Wybraliśmy 10 płyt z lat 2001-2010, które były przełomowe w historii muzyki

Zobacz również:Steez wraca z Audiencją do newonce.radio! My wybieramy nasze ulubione sample w trackach PRO8L3Mu
kolaz artykul 2001-2010.png

Nevermind wraca! I nie chodzi tu o słynny album Nirvany (swoją drogą jego nowe wydanie za moment trafi do sprzedaży), ale audycję Bartka Czarkowskiego i Jacka Sobczyńskiego, której mogliście słuchać do lipca na antenie newonce.radio. W programie przybliżane są historie najbardziej wpływowych płyt w historii muzyki rozrywkowej. W zeszłym sezonie przerobili wydawnictwa z lat 1989-2000, w tym biorą się za lata 2001-2010.

W pierwszym odcinku była mowa m.in. o Radiohead, którzy mimowolnie nagrali soundtrack do rzeczywistości po atakach na World Trade Center, o tym, dlaczego Pharrell Williams wycofał ze sklepów pierwszy album swojej formacji N.E.R.D. i o pewnej wokalistce, która udowodniła, że w popie można odnieść wielki sukces, później spaść do trzeciej ligi, a potem... znów odnieść wielki sukces. Kolejne odcinki Nevermind w każdą środę o godzinie 13:00 na antenie newonce.radio oraz, oczywiście, do odsłuchania w wersji podcastowej.

W pierwszym sezonie Bartek i Jacek omówili blisko 200 albumów. W drugim szykują się na podobną liczbę. Ale na razie jeden z dwóch autorów Nevermind pisze o 10 najbardziej wpływowych płytach tamtej dekady. Żeby było trudniej, wybiera po jednym albumie z każdego roku. Dlaczego akurat te wydawnictwa? Przeczytajcie.

1
rok 2001: The Strokes, Is This It
strokes.jpeg

Pierwsza wielka płyta new rock revolution, najważniejszego muzycznego nurtu tamtej dekady. Co ciekawe, za ostatni istotny album zaliczany do prądu nowej rockowej rewolucji krytycy zgodnie uważają pewne wydawnictwo z 2010 roku, co oznacza, że moda w tym przypadku idealnie zgrała się z kalendarzem. Ale o tym za moment.

Po śmierci Kurta Cobaina muzyka gitarowa przeżyła tożsamościowy kryzys. Grunge upadał, przegrywając walkę o młodego odbiorcę z rosnącym w siłę rapem. Gatunkiem, z którego obficie czerpał nu metal, nurt popularny, lecz dla wielu słuchaczy gitar raczej nieprzyswajalny. Nie tylko ze względu na rapowe powiązania, ale i, jakby to ująć, nierzadko dyskusyjny poziom. W dodatku na listach przebojów królowały dinozaury pokroju U2 czy Aerosmith. Nie było łatwo identyfikować się z rockiem, jeśli za świeży głos uchodził tam stuletni Steven Tyler z kolegami.

Aż tu nagle po obu stronach Atlantyku do głosu zaczęli dochodzić młodzi wykonawcy, dla których kanonem byli i Beatlesi ze Stonesami, i ikony alternatywy – Velvet Underground, Sonic Youth, Patti Smith. Świetnie osłuchani, z reguły pochodzący ze studenckich środowisk. Jednymi z pierwszych byli The Strokes, dwudziestoparolatkowie z bogatych, nowojorskich rodzin, którzy od końca lat 90. grywali po małych klubach w swoim mieście. Gdy w 2001 roku wydali debiutancki krążek Is This It, muzyczne media oszalały. Tak prostego, przebojowego rocka nie grał wówczas nikt, a w kawałkach The Strokes przenikały się inspiracje zarówno punkiem spod znaku The Stooges, jak i popem.

