Aaron Rodgers i Tom Brady. Co łączy tych dwóch panów? W większej skali – obaj są rozgrywającymi w najlepszej futbolowej lidze świata. W dodatku od wielu lat utrzymują się na znakomitym, historycznym wręcz poziomie. Jednak gdy przyjrzymy się ich karierom, łączy ich jeszcze jedna sytuacja – obaj wznieśli się na wyżyny umiejętności przy kompetentnym rywalu.
Dokonania Brady’ego jako jednej z twarzy NFL mogą być znane nawet tym, którzy z futbolem amerykańskim nie mają nic wspólnego. Sześć pierścieni mistrzowskich i bycie częścią największej, dwudziestoletniej dynastii w dziejach ligi w barwach New England Patriots.
Jednak i on miał swoje przestoje. Trzy mistrzowskie tytuły przyszły na samym początku kariery, a potem – w latach 2005-13 – bywało różnie. Z jednej strony absolutnie genialny sezon 2007 (pierwszy tytuł MVP), który zakończył się porażką w Super Bowl mimo bilansu 16-0 w sezonie zasadniczym, z drugiej – rok 2008, poważna kontuzja, wykluczająca go z gry na cały sezon. Z jednej strony dwa dobre sezony 2010 (drugi tytuł MVP) i 2011 (druga porażka w Super Bowl), z drugiej – sezony 2009 i 2013, gdzie zagrał nieco słabiej.
MAM MŁODSZEGO W TWOJE MIEJSCE
Szczególnie ten ostatni wspomniany rok przyniósł wiele pytań i wątpliwości wśród fanów i ekspertów. Brady miał już 36 lat (nikt wtedy nie myślał, że zamierza grać grubo po czterdziestce) i jego poziom powoli zaczął spadać. W Patriots wdała się pewnego rodzaju stagnacja. Oczywiście taką stagnację, czyli regularne granie w play-offach i walkę o Super Bowl, każda inna drużyna przyjęłaby w ciemno, jednak wydawało się, że drużynie Billa Belichicka czegoś brakuje do tego, by ponownie zdobywać pierścienie.
Według wielu tym brakującym „czymś” zaczynał być Brady. A ze względu na wiek jego powrót do formy sprzed chociażby kilku sezonów stanął pod znakiem zapytania. Belichick też zdawał się być takiego zdania i – choć z Brady’ego nie zrezygnował nawet na moment – na wszelki wypadek wybrał mu dużo młodsze zastępstwo. Jimmy Garoppolo został najwyżej wybranym przez Belichicka rozgrywającym w drafcie, co świadczyło o planowaniu dalszej przyszłości już bez swojej największej gwiazdy. I mimo że to Brady dalej był pierwszym wyborem – plotki zaczęły się nasilać.
Szczególnie po tym, co wydarzyło się w czwartym tygodniu rozgrywek sezonu 2014. Patriots nie tylko przegrali z Kansas City Chiefs, ale zrobili to w takim stylu, że w czwartej kwarcie Tom Brady został zmieniony, bo po prostu nie było już żadnych szans na zwycięstwo (przegrywali 7:41). A w dodatku zagrał słabo, co – gdyby dograł do końca – nie byłoby niczym szczególnym. Nawet najlepszym zdarzają się w końcu słabe mecze, w których nic nie wychodzi. Rzecz w tym, że nie dograł tego spotkania, a Garoppolo wszedł i poprowadził bardzo dobrą i pewną serię ofensywną na przyłożenie. W znacznie krótszym czasie młody rozgrywający dał swojej drużynie tyle punktów co Brady, mniej więcej połowę ilości jardów Brady’ego (a grał 10 minut, Brady – 50) i nie popełnił żadnego błędu.
W mediach zawrzało. To po tym meczu wydarzyła się słynna konferencja Belichicka, na której wszyscy chcieli zapytać go o przyszłość Brady’ego i czy ten mecz oznacza, że za chwilę to Garoppolo może być starterem drużyny z Nowej Anglii, kończąc w ten sposób futbolową epokę. Belichick jednak, w swoim stylu, nie zamierzał odpowiadać wprost na takie pytania, więc na niemal każde stwierdzał „We’re onto Cincinnati”, zapewniając, że nic takiego nie ma znaczenia, bo najważniejszy jest przyszłotygodniowy mecz z Cincinnati Bengals.
