„Wesele” Wojciecha Smarzowskiego, czyli obowiązkowa lekcja o tym, że historia lubi się powtarzać (RECENZJA)

Zobacz również:Nie kupujemy Wojciecha Smarzowskiego w całości. Ale jego nowe „Wesele” naprawdę może się udać
wesele.jpg

Są widzowie, którzy odbierają kino czysto emocjonalnie, i są ci analizujący, wyłapujący przerysowania, wyczuleni na efekciarstwo. Pierwsi wyjdą z Wesela z łzami w oczach, drudzy z mieszanymi uczuciami.

Róża jest zakazana w Rosji, Wołyń – na Ukrainie, a Wesele może być zakazane w Polsce – powiedział w niedawnej rozmowie z Newsweekiem Wojciech Smarzowski. Reżyser pamięta burzę, jaka wybuchła po premierze Pokłosia jesienią 2012 roku. I tam, i w Weselu stawiane są pytania o fundamenty polskiego antysemityzmu, ale jest jedna, dość istotna różnica. Nie wydaje się, żeby dziś – kiedy część kraju patrzy z przerażeniem na to, co dzieje się pod wschodnią granicą, część na rosnące wykresy zakażeń, bojąc się o swoje zdrowie i pracę, a jeszcze inni wyśmiewają i jednych, i drugich – ludzi zajmie kolejny dyskurs o relacjach polsko-żydowskich. Nie w tych czasach.

W odróżnieniu od filmu, na który pójdą tłumy, bo to Smarzowski. I ci, którzy kupują jego grzebanie w narodowych ranach, będą usatysfakcjonowani, bo reżyser nie schodzi z raz obranej drogi. Tym razem historie są dwie.

Pierwsza to rzecz, która dzieje się tu i teraz, w okolicach Łomży. Lokalny bonzo, właściciel ubojni świń, wydaje swoją jedyną córkę za mąż. Skojarzenia z Weselem z 2004 roku? Słusznie, takie właśnie miały być. Są w nowym filmie Smarzowskiego ujęcia czytelnie nawiązujące do jego pełnometrażowego debiutu, zwłaszcza nagrywanie poszczególnych weselników na wideo. Jest nawet Biały miś. Tylko nastrój wydaje się odrobinę bardziej ponury. W odróżnieniu od bohaterów pierwszego Wesela, którzy za Majką Jeżowską mogliby powtórzyć, że piekło jest w nas, tu mleko rozlewa się konkretnie. Ojciec panny młodej opiera swoją kolebiącą się finansowo firmę na niehumanitarnym uboju zwierząt, przez który ktoś nagle zaczyna go szantażować, grożąc ujawnieniem tematu na szeroką skalę. W dodatku niemieccy biznesmeni, z którymi ma podpisać lukratywny kontrakt, niespodziewanie chcą wycofać się z interesu. Córkę od małżeństwa bardziej interesuje rozkręcenie biznesu w Irlandii, żona przeżywa kryzys psychiczny, nieopłaceni pracownicy z Ukrainy straszą, że odejdą z pracy, a za płotem czeka już autobus taniej siły roboczej z Azji, który przyjechał za wcześnie. Mało? To dorzućmy niespodziewaną wizytę gości z Izraela, którzy oznajmiają seniorowi rodu, blisko stuletniemu dziadkowi Antoniemu, że został uhonorowany medalem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, najwyższym izraelskim odznaczeniem dla osób nieżydowskiego pochodzenia.

Tu rozpoczyna się historia Antoniego, która sięga II wojny światowej. Wtedy, jako młody chłopak, na własne oczy widział rosnący wśród Polaków antysemityzm, podburzany dodatkowo przez Niemców... i w tym momencie trzeba zrobić pauzę, żeby nie zdradzać szczegółów. Dość powiedzieć, że od tego momentu Smarzowski zaczyna równolegle opowiadać dwie historie, które zaskakująco często są ze sobą zbieżne.