Lawina ruszyła, a kolejne lata to wysyp gitarowych zespołów zarówno ze Stanów Zjednoczonych (Interpol, Yeah Yeah Yeahs, Vampire Weekend), jak i Wielkiej Brytanii (Arctic Monkeys, Bloc Party, Franz Ferdinand). Nurt new rock revolution wypracował osobne brzmienie i co szczególnie istotne – modę; to dzięki niemu ulice wielkich miast zaroiły się od ludzi w rurkach, swetrach w paski, marynarkach i trampkach. Zresztą, co ciekawe, to w ogóle był prąd raczej wielkomiejski. Być może ta hermatyczność spowodowała, że nie przetrwał długo. Zbiegł się jednak w czasie z falą popularności sieciowych mediów muzycznych (z Pitchforkiem na czele), dlatego miał zapewniony rozgłos.

Dziś jedynym wykonawcą new rock revolution, któremu udało się pozostać w pierwszej lidze, są Brytyjczycy z Arctic Monkeys. Ale tamta dekada stała pod znakiem przebojowego, gitarowego grania z Londynu i Nowego Jorku, dlatego nie można go pominąć, wspominając lata 2001-2010.

największy hit: Last Nite

2
rok 2002: The Streets, Original Pirate Material
streets.jpg

Jeśli chodzi o brytyjski rap początków XXI wieku, najważniejszym wydawnictwem było chyba Boy In Da Corner Dizzy'ego Rascala. Raskit przegrał jednak z odgórną zasadą tego zestawienia, która nakazała wybierać po jednej płycie z każdego roku – w 2003 za oceanem trafili mu się naprawdę mocni konkurenci. Ale nie ma tego złego, bo starszy o 12 miesięcy krążek Original Pirate Material jest wydawnictwem niewiele gorszym, za to kto wie, czy nawet nie popularniejszym. Nawet jeśli ktoś mógłby w tym momencie przywołać Piha, wydzierającego się: to nie jest hip-hop i to nigdy nie będzie hip-hopem.

Ciężka sprawa z tym The Streets. Krytycy ani nie wiedzieli czy szufladkować to jako zespół, czy pojedynczego wykonawcę (założyciel projektu Mike Skinner na scenie pojawiał się zawsze z żywym bandem), ani też nie byli do końca pewni, o jakim gatunku mówimy. Niby facet rapował, ale muzycznie bliżej temu było do garage'u i 2stepu aniżeli rapu. Zresztą to nawet nie do końca był rap, a dziwaczna monodeklamacja. W dodatku Skinner paskudnie wypadał z rytmu.

Te wszystkie znaki zapytania obróciły się na jego korzyść. The Streets to projekt tak unikatowy, bo będący fuzją wyspiarskiego rapu i muzyki klubowej, dwóch wzajemnie oddziałujących i przenikających się prądów. Sam Skinner nie był, jak większość jego kolegów po fachu, ulicznikiem, a zwykłym, niewyróżniającym się z tłumu kolesiem. Rapował o prostych, przyziemnych sprawach, problemach, z którymi mogły zidentyfikować się miliony dwudziestoparolatków z całego świata. Kiepska robota. Kwasy z dziewczynami. Kłopoty emocjonalne. Marnowanie czasu, leniąc się przed telewizorem. Brytyjczycy, a za nimi słuchacze z innych krajów, także Polski, gdzie The Streets cieszyło się niemałą popularnością, pokochali te historie.

Dziś Mike Skinner dalej nagrywa jako The Streets, ale trzeba powiedzieć otwarcie – nie zapisał się na karcie brytyjskiej muzyki rozrywkowej tak mocno, jak inni młodzi komentatorzy rzeczywistości sprzed lat, z Johnem Lydonem (Sex Pistols) czy Damonem Albarnem (Blur) na czele. To nie jest gość, którego wielkie festiwale bookują na headlinerskie sloty, ale trudno mówić o angielskiej muzyce sprzed dwóch dekad bez przywołania The Streets. W tamtych czasach to była naprawdę mocna marka.

największy hit: Weak Become Heroes

3
rok 2003: Outkast, Speakerboxx/The Love Below
outkast.jpg

Wyróżniali się na tle całej sceny – to jedno. Ale Outkast byli inni nawet od wykonawców z Południa; ich eksperymentalny, śpiewny, czerpiący tyle z g-funku, co jazzu i bluesa rap mocno wychodził poza ramy dirty south. Branża na początku nie wiedziała, jak do Dre i Big Boia podejść, więc dla pewności... wybuczała ich. To wydarzyło się na rozdaniu 1995 Source Awards, gdzie Outkast zostali uhonorowani nagrodą dla najlepszych nowych wykonawców.

