Trump czy Biden? Wszystko, co powinniście wiedzieć na temat wyborów w USA

Zobacz również:Rapowy kompas polityczny. Którzy raperzy angażowali się w kampanię wyborczą w USA i po czyjej stronie stali?
Donald Trump
fot. Isaac Brekken/Getty Images

Wybory w Stanach Zjednoczonych odbywają się zawsze w pierwszy wtorek po 1 listopada. Pomimo tego, że w przedwyborczych sondażach zarysowywała się niewielka przewaga reprezentanta Demokratów, Joe Bidena, to jednak wiele wskazuje na to, że nadchodzące dni będą pełne emocji w obu sztabach.

Amerykanie są wyraźnie zmęczeni prezydenturą Donalda Trumpa. Przeciwko niemu stoi wiele niepodważalnych faktów świadczących o nieudolności 45. prezydenta USA (przypomnijmy, że pod koniec 2019 groził mu nawet impeachment). Szalę goryczy przelały katastrofalne i często absurdalne decyzje związane z pandemią COVID-19 oraz komunikaty pełne demagogii i populizmu (jak rekomendacja wstrzykiwania sobie wybielacza, który miał zlikwidować wirusa). Pytanie brzmi, czy są to wystarczające argumenty za tym, aby buńczuczny miliarder przegrał z kretesem. Byłaby to pierwsza od 27 lat sytuacja, kiedy urzędujący prezydent nie doczekałby się reelekcji.

Jako że wybory w USA to nie jest taka oczywista sprawa, a sam proces diametralnie różni się od tego, który znamy w Polsce, postanowiliśmy przybliżyć wam kilka niezbędnych faktów na temat ich przeprowadzania.

Kto faktycznie kandyduje na stanowisko prezydenta USA?

Wiadomo, że media głównego nurtu skupiają się na dwóch najważniejszych kandydatach - Donaldzie Trumpie i Joe Bidenie. Nikt się nie łudzi, że poza nimi jest jeszcze osoba mająca realną szansę na objęcie urzędu.

74-letni Trump to urzędujący prezydent i biznesmen-miliarder. Z kolei 77-letni Biden pełnił przez dwie kadencje funkcję wiceprezydenta w gabinecie Baracka Obamy. Mówi się, że Amerykanie zmuszeni są wybrać mniejsze zło, bo jak inaczej określić pojedynek jednego z najgorzej ocenianych prezydentów w historii kraju z politykiem będącym narzędziem Partii Demokratycznej i nie gwarantującym przełomowych zmian. Poza tym dobrze nie wróży fakt, że obaj panowie mają już grubo ponad 70 lat. To najstarsza para kandydatów w historii.

Czy można głosować na Kanye’ego Westa? Jak najbardziej. Poza Ye, w wyborach prezydenckich startują też m.in. Jo Jorgensen z Partii Libertariańskiej, Howie Hawkins (Partia Zielonych), Gloria La Riva (Partia Socjalizmu i Wyzwolenia) czy należący do Partii Konstytucyjnej Don Blankenship.

Na koniec krótki przegląd sondaży. Większość z nich wskazuje na kilkuprocentową przewagę kandydata Demokratów, podobnie jak w 2016, z tą jednak różnicą, że okoliczności towarzyszące wyborom mamy już zupełnie inne, a hakerskie ataki i wykorzystywanie facebookowych niedoskonałości nie powinny mieć już miejsca w takiej skali, jak 4 lata temu.

Czym jest Kolegium Elektorów i na czym polegają swing states?

Wybory w stanach nie są bezpośrednie, co oznacza, że obywatele nie głosują od razu na wybranego kandydata. Wyborcy oddają głos na elektora, który w ich imieniu przekaże głos na kandydata, jakiego popierają. W teorii elektorzy nie mają obowiązku zagłosować wedle deklarowanych poglądów, ale w praktyce takie sytuacje nie mają raczej miejsca. Dystrykt Kolumbii oraz 26 stanów wprowadziły nakaz głosowania na kandydatów wskazanych przez większość społeczeństwa. Co prawda w historii USA elektorom zdarzyło się oddać głos przeciwko wskazaniom aż 158 razy, ale nie miało to nigdy wpływu na wynik wyborów.

No dobra, a o co chodzi ze swing states? W skrócie - są to stany, w których przewaga żadnego z kandydatów nie jest znacząca. Mowa o sytuacji, w której różnice są naprawdę niewielkie i do końca nie wiadomo, za którym kandydatem wstawi się dany swing state. W tym roku wzrok sztabów wyborczych skierowany będzie głównie m.in. na Arizonę, Florydę, Pensylwanię, Teksas, Ohio, Karolinę Północną czy Michigan. Tam liczba głosów elektorskich jest stosunkowo duża (od 10 do 38), a różnica pomiędzy kandydatami wynosi mniej niż 3%, co może zaważyć na ostatecznej wygranej.

Jaka liczba głosów elektorskich gwarantuje wygraną?

270. Wynika to z prostego rachunku - mamy 538 elektorów, połowa to 269, więc do wygranej potrzebny jest jeden więcej. Jeśli kandydat lub kandydatka zdobędzie tę magiczną liczbę głosów elektorskich, wówczas automatycznie wygrywa wybory prezydenckie.

Co ciekawe, w historii Stanów Zjednoczonych zdarzały się przypadki, w których przegrywali kandydaci z większą liczbą głosów w wyborach powszechnych, ale mniejszą w elektorskich. Było tak w 2000 roku, kiedy Al Gore ostatecznie przegrał po wyczerpującej batalii z George'em W. Bushem oraz w 2016, kiedy Donald Trump triumfował nad Hillary Clinton. Nie ma więc znaczenia, który kandydat zdobędzie więcej głosów w skali kraju w tzw. popular vote.

Kiedy poznamy zwycięzcę?

Bazując na exit polls, pierwsze nieoficjalne wyniki wyborów w USA będziemy znali już jutro, 4 listopada. Na oficjalne ogłoszenia przyjdzie nam jednak poczekać nieco dłużej. Bardzo możliwe, że sytuacja będzie wyglądała analogicznie do tej, która miała miejsce przy okazji lipcowych wyborów prezydenckich w Polsce, kiedy to Andrzej Duda nieznacznie wygrał z Rafałem Trzaskowskim. Warto też dodać, że ze względu na pandemię COVID-19 z opcji głosowania korespondencyjnego skorzystało ponad 90 mln Amerykanów, czyli ponad dwa razy więcej niż 4 lata temu. Jeśli Biden i Trump będą szli łeb w łeb, o oficjalnych wynikach możemy przekonać się nawet po kilku tygodniach. Ostateczną datą jest 14 grudnia, kiedy to Kolegium Elektorów zbierze się, żeby wyłonić nowego prezydenta.

Podziel się lub zapisz
Lech Podhalicz
Najbardziej jara go to, co odkrywcze i eksperymentalne, czy to w muzyce, czy w kinie, czy w gamingu. Redaktor newonce.net i prowadzący autorską audycję KOLEKCJE w newonce.radio.