I pomimo tego, że są w Weselu momenty straszne, że scena podpalenia stodoły pełnej Żydów, oglądana z punktu widzenia znajdujących się wewnątrz osób, dosłownością dorównuje finałowi Kanału Wajdy, to właśnie chichot historii brzmi najbardziej upiornie. Wojciech Smarzowski ustawia kamerę na wysokości oczu dziadka Antoniego – już nie młodzieńca, ale właśnie dziadka – patrzy na popandemiczną rzeczywistość i dostrzega, że wszystko się powtarza. To jest ta sama nienawiść, ale wymierzona w inne grupy społeczne. Ci sami podburzający ludzi księża. I to samo bestialskie traktowanie słabszych, kiedyś – ludzi, dziś – ludzi i zwierzęta. Zabieg z opowiadaniem dwóch przenikających się historii wyszedł Smarzowskiemu doskonale. Postacie sprzed 80 lat niespodziewanie pojawiają się na współczesnym weselu, więcej, trafiają się nawet takie ujęcia, w których dwie osoby oglądają to samo, ale widzą dwie zupełnie inne rzeczy. Rzadko kiedy spotyka się w kinie narrację równoległą, a jeszcze rzadziej reżyserów, którzy umieją ją utrzymać w ryzach. Smarzowskiemu – odpowiedzialnemu i za reżyserię, i scenariusz – ta sztuka się udała.

Do połowy film toczy się bardzo powoli, ale odkąd tytułowe wesele się rozkręca, tempo przyspiesza. I niestety – Smarzowski znów włącza piąty bieg, puszcza kierownicę i daje się ponieść nagromadzeniu stereotypizacji i nieprawdopodobieństw wymieszanych z efekciarską metaforyką. Nagle na sali weselnej pojawiają się neonaziści, ktoś zdradza na boku, ktoś idzie korytarzem i bez powodu dostaje w łeb, reszta pijana i rzyga. Są przemawiający do kamery Roman Dmowski i Józef Piłsudski. Jest nawet – niestety to nie żart – ujęcie świni gwałcącej mężczyznę. Los nie oszczędza także głównych bohaterów, a na biznesmena Ryśka – podobnie jak na Wieśka Wojnara z pierwszego Wesela – zaczynają spadać wszystkie plagi egipskie. To sprawia, że część wątków, które mogłyby być autentycznie poruszająca, jak choćby relacja Ryśka z żoną, zupełnie się rozmywają. I takich momentów jest więcej. Kto znajdzie inny powód pojawienia się w filmie przybyszy z zagranicy poza pretekstem do bon motu jednej z pań, która narzeka, że z murzynem przy stole siedzieć nie chce? Co do postaci Ryśka wniosło ujawnienie jego przeszłości, skoro de facto nie wpłynęło na to, kim jest? W tym weselnym barszczu pływa zbyt wiele grzybów.

Dużo lepiej wypada część poświęcona wydarzeniom z czasów II wojny światowej i żydowskich pogromów na terenie naszego kraju. Smarzowski – historyk, który konsekwentnie odsłania niewygodną dla Polaków przeszłość mówi dużo mocniejszym głosem niż Smarzowski – komentator współczesności. Pokazał to w Róży, pokazał w Wołyniu, pokazuje teraz. Tym bardziej jaskrawy to kontrast, że po raz pierwszy opowiada o tym, co było kiedyś i tym, co jest teraz w jednym filmie. Choć jeszcze raz – zestawienia konkretnych wydarzeń sprzed wielu dekad z aktualnymi są bardzo mocne. We wrażliwszych widzach zostaną na długo.

Zastanawiające, jak Wesele odbierze najmłodsza publiczność Wojciecha Smarzowskiego. Po komentarzach dotyczących zwiastuna czuć, że pewna formuła się wyczerpała, a ciągłe babranie się w polskiej patologii stało się dla nich nużące. To widownia, która została wychowana przez internet, z horyzontami sięgającymi daleko poza nasze granice. Chcą zmian i nowoczesnego spojrzenia, a nie ciągłego wmawiania im, że Polska śmierdzi rzygami i jest do dupy. Z drugiej strony ważne, żeby i oni zobaczyli Wesele, bo może uświadomi im, że kierowanie się za głosem ludzi, których ideologia jest oparta na szerzeniu nienawiści może być straszne w skutkach. W końcu kiedyś już to przerabialiśmy.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.