Ale w kolejnych latach, konsekwentnie trzymając się obranej stylistyki, parli do przodu. ATLiens, Aquemini i Stankonia rozeszły się w wielomilionowych nakładach. Jednak bank rozbiło dwupłytowe wydawnictwo Speakerboxx/The Love Below, wydane w 2003 roku. Po czasie widać, że opus magnum Outkastu było tak naprawdę początkiem ich końca. Zamiast numerów wspólnych, gdzie potężny rap Big Boia uzupełniał się z nieujarzmionym flow Dre, dwie osobne, składające się na jeden album płyty. I 40 zróżnicowanych utworów: od syntezatorowego szaleństwa na Speakerboxx po orkiestrowe partie w The Love Below. Formuła wspólnych numerów się wyczerpała. I jeden, i drugi byli już ludźmi z zupełnie różnych bajek.

Ten krążek poszerzył pojmowanie mainstreamowego rapu jak żaden przedtem. Udowodnił, że nawet w głównym nurcie jest miejsce na eksperymenty. Był momentami przesadzony, barokowy, uginający się pod ciężarem własnych pomysłów, ale tak osobna wizja rapu nie tyle nie odstraszyła słuchaczy, ile wywindowała Speakerboxx/The Love Below do grona najlepiej sprzedających się albumów w dziejach rapu. Oczywiście chodzi o sprzedaż nośników fizycznych. Tych według RIAA (Recording Industry Association Of America) w samych Stanach zeszło 11 milionów, choć tak naprawdę 5,5 – mówimy o wydawnictwie dwupłytowym, RIAA liczy każdy kompakt osobno.

Może po latach trochę zapomniano o progresywności tego albumu. Ale odpalcie sobie chociażby najpopularniejsze Hey Ya! i pomyślcie, jak to się stało, że tak niestandardowy formalnie numer został w ogóle singlem? A przecież to jeden z przebojów tamtej dekady.

największy hit: Hey Ya!

4
rok 2004: Arcade Fire, The Funeral
arcade fire.jpg

Najważniejszy album 2004 roku? Do tego miana predestynują przynajmniej trzy płyty. Po odrzuceniu College Dropout (Kanye jeszcze pojawi się w tym tekście) i Madvillainy (wydawnictwo przełomowe, ale jednak niszowe) zostaje The Funeral, studyjny debiut Kanadyjczyków z Arcade Fire, którym udało się przeciąć dwa dominujące w połowie dekady muzyczne trendy: indie rocka i współczesny folk. Debiut, który zapoczątkował piękną historię; gdy w slajdzie o The Strokes wspominałem ostatnią wielką rockową płytę dekady, chodziło o ich nagrodzone Grammy The Suburbs z 2010 roku.

To kolejny z gitarowych zespołów, które zawiązały się na studiach. Ale nie w Londynie czy na Manhattanie, a kanadyjskim Montrealu. W linii prostej to około 600 kilometrów od Nowego Jorku, jednak Kanada bywa postrzegana przez Amerykanów jako wielka prowincja. I czuć w twórczości Arcade Fire, że to ludzie spoza głównego nurtu. Samo bogactwo używanego przez nich instrumentarium wskazuje na silne, folkowe wpływy, ale rację mieli także i ci krytycy, którzy doszukiwali się na The Funeral teatralności; głos wokalisty, Wina Butlera, jest podszyty sceniczną emfazą. Z połączenia tego wszystkiego wyszło wydawnictwo wyjątkowe, okrzyknięte współczesnym klasykiem, poruszające problem śmierci ujęty w wielu aspektach; inspiracją do takiego konceptu byli bliscy członków Arcade Fire, którzy zmarli w krótkim odstępie czasu. Jest emocjonalnie, dramatycznie, ale bez operowania patosem. To raczej zapis rozpaczy po odejściu drugiej osoby.

