzę, że świętości nie powinno się wykorzystywać do budowania wizerunku liberalnego ateisty (lub kogokolwiek innego) poprzez obrazoburcze interpretacje cudzych wartości. Taco robi to nieustannie, wpajając ludziom, że polskość to groteskowa utopia, że wierzący to „nierozumne mordeczki”, a polski świat jest smutny, szary i ponury. Jak skomentował jeden z moich słuchaczy: „Wieczna ironia, wieczne ‘jestem ponad tym, ale jednak nie’”. Każdy numer to ten sam monolog: miasto złe, ludzie głupi, on wrażliwy. Bóg, Ojczyzna i tradycja mają zbyt duży ciężar historyczny, by ktokolwiek mógł na nich „wieszać psy”. Dla mnie to zbyt wysokie progi. Nie mam na to wewnętrznej zgody, dlatego wyraziłem swój sprzeciw.
Jesteś zaskoczony, że Taco nie odniósł się do twojego utworu?
Nie jestem. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, w jakim celu wyciera sobie usta wartościami.
Zacytowałeś swojego fana, więc ja pozwolę sobie — w domyśle — zacytować fana Taco. Wybrałem komentarz dość prostolinijny: „Tau nagrał kawałek o Taco, bo liczył, że ogrzeje się w blasku najpopularniejszego polskiego rapera”.
Ów słuchacz nie pojął, co autor miał na myśli. Mądremu dość. Wyczerpałem ten wątek.
Zabrzmiałeś teraz jak przemądrzały raper, który wywyższa się ponad słuchaczy — „bo przecież oni niczego nie rozumieją”.
Jeśli odnosisz się do mojego komentarza dotyczącego słów słuchacza Taco Hemingwaya, to dwie odpowiedzi wcześniej wyjaśniłem motywy stojące za publikacją tego utworu. Skoro tak, to stwierdzenie, że „ów słuchacz nie pojął, co autor miał na myśli”, jest po prostu faktem. Co jest w tym przemądrzałego?
Chcę cię wyprowadzić ze strefy komfortu i skonfrontować z negatywnymi komentarzami na temat tego kawałka.
Dzięki za troskę, bo dbałość o czyjąś pokorę rzeczywiście jest formą troski — mówię to bez ironii. Jestem przekonany, że od dawna funkcjonuję poza strefą komfortu. Moja pozycja na scenie delikatnie mówiąc, do komfortowych nie należy. Reprezentuję poglądy, które w środowisku rapowym są dziś w wyraźnej mniejszości, co automatycznie stawia mnie na pierwszej linii frontu. Cokolwiek powiem z perspektywy mojego wyznania i światopoglądu, niemal zawsze spotyka się to z krytyką. Dlatego bardzo uważnie podejmuję decyzje twórcze. Zastanawiam się, co chcę powiedzieć i przekazać, biorąc pod uwagę siebie, swoją rodzinę i innych ludzi — wszystko w oparciu o naukę Ewangelii. Poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko. Jak każdy, kto mierzy wysoko, popełniam błędy i czasem popadam w perfekcjonizm. Ale potrafię się do tych błędów przyznać.
Na kolejnej płycie znajdą się relacje z linii frontu?
Jestem teraz na etapie tworzenia nowej płyty i właśnie zabieram się za pisanie tekstów. Tak wygląda mój proces: najpierw powstaje muzyka, potem wybieram najlepsze beaty, później rozmyślam nad koncepcją, a dopiero na końcu piszę słowa. Nie wiem jeszcze, w jakim kierunku pójdzie warstwa tekstowa. Mam pewne przeczucia i intuicję, ale z doświadczenia wiem, że ostateczny kształt płyty często różni się od pierwotnego zamysłu. Dla mnie to wciąż zagadka. Zastanawiam się czasem, czy brakuje mi konsekwencji w utrzymaniu koncepcji, czy może po prostu daję się ponieść wyobraźni i tworzę spontanicznie. Chyba jednak to drugie. Ale plan trzeba mieć. Na tę chwilę mogę powiedzieć tylko tyle, że skorzystam z formatu, który wypracowałem po moim nawróceniu – wszystko, oprócz zła. To jednocześnie moje życiowe motto.

Zaczęliśmy rozmowę od podróży do Stanów i tam też chciałby ją skończyć – jak oceniasz ubiegłoroczny, długo wyczekiwany wspólny krążek Nasa i DJ-a Premiera? Jako wielki fan Nasa i równie wielki fan Premiera, muszę niestety przyznać, że zawiodłem się na tej płycie. Chyba „zawiodłem” to złe słowo, bo od dawna już nie śledzę uważnie twórczości obu. Z perspektywy słuchacza, ale też beatmakera, nie mogłem uwierzyć, jak zdumiewająco słabo jest wyprodukowany ten album. Projekt otwiera kakofoniczna kompozycja – tak, jakby początkujący producent przypadkowo trafiał w klawisze pianina. Dalej jest już tylko gorzej: nudno, a momentami wręcz nie do słuchania. I serio, nie jestem malkontentem, ale Nas przyzwyczaił mnie do genialnej selekcji beatów, a tutaj jest po prostu źle. Premier w ogóle nie brzmi jak on. Okrutnie ziewałem przy odsłuchu. Żeby jednak zakończyć pozytywnym akcentem, pochwalę się, że ostatnio, będąc w Nowym Jorku, wybrałem się na sentymentalny spacer po rejonie, w którym dorastał Nas. Odwiedziłem miejscówki znane z okładki Illmatica. I chyba właśnie takiego Nasa wolę zapamiętać.