ROZPALONY OGIEŃ
Dla Brady’ego był to przełomowy moment. Już po wydraftowaniu Garoppolo mógł pomyśleć, że jego przyszłość jest delikatnie zagrożona. A co dopiero po tym, jak ten zagrał lepiej od niego i wszyscy zaczynali domagać się tego, by dać mu więcej szans, a może nawet ostatecznie rolę pierwszego rozgrywającego.
Więcej motywacji nie było trzeba. Od tego momentu Brady był świetny, Patriots zaliczyli serię siedmiu zwycięstw i spokojnie weszli do play-offów, w których pokonali groźnych Baltimore Ravens i Indianapolis Colts, a potem – w Super Bowl – znakomitych Seattle Seahawks, chcących rozpocząć swoją własną dynastię.
Liga nie potrzebowała więcej przykładów, że zmotywowany Brady to jedna z gorszych rzeczy jakie mogą przytrafić się reszcie drużyn. Dorzućmy do tego bardzo kontrowersyjną aferę Deflategate rok później, za którą rozgrywający dostał cztery mecze zawieszenia i w ten sposób mamy paliwo na resztę pobytu w Patriots. W sezonach 2014-18 Brady i Patriots czterokrotnie dochodzili do Super Bowl, wygrywając trzy razy i tworząc drugą, może nawet lepszą, młodość dynastii.
Brady w dodatku wygrał swój trzeci tytuł MVP w sezonie 2017, co jest o tyle symboliczne, że był to rok, w którym kończył się kontrakt Garoppolo i Patriots musieli podjąć decyzję, co z nim zrobić. Nie było opcji zostawienia go jako rezerwowego, bo jego nowa umowa byłaby na to zbyt duża (Garoppolo nieźle zagrał pod nieobecność Brady’ego w trakcie zawieszenia i co najmniej kilka drużyn było nim zainteresowanych). Belichick, mimo fantastycznych sezonów swojego zespołu, zaczął się zastanawiać, czy nie oddać Brady’ego i nie iść w przyszłość z Jimmym. W końcu poziom poziomem, ale Brady w sezonie 2017 miał 40 lat, przekonanie o rychłym końcu jego kariery było wysokie, a Belichick znany jest z tego, że myśląc przyszłościowo woli rozstać się z dobrym zawodnikiem rok za wcześnie niż dwa lata za późno.
To napędzało Brady’ego. Wygrany w znakomitym stylu pierścień mistrzowski w sezonie 2016 i tytuł MVP w 2017 pokazały Belichickowi, że tym razem nie ma co kombinować. Oddał Garoppolo do San Francisco 49ers, a sam dostał jeszcze dwa lata uznawanego za najlepszego w historii rozgrywającego, które dały mu kolejny tytuł w sezonie 2018. Jednak ten mini konflikt i sam fakt zastanawiania się nad pożegnaniem z Bradym był jednych z powodów, dla którego Brady odszedł po sezonie 2019. Chciał udowodnić, że to on jest tym bardziej odpowiedzialnym za sukcesy Patriots. Mówiąc w skrócie – dostał kolejną dawkę motywacji.
PODOBNY SCENARIUSZ W GREEN BAY
Jednak to nie Brady jest powodem tego tekstu, a sytuacja, która nieco jego historię przypomina. Inny wybitny rozgrywający, Aaron Rodgers, jest uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych graczy w historii ligi. Nie ma aż tylu sukcesów zespołowych, co Brady, jednak w jego przypadku często zawodziły okoliczności, np. w postaci trenera (mówiąc w skrócie – nigdy nie miał obok kogoś pokroju Belichicka) czy słabszych kolegów dookoła, szczególnie w obronie. W związku z tym ma tylko i aż jeden pierścień, ale nie zmienia to faktu, że przez większość swojej kariery jest absolutnie topowym rozgrywającym i ciągnie Green Bay Packers na swoich plecach. W latach 2009-16 Packers, mimo bardzo różnych perypetii i lepszych lub gorszych składów, zawsze grali w play-offach, a w sezonie 2010 zdobyli tytuł mistrzowski prowadzeni przez Rodgersa, który w kluczowych momentach zdawał się wrzucać kolejny bieg i grać na niedostępnym dla nikogo innego poziomie.
Ta dyspozycja pozostała z nim w sezonie 2011, kiedy zdobył swój pierwszy tytuł MVP. Potem jeszcze powtórzył ten wyczyn w 2014 roku, ale to sezon 2011 pozostał wyznacznikiem wielkości Rodgersa, jako jeden z być może najlepszych w historii dla rozgrywającego. Ponad 4600 jardów, 45 przyłożeń i tylko 6 rzuconych przechwytów to wynik, do którego porównywalni mogli być wtedy tylko najlepsi, jak Tom Brady z sezonu 2007 czy Peyton Manning z 2004 roku. Co ciekawe, zarówno Brady, jak i Drew Bress mieli w 2011 roku sezony, w których przekroczyli ponad 5000 jardów (były to zaledwie trzeci i czwarty taki przypadek w historii), a i tak nie wystarczyło to do nagrody. Rodgers był po prostu aż tak dobry.
Jednak w miarę upływu czasu rozgrywający mógł być nieco zmęczony tą stagnacją, czyli faktem, że co roku, mimo tego że gra znakomicie, ciągle brakowało czegoś do odniesienia sukcesu. Zaczęły pojawiać się plotki o niezadowoleniu z tego, jak Packers trenuje Mike McCarthy, jak budowana jest drużyna i trzeba przyznać, że jeśli tak faktycznie było, to było to niezadowolenie całkowicie uzasadnione. W sezonie 2017 Rodgers złapał kontuzję, a złośliwi stwierdziliby, że ciało w końcu nie wytrzymało przeciążenia od trzymania całej drużyny na własnych barkach. Na dowód tego, nie do końca wyleczony Rodgers wrócił pod koniec sezonu w próbie ratowania awansu do play-offów. Zagrał w jednym meczu, jednak ta sztuka się nie udała i po raz pierwszy od 2009 roku Packers nie zagrali w rozgrywkach posezonowych.
Co gorsza, nie zrobili tego też rok później, mimo tego że ich największa gwiazda rozegrała wszystkie 16 meczów. To był moment, w którym okazało się, że Packers nie mogą dłużej działać w ten sposób i marnować być może ostatnich lat swojego rozgrywającego. McCarthy został zwolniony, ale i Rodgers nie wyglądał już na tego samego zawodnika, co wcześniej - zarówno w 2018, jak i 2019 roku, już po zatrudnieniu nowego trenera Matta LaFleura. Mówimy co prawda o jednym z bardziej utalentowanych rozgrywających w historii, więc „nie ten sam zawodnik” w przypadku Rodgersa to wciąż wysoki poziom. Jednak nie był to ten poziom do jakiego nas (i pewnie siebie również) przyzwyczaił. Większa ilość błędów, przeoczeń, nieporozumień z kolegami sprawiła, że zaczęło się patrzeć na Rodgersa w kontekście jego wieku, dokładnie tak jak z Bradym po sezonie 2013. A Aaron miał w tym momencie… 36 lat, dokładnie tyle, co rozgrywający Patriots przy pierwszych tego typu pogłoskach.
WRÓCIŁ DAWNY RODGERS
Mimo słabszego niż w najlepszych sezonach Rodgersa, Packers doszli w sezonie 2019 aż do finału konferencji. W końcu do swojej największej gwiazdy dołożyli lepszą sytuację dookoła, na czele z trenerem i obroną. W półfinale ligi zostali jednak skarceni przez San Francisco 49ers, a sam Rodgers nie rozegrał najlepszego spotkania, co tylko nasiliło posezonowe dywagacje nad jego formą i tym, że może już nigdy nie być lepszy.
W przerwie międzysezonowej motyw wokół Packers wydawał się jeden – chyba w końcu trafiono z trenerem, a i obrona jest lepsza niż zazwyczaj. Rodgers wciąż gra na wysokim poziomie, ale nie aż takim jak kiedyś, więc potrzebuje pomocy, żeby to utrzymać, np. nowych skrzydłowych. Fani „Serowych” cały okres przed draftem przewidywali różne scenariusze i oczekiwano, że w świetnie obsadzonej klasie skrzydłowych Packers pokuszą się o co najmniej jednego. Najlepiej w pierwszych rundach.
Tymczasem w pierwszej rundzie wybrali… rozgrywającego Jordana Love’a. Na domiar złego w całym drafcie nie wybrali nawet jednego skrzydłowego. Narracja napisała się sama – zamiast dopełnić drużynę, która chwilę wcześniej była blisko Super Bowl, Packers postanowili myśleć przyszłościowo i chcą zastąpić nieco słabszego Rodgersa, który zresztą liczył na zdecydowanie co innego.
Kiedy jego drużyna wybierała, Rodgers zastanawiał się jacy skrzydłowi są w tym miejscu dostępni. Był, tak jak fani, przekonany, że do takiego wyboru dojdzie. Kiedy dostał od swojego agenta krótką wiadomość „rozgrywający”, odszedł od telewizora, by nalać sobie tequili, wiedząc, że noc będzie długa.
Dyskusjom i pogłoskom nie było końca. W dodatku sam Rodgers w wywiadzie wyżej stwierdził, że jeśli za 2-3 lata nadejdzie wybór „albo odchodzi Rodgers, albo nasz pierwszorundowy rozgrywający”, to prędzej wydarzy się to pierwsze, po czym… zaczął grać być może swój najlepszy sezon w karierze. Nigdy wcześniej nie był tak skuteczny (pierwszy sezon w karierze z ponad 70% celności podań), pobił swój rekord touchdownów, rzucając ich aż 48, co jest wynikiem o ponad 20 (!) przyłożeń lepszym niż w dwóch poprzednich sezonach. W dodatku zrobił to tylko przy pięciu rzuconych przechwytach, a Packers okazali się najlepszą drużyną sezonu regularnego w konferencji NFC. Aaron jest głównym kandydatem do swojej trzeciej nagrody MVP, a Packers (patrząc po rozstawieniu) są faworytami do wygrania mistrzostwa konferencji i awansu do Super Bowl.
KIERUNEK: MISTRZOSTWO?
Pamiętacie sezon 2011 jako odnośnik talentu i wielkości Rodgersa? Można to już chyba wykreślić. Sezon 2020 wydaje się dla Rodgersa lepszy albo przynajmniej równy pod niemal każdym statystycznym względem. W zasadzie tylko liczba jardów jest nieco niższa niż wtedy, choć trzeba przyznać, że ma to też związek z grą biegową, która w końcu pomaga swojemu rozgrywającemu.
Nawet Brady w sezonie „post-Garoppolo” nie wystrzelił aż tak bardzo jak zmotywowany Rodgers, który wydaje się, że przez całą tę sytuację… nawet trochę wyluzował. Pojawia się regularnie w programie byłego zawodnika Pata McAfee, w którym, zapytany o dwa poprzednie sezony, potrafi z uśmiechem na twarzy powiedzieć, że jego gorszy rok to najlepszy dla większości rozgrywających w lidze. I jedni stwierdzą, że brzmi to trochę przechwałkowo, a inni, że Rodgers po prostu ma rację, co tylko potwierdza na boisku.
Porównań z Bradym w tej sytuacji nie da się uniknąć, więc dorzucamy najważniejsze – Patriots w roku odrodzenia swojego rozgrywającego wygrali Super Bowl. Fani Packers daliby się pokroić, żeby to samo spotkało ich drużynę. W dodatku w finale konferencji Packers mogą spotkać się ze… zmotywowanym Bradym i jego Buccaneers. Historia mogłaby się zakończyć wtedy piękną, symboliczną klamrą. Szczególnie że wyczyn obu panów nie jest taki prosty, jak się wydaje. Spytajcie Carsona Wentza, któremu wybór konkurencji w drafcie odebrał jakąkolwiek pewność siebie.
Wychodzi więc na to, że tylko najwięksi rozgrywający potrafią sobie poradzić z taką sytuacją. Gdyby po tym wszystkim Rodgers zdobył kolejny pierścień i to grając tak dobrze – smakowałoby to pewnie jeszcze lepiej niż jakikolwiek inny zdobyty w „normalny” sposób.