Nie można powiedzieć, że współczesna scena indiefolkowa zaczęła się od Arcade Fire, ale ogromny rozglos, jaki zyskał album The Funeral, sprawił, że słuchacze zaczęli zwracać uwagę na innych wykonawców nurtu; singer/songwriterzy z lat zerowych zawdzięczają im naprawdę sporo. I żeby nie było, że wymyśliliśmy wpływowość tej płyty – zaglądamy na listy podsumowujące dekadę 2001-2010, przygotowane przez najważniejsze muzyczne media świata. NME: miejsce 7. Rolling Stone: 6. Pitchfork: 2. Tam plasowano debiut Arcade Fire. Zasłużenie, proszę pana.

największy hit: Wake Up

5
rok 2005: LCD Soundsystem, LCD Soundsystem
lcd.jpg

W 2005 najwięcej mówiło się o Illinois Sufjana Stevensa, ale indie folk przejęli na tej liście Arcade Fire. Zostajemy jednak na wschodzie Stanów, bo Nowy Jork wydał wówczas na świat niezwykle ciekawy tytuł.

Może i James Murphy nie jest najsympatyczniejszym człowiekiem świata, o czym świadczyło wiele afer, w których uczestniczył. Nie tak dawno temu Jonathan Galkin, z którym Murphy zakładał 20 lat temu wytwórnię DFA Records, o swoim zwolnieniu dowiedział się, gdy przyszedł jak co dzień do pracy i odbił się od zamkniętych drzwi, gdzie bez jego wiedzy pozmieniano zamki. Bywa. Nie zmienia to jednak faktu, że Murphy jest jedną z osób, które dwie dekady temu zbliżyły ze sobą indie rocka i muzykę taneczną. Jego DFA Records wydawała m.in. The Rapture, Hot Chip czy Hercules & Love Affair. Najważniejszym wykonawcą labelu był jednak autorski projekt Jamesa Murphy'ego, LCD Soundsystem. Debiutancki album ukazał się w 2005 roku, gdy Murphy miał 35 lat. Jak widać, nigdy nie jest na to za późno.

LCD Soundsystem odświeżyli nurt dance-punk, kwitnący jeszcze w latach 70. Gatunek spajający to, w czym zasłuchiwali się zarówno bywalcy klubów (disco, funk), jak i reprezentanci ulic, czyli punkowcy. Rzecz jasna w latach zerowych jazgotliwe, punkowe gitary zastąpiły proste brzmienia new rock revolution, ale zamysł pozostał ten sam. Było rockowo i bardzo tanecznie, a sukces LCD Soundsystem pociągnął szereg kontynuatorów – wykonawców zarówno bardziej elektronicznych, jak i gitarowych: Cut Copy, Klaxons, Digitalism czy Late Of The Pier. No i to oni odpowiadają za Daft Punk Is Playing In My House, jeden z tych numerów, które w drugiej połowie dekady rozbrzmiewały na każdej imprezie. Obok, oczywiście, We Are Your Friends i Bonkers.

A sam James Murphy jest pieszczochem nerdów, bo to jeden z tych bardziej osłuchanych twórcow, będących zarówno artystami, jak i zwykłymi fanami muzyki. I tę erudycję mocno czuć w jego utworach.

największy hit: Daft Punk Is Playing In My House

6
rok 2006: Justin Timberlake, FutureSex/LoveSounds
justin timberlake.jpg

Można się zastanawiać, czy większym punktem zwrotnym w karierze Justina Timberlake'a było debiutanckie Justified, czy właśnie FutureSex/Love Sounds. Dzięki temu pierwszemu skutecznie zerwał z metką słodkiego chłopca z boysbandu. Ale to płyta z 2006 roku w pełni ukonstytuowała go jako twórcę popu z epickim oddechem, takiego, jaki przed laty stał się znakiem rozpoznawczym Prince'a.

Po debiucie Timberlake czuł się wypalony. Nic dziwnego, skoro de facto na świecznik trafił już jako 15-latek, najmłodszy członek składu N'Sync. Dobre recenzje Justified cieszