„Nie uczestniczymy w wyścigu o pieniądze. Przychodzimy, żeby oglądać półprofesjonalnych piłkarzy, pić piwo ze znajomymi i słuchać muzyki” – opowiada Uli Krug, członek zarządu Tennis Borussii, klubu z zachodniego Berlina.
Tekst opublikowaliśmy po raz pierwszy w 5. numerze gazety newonce
Trudno nazwać Tennis Borussię zwykłym klubem, bo gdy znaczna część piłkarskich kibiców ucieka od polityki lub wchodzi w romans ze skrajną prawicą, fani TeBe bronią liberalnych wartości, walcząc z rasizmem, antysemityzmem czy homofobią. Mimo że ich drużyna występuje w rozgrywkach półprofesjonalnych, każdy mecz na Mommsenstadion to piłkarskie święto; miks sportu, kultury i polityki.
O specyfice Tennis Borussii opowiada w rozmowie z JJ-em Święcickim Uli Krug, który od ponad 30 lat uczestniczy w ruchu kibicowskim TeBe, a od pewnego czasu zasiada w zarządzie klubu.
Nie jest łatwo być nami. Ale chyba nigdy nie chcieliśmy, żeby było łatwo. Tennis Borussia to nie jest zwykły klub z niższych lig niemieckiej piłki. To opowieść o tym, jak futbol może być azylem, manifestem i lustrem, w którym odbija się skomplikowana historia całego kraju.
Nasze zaangażowanie społeczne i polityczne nie wzięło się z przypadku. Owszem, bywamy określani jako klub lewicowy, ale to słowo dziś niewiele znaczy. My wolimy mówić wprost: jesteśmy antyrasistowscy, antyseksistowscy, antyhomofobiczni i uniwersalistyczni. Dla nas to oczywiste, że solidaryzujemy się z izraelskimi kobietami – tak samo jak z każdą inną ofiarą przemocy na świecie. Niestety, nawet w środowiskach, które same nazywają się lewicowymi, nie zawsze jest to standard. Weźmy przykładowo kibiców Celticu Glasgow – nie mamy z nimi nic wspólnego!
Za nasze przekonania płacimy do dziś słoną cenę. Zwłaszcza na wschodzie Niemiec, na terenie byłej NRD, neonaziści nie mogą nam wybaczyć dwóch rzeczy. Po pierwsze, uosabiamy to, czego nienawidzą najbardziej: demokrację, praworządność, równe prawa. Po drugie – nasze bliskie związki z berlińską społecznością żydowską w ich oczach są dowodem na istnienie „żydowskiego spisku”.
Nasza historia sięga znacznie głębiej. Jesteśmy chyba jedynym klubem w Niemczech, który tak bezpośrednio odzwierciedla losy kraju. Najpierw pomijani przez nazistów, później na celowniku sowieckich władz, pod koniec lat czterdziestych przenieśliśmy się z centrum Berlina na zachód – w sam środek amerykańskiej strefy okupacyjnej. Tam odrodziliśmy się jako klub Zachodniego Berlina, miasta otoczonego murem. Kształtowali nas tacy ludzie jak Hans Rosenthal – ocalały z Holokaustu, późniejsza gwiazda telewizji. Byliśmy obecni zarówno przy eleganckim Kurfürstendamm, jak i w alternatywnym Kreuzbergu. Można powiedzieć, że staliśmy się żywą reprezentacją zachodniej części miasta.

Gdy mur runął, przyszła ciemniejsza karta. Dla wielu mieszkańców NRD, którzy czuli się oszukani przez losy historii, staliśmy się wrogiem publicznym numer jeden. Przez lata mecze wyjazdowe na wschodzie oznaczały realne niebezpieczeństwo – nawet dla dzieci i starszych. Najgorsi byli fani Unionu Berlin. Dziś Union gra w wyższych ligach i odniósł sukces sportowy, ale wciąż mierzy się z problemem antysemickich postaw wśród swoich kibiców. Podobnie jest z BFC Dynamo. My nigdy nie poszliśmy na kompromis. Są dwa wyjątkowe miejsca, gdzie zawsze byliśmy mile widziani: Rathenow i Babelsberg. Reszta? Cóż, nienawiść bywa uparta.
Często słyszymy porównania do FC St. Pauli. Szanujemy ich drogę – łączą nas subkulturowe korzenie i niechęć, jaką budzimy na wschodzie. Ale nie jesteśmy ich kopią. Od zawsze trwamy w tym samym, mamy niezmienne wartości. I może właśnie dlatego tak wyraźnie słychać nas w kwestii antysemityzmu – nie udajemy, nie milczymy. Klubem, który naprawdę szanujemy i z którym chętnie współpracujemy, jest Werder Brema. To oni robią najlepszą robotę w Bundeslidze.
Dziś gramy w niższych ligach. I wiecie co? To nas wyzwala. Na Mommsenstadion, naszym stadionie – który sam w sobie jest skansenem tradycyjnego futbolu – nie znajdziecie nikogo, kto powiedziałby, że nowoczesna piłka jest fajna. Nie uczestniczymy w wyścigu o pieniądze i komercję. Przychodzimy, żeby oglądać półprofesjonalnych piłkarzy, pić piwo ze znajomymi i słuchać najlepszej stadionowej muzyki w Niemczech.
Nasza misja? Dać ludziom w Berlinie mecz bez strachu. Bez rasizmu, bez antysemickich okrzyków, bez wykluczenia. Żeby każdy – Żydówka, gej, imigrant – mógł poczuć, że to też jego miejsce. Na nasz stadion możesz przyjść z psem. Nigdy nie jest za tłoczno i nigdy nie ma agresji. Gra w Regionallidze, na czwartym poziomie rozgrywek, to idealny kompromis między sportowym sukcesem a kameralną atmosferą.
Wpływ, jaki mamy, mógłby być większy – to jasne. Ale nie zamieniamy tego, co budowaliśmy przez dekady, dla kilka sezonów w blasku fleszy. Bo Tennis Borussia to nie jest przystanek w drodze gdzieś wyżej. To cel sam w sobie. I choć jesteśmy jednym z tych klubów, które przegrywają w wyścigu o nowoczesny futbol, to – szczerze mówiąc – wcale nam to nie przeszkadza.
Piąty numer gazety newonce znajdziecie w ponad setce miejscówek na terenie kilkunastu miast Polski. Pełna lista – poniżej:
