Co na co dzień macie w słuchawkach? U nas w większości przypadków na playlisty trafia rap. Czasem trzeba jednak odpocząć, więc podpowiadamy, jak nie przeciągnąć struny.
Skoro czytacie niuansa, to pewnie macie podobnie – lubicie choćby raczyć się albumami Andersona .Paaka, zarzucić sobie Internaziomala, pogrzebać w dyskografii Gang Starr czy rozpłynąć się w klimacie The Weeknda. Co jednak w momencie, kiedy najdzie was i nas ochota na odpoczynek od osiemset ósemek, trapowych cykaczy i rapowych bangerów?
Uciekamy oczywiście do innych gatunków. Pop, elektronika, a może muzyka klasyczna? Wiadomo, jednak jednym z naszych największych guilty pleasure jest… gitara. To przecież z niej coraz częściej korzystają także raperzy w swoich produkcjach. Post Malone eksperymentujący z rockiem i współpracujący z Ozzym Osbourne'm na Hollywood’s Bleeding, aktualna dwójka Billboardu, czyli DaBaby z numerem Rockstar opartym na gitarowej melodii... No nie brak ich też w Polsce – weźmy ostatnie poczynania Zdechłego Osy czy punkowe Nie ma raju bez węża SB Maffiji.
Trend jest całkiem oczywisty, więc warto zapoznać się z gitarowymi bandami, które nie dadzą wam cofki. Przychodzimy z pomocą – wybraliśmy 5 zespołów, które nawet jeśli zostaną puszczone zagorzałym fanatykom rapu, to odnajdą oni w nich coś interesującego.
Zaczynamy od klasyka – nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której Tame Impala mogłoby się nam znudzić. Kevin Parker z niestałą ekipą płyną już od 2007 roku, jednak wbrew tytułowi jednego z albumów: raczej nie z prądem. To definicja indie rocka, który w wykonaniu Parkera nabiera psychodelicznych i narkotycznych rumieńców. W kompozycjach numerów pojawiają się przeróżne instrumenty – od gitar stanowiących podstawę, przez bębny i klawisze, po syntezatory i samplery. Ta dźwiękowa różnorodność sprawia, że produkcje twórcy Currents zaskakują smaczkami. Jak mówi sam zainteresowany, w tworzeniu muzyki zwykle skupia się przede wszystkim na produkcji, a słowa dobiera tak, by po prostu dobrze brzmiały. Od debiutanckiego Innerspeaker, przez Lonerism i Currents – wszystko sumuje się w muzyczny stempel jakości. Sprawdźcie zresztą naszą recenzję ostatniego albumu, The Slow Rush. Spoiler alert: jest entuzjastyczna.
Rodzeństwo to dla wielu z nas synonim wrogości podszytej naturalną miłością. Jakie znacie zespoły składające się z braci lub sióstr? Szybki check: Gallagherowie w Oasis, Angus i Malcolm Youngowie w AC/DC (szacunek do klasyki, wiadomo, ale ktoś tego jeszcze słucha w 2020?) czy Jonny i Colin Greenwoodowie w Radiohead. No i jest jeszcze HAIM, w skład którego wchodzą Este, Danielle i Alana Haim. To multiinstrumentalistki – Este gra na gitarze i basie, Danielle na gitarze i perkusji, a Alana na gitarze, perkusji i klawiszach. Ich muzyka to zróżnicowany soft-rock z popowym zacięciem i inspiracjami z R&B, folku czy hip-hopu. Ich numery to przyjemne ballady, często też skoczne kawałki, a gdybyśmy mieli wybrać jedno docelowe miejsce na granie ich utworów, to byłby to (poetycko rzecz ujmując) piknik nad jeziorem przy zachodzie słońca. A właśnie, dziewczyny wydały dopiero co płytę Women in Music, Pt. III – sprawdźcie koniecznie, bo to jedna z ciekawszych propozycji 2020!
Dawno nie widzieliśmy sytuacji, w której jedno wydawnictwo doczekałoby się jednej gwiazdki od recenzenta The Independent i pięciu gwiazdek od NME. Tym polaryzującym krążkiem było najnowsze Notes on a Conditional Form, czwarty już album brytyjskiego The 1975. We wstępie do teledysku, który możecie obejrzeć powyżej, Matt Healy, frontman grupy, mówi: we’re not a pop group. Chwilę później obserwujemy zmianę podejścia o 180 stopni – Healy'ego bujającego się w żywych kolorach do skocznej piosenki. W jednym z wywiadów stwierdził zresztą, że to post-modern pop band that references a million things, żeby za chwilę dodać, że w zasadzie połowę czasu nie ma pojęcia, czym tak właściwie jest jego zespół. Spróbujemy jednak podjąć się definicji brzmieniowej: to pop-rock z elementami indie i elektronicznych odpałów w dobrym guście (jak w What Should I Say). A gdybyście pytali, to w przypadku ostatniego albumu stoimy bardziej po stronie NME.
O tym gościu pisaliśmy już w naszym zestawieniu najlepszych popowych albumów 2020 roku do tej pory: Choć niezbyt znany, to na scenie obecny już od 12 lat. Krytycy uwielbiają jego muzykę, jednak ze swoją twórczością nie jest w stanie przebić się do ścisłego mainstreamu. Od czasu swojego debiutu Learning z 2010 roku, do Amerykanina przyczepiła się metka emocjonalnego i nieco nieprzystępnego artysty, w którego kawałkach da się jednak odnaleźć zarówno przekaz, jak i brzmienie. Wokalista gra w zasadzie tylko na pianinie, ale jego muzyka opiera się na gitarowych brzmieniach. Przy produkcji albumów współpracował z takimi tuzami jak Adrian Utley (Portishead) czy Blake Mills, a najnowsze Set My Heart on Fire Immediately to art-popowe dzieło sztuki. Emocjonalne ballady, niebłaha tematyka piosenek i garść pozytywnych, melodyjnych numerów – u Perfume Geniusa każdy znajdzie coś dla siebie. Choć na dłużej zostaną raczej uczuciowcy.
Czas na świeżutki kanadyjski projekt prosto z Montrealu. Yonatan xSDRTK Ayal i Pierre-Luc Rioux mają jeszcze wszystko przed sobą, a wy możecie być jednymi z pierwszych, którzy ich dostrzegą. Muzyka zespołu Chiiild to nie stricte gitarówa. Tytuł ich debiutanckiej EP-ki, Synthetic Soul, zdaje się podpowiadać gatunek, w którym się obracają. Syntetyczny soul to całkiem niezłe określenie, bo Ayal i Rioux postanowili połamać konwencje gatunkowe i stworzyć z ich strzępków coś na wzór popowo-soulowo-avant-art-r&b. Taki zlepek może i brzmi dziwnie, ale kiedy już wsłuchacie się w ich propozycje muzyczne, to łatwo nie odejdziecie od głośników. Przez każdy z siedmiu numerów przewija się (no, nie zgadniecie) gitara, będąca spoiwem całości – nastrojowej, angażującej i przede wszystkim intrygującej. Miejcie na nich oko!