Narzekano na powtarzalność produktów marki, no to Marvel zaskoczył. Dostępny w Disney+ serial „Wonder Man” ogląda się trochę jak „Studio” – oczywiście do pewnego momentu.
Tekst sponsorowany przez Disney+
Hollywood lubi kręcić filmy i seriale o Hollywood. Autotematyzm zostawia furtkę dla autoironii, w końcu jak lepiej można pokazać dystans do samych siebie? Ale blichtr Miasta Aniołów po prostu przyciąga widzów, niezależnie od tego, pod jakąś szerokością geograficzną oglądają. Opowiadanie o filmie w filmie działa od lat – „Bulwar Zachodzącego Słońca”, „Boogie Nights” czy „Tropic Thunder” to dobre przykłady.
I ten autotematyzm działa też w „Wonder Manie”. Simon Williams to ambitny aktor, który, jak na złość, nie może przebić szklanej ściany i na poważnie zaistnieć w branży. Kiedy spotyka Trevora Slatery’ego, kolegę po fachu, którego najlepsza aktorskie lata są już za nim, dowiaduje się, że słynny reżyser Von Kovak kręci „Wonder Mana”. Simon postanawia powalczyć o rolę.
To Marvel, jakiego się nie spodziewaliście. Trochę superbohaterski, ale przede wszystkim życiowy. Typ takiej historii dwóch facetów na życiowym zakręcie, którą zazwyczaj interesowali się twórcy amerykańskiego kina niezależnego. Udało się, bo „Wonder Man” ma 91% pozytywnych opinii na Rotten Tomatoes.
My już widzieliśmy, a jakby tego było mało – odwiedziliśmy z kamerą strefę Wonder Mana, bezpośrednio pod newonce.barem.
Tekst sponsorowany przez Disney+
