The Kooks, Arctic Monkeys i inni. Gdzie są dawne gwiazdy new rock revolution?

Zobacz również:He's a scumbag, don't you know? 15 lat temu ukazał się debiut Arctic Monkeys
The Kooks On Air Festival newonce Jorja Smith Lotnisko Bemowo Jamie xx Tame Impala
fot. Pakvis/Redferns

Mówię do ciebie spoza systemu, przerywamy symulację, sięgnij do kieszeni, znajdziesz w niej starą gumę do żucia, zjedz ją, obudzisz się w 2002 i zaczniemy wszystko od nowa...

I nagle znajdujemy się w rzeczywistości zdominowanej przez Britney Spears, Eminema i Nelly'ego. Ale w Nowym Jorku zaczynają dziać się rzeczy, które, jak potem się okaże, diametralnie wpłyną na kształt muzyki alternatywnej pierwszej dekady XXI wieku. O czym zresztą pisaliśmy w tym tekście.

Rok 2001 – atak na World Trade Center, dolny Manhattan w gruzach. Młodzi mieszkańcy Nowego Jorku najpierw są przerażeni tym, że dobrze znana im rzeczywistość właśnie się skończyła. Ale później, po żałobie, przychodzi odreagowanie – powstają nowe kluby, wybucha kolejny już boom na elektronikę. Setki tysięcy nowojorczyków weekend w weekend oddają się imprezie. Rodzi się ferment, który generuje wielu nowych wykonawców, stanowiących o muzycznej sile Nowego Jorku pierwszej dekady XXI wieku.

Jednym z soundtracków do tych lat jest Is This It?, studyjny debiut formacji The Strokes, wypuszczony poza Ameryką jeszcze przed 11 września 2001 roku. Za to w Stanach pojawił się na półkach sklepowych miesiąc po zamachach... i bez pierwotnie znajdującego się na płycie utworu New York City Cops, wyszydzającego nowojorskich funkcjonariuszy; po tragicznych wydarzeniach, gdy mundurowi uratowali wiele żyć, słusznie uznano, że to kawałek nie na miejscu. Tak świeżego, przebojowego, a jednocześnie garażowego rocka nie grał wtedy nikt. W dodatku Strokesi wyglądali jak wzorzec ówczesnej mody, byli dwudziestoparolatkami z bogatych, manhattańskich rodzin, mieli znane dziewczyny... Wiemy – to brzmi głupio. Ale jako otoczka wokół muzyki działało wówczas idealnie.

Chwilę po The Strokes pojawili się nowojorczycy z Interpolu, melancholijni pogrobowcy Joy Division. A później indierockowa karuzela, napędzana przez przeżywające wówczas peak popularności portale muzyczne i magazyny pokroju NME, rozpędziła się do zawrotnej szybkości. Jej serca biły w Nowym Jorku i na Wyspach brytyjskich, gdzie każde większe miasto musiało mieć swój gitarowy zespół, który zaczynał się na The, a kończył na s. Najważniejsi reprezentanci new rock revolution zaczęli podbijać główne sceny wielkich festiwali, zarezerwowane dotąd dla gitarowych gwiazd z lat 90. A niektóre imprezy, jak nasz Open'er, wręcz wyrosły bezpośrednio z tego nurtu. Wydawało się, że to będą tak mocne, ponadczasowe nazwy jak Pearl Jam, Red Hot Chili Peppers czy Metallica, bożkowie masowej wyobraźni słuchaczy urodzonych w latach 60. i 70.

Tak się nie stało. Fala new rock revolution szybko opadła, znakomita większość jej przedstawicieli albo popadła w monotonię, albo się rozwiązała, a playlisty przejął rap, trzymając się na nich aż do dziś.

Co stało się z największymi indierockowymi gwiazdami lat zerowych? Zastanawiamy się nad tym na moment przed pierwszym od 5 lat polskim koncertem The Kooks. Brytyjczycy zagrają na On Air Festivalu, który odbędzie się w dniach 9-10 września na warszawskim lotnisku Bemowo, a obok nich na dwóch scenach pojawią się m.in. Tame Impala, Jorja Smith, Jamie XX oraz Polo&Pan. Więcej o festiwalu, w tym bilety, znajdziecie na oficjalnej stronie On Air.

The Kooks

Co to była za błyskawiczna kariera! Dość powiedzieć, że The Kooks powstali w roku 2004, a już na początku 2006 ich debiutancki krążek Inside In / Inside Out rozbił bank, sprzedając się na całym świecie w blisko dwumilionowym nakładzie. Przyczyna sukcesu? Jednoznacznej odpowiedzi nie poznamy nigdy, natomiast nie bez powodu Kooksi trafili do najmłodszego indie-audytorium. Byli trochę rockowym boysbandem, bandą bezpretensjonalnych chłopaków z Brighton, śpiewających o takich samych problemach, jakie dotykały innych bezpretensjonalnych chłopaków z całego świata. Nie szło ich nie lubić, w odróżnieniu od zblazowanych ponuraków z Interpolu czy The Libertines, mogących występować w reklamówkach Monaru.

A dalej? A dalej było tak, jak w przypadkach wielu innych gitarowych kapel: pierwsze uderzenie zdefiniowało ich karierę, za to każda kolejna płyta gruntowała ich najwierniejszy elektorat, ale odpadali od nich ci, którzy na moment zachwycili się Naive czy Ooh La. Od 2006 roku nagrywają regularnie w odstępie trzech lub czterech lat. Ameryki już nie odkryją, dojrzeli tekstowo i muzycznie, a ich fani starzeją się wraz z nimi. Dlatego pierwsze rzędy na ich warszawskim koncercie będą raczej okupowane przez tych, którzy chodzili do Jadło, czytali Pulpa i umawiali się na Gronie. Nie rozumiecie ani słowa z powyższego zdania? Nie szkodzi, po prostu urodziliście się po roku 1990.

Arctic Monkeys

23 stycznia 2006 roku to trochę odpowiednik 24 września 1991 roku. O co chodzi? O stężenie klasyków, wypuszczone tego samego dnia; oczywiście wówczas nikt nie wiedział, że to będą klasyki. Tylko 24 września 1991 ukazały się Nevermind Nirvany, Blood Sugar Sex Magic Red Hot Chili Peppers i Low End Theory A Tribe Called Quest (a jakby tego było mało, dzień wcześniej na sklepowe półki trafiła Screamadelica od Primal Scream), natomiast 23 stycznia 2006 to dwa potężne debiuty z Wysp Brytyjskich: wspomniani The Kooks oraz Whatever People Say I Am, That's What I'm Not Arctic Monkeys.

Pierwszy dzień sprzedaży – 120 000 egzemplarzy płyty i miano najszybciej sprzedającego się krążka w historii Wysp Brytyjskich. Pierwszy tydzień – prawie 370 000, więcej niż razem wzięte wszystkie inne albumy z ówczesnego top 20. Nastolatkowie z Sheffield z dnia na dzień stali się potęgą. I ze swoich pięciu minut sławy zrobili... 15 lat.

Serio – ich kariera powinna być stawiana za wzorzec. Co z tego, że nigdy nie byli Kanye Westem i nie bawili się w tworzenie nowych trendów, więcej, z upodobaniem oglądają się za siebie. Dwie pierwsze płyty to cross popu i garażowego punka ery mediów społecznościowych (w końcu nie byłoby Arctic Monkeys bez MySpace'a), trzy kolejne – sięgnięcie do rockowych korzeni; nagrany przy pomocy Josha Homme'a z Queens Of The Stone Age Humbug to trochę psychodelia, a trochę wygrzany, pustynny rock. Ostatni krążek, Tranquility Base Hotel & Casino jest zupełnie osobnym bytem; antyprzebojowym, musicalowym, ale równocześnie ponurym i wyjątkowo plastycznym. I po pierwszym singlu wszystko wskazuje na to, że ich nowy album The Car będzie utrzymany w podobnym klimacie.

Cały czas zmieniają się i eksplorują historię muzyki, ale nigdy nie zeszli z jakości. Co więcej, jako jedyny zespół z ery new rock revolution utrzymali się na topie; to wciąż są headlinerzy największych festiwali, na ich płyty wciąż się czeka. Jak im się chce, to wykręcą niespodziewanie taki hit jak R U Mine, którym zabookowali sobie festiwalowe sloty na najbliższe 30 lat. Ale oni już niczego nie muszą.

Franz Ferdinand

Tu od początku było nieco inaczej, niż w przypadku reszty indierockowej watahy. Po pierwsze – muzycy Franz Ferdinand byli około dekadę starsi od konkurencji; debiutowali w 2004 roku, ale już jako panowie po 30-tce. Po drugie – otwarcie rżnęli z The Beatles. Duch wielkiej czwórki z Liverpoolu będzie jednak mocny na wieki, więc i ich nadworni imitatorzy załapali się na potężny hype. W zasadzie tylko dzięki jednemu singlowi, ponadczasowemu Take Me Out.

Po bardzo dobrym, przepełnionym hitami debiucie, który nazywał się tak, jak jego wykonawcy, Franz Ferdinand błyskawicznie poszli za ciosem i w 2005 roku wydali nie mniej dobry album You Could Have It So Much Better. Na Tonight: Franz Ferdinand z roku 2009 zaczęli romansować z dance punkiem, niestety parę lat po tym, kiedy było to modne. I zamiłowanie do elektroniki, ale takiej bardziej retro, zostało z nimi na stałe; takie Always Ascending z roku 2018 to chyba najbardziej taneczny Franz Ferdinand, jaki istniał, a przecież po drodze zdarzyła im się jeszcze współpraca z eksperymentalnymi legendami z USA, formacją Sparks, której efektem był wspólny album FFS. Co wiele mówić – Alex Kapranos i jego ekipa już dawno zeszli z afisza, na ich koncerty przychodzi się głównie po to, żeby potańczyć do starych hitów, kasy nigdy nie będzie im brakować choćby tylko z tantiemów za Take Me Out, więc nie patrzą na modę i bawią się w takim klimacie, jaki jest im najbliższy. Szanujemy.

Bloc Party

Jedno słowo – sinusoida. Gdyby przyrównać karierę Bloc Party do czegokolwiek, to najlepiej do kolejki górskiej, która raz jest na górze, raz na dole, raz jest ekscytująco, raz chce się rzygać. Tak fantastyczny, emocjonalny i zwyczajnie piękny debiut jak Silent Alarm zdarza się może raz na kilkanaście lat. A Weekend In The City to U2, które przypomniało sobie, że kiedyś umiało grać dobrą muzykę. Ale już asłuchalny flirt z elektroniką na Intimacy czy dziwaczny potworek Hymns... No niestety – pogubili się. Może to wina tego, że z oryginalnego składu zostały tylko dwie osoby. Może chcieli być zbyt fajni i pogubili się w eksperymentach, a co za tym idzie – szukaniu samych siebie. Trudno powiedzieć. Ale nie jest dobrze, kiedy niektórzy z was dopiero z tego tekstu dowiedzą się, że autorzy Banquet dalej istnieją. Albo że wydali w tym roku kolejny album, swoją drogą nie aż tak zły, jakiego można było się spodziewać. Dziś Bloc Party nie obchodzą praktycznie nikogo. Szkoda.

Interpol

Dziwny przypadek. Może i debiutanckie Turn On The Bright Lights popłynęło trochę na fali zachwytów nad tym, że ojej, mamy nowego Iana Curtisa, natomiast czas wyjaśnia ten krążek – i dalej słucha się go rewelacyjnie. Natomiast później zespół Interpol konsekwentnie szedł raz obraną ścieżką, nagrywając przez dwie dekady sześć kolejnych studyjnych albumów, które stylistycznie poruszają się niemal w tym samym uniwersum. Cały czas jest ponuro, melancholijnie, ale przebojowo. Trochę się zepsuli, na pewno wpadli w monotonię, natomiast wciąż jest to stylowa, dobra muzyka; zresztą ten charakterystyczny styl to chyba coś, co ratuje ich przed zarzutami o kotleciarstwo. No nie da się nie zakochać w tych płaczących gitarach i posępnym wokalu Paula Banksa, brzmiącym jakby wokalista nagrywał w krypcie. Inna sprawa, że cyferki mówią jasno – w 2022 roku Interpol #nikogo. Jeśli ich ostatnia płyta The Other Side Of Make-Believe trafiła zaledwie na 179 miejsce amerykańskiej listy sprzedaży, a promujący ją teledysk Something Changed wykręcił w cztery miesiące niecałe 300 tysięcy viewsów, to znak, że ich granie boleśnie zderzyło się z gustami współczesnego odbiorcy.

Tekst powstał we współpracy z On Air Festival.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.
Komentarze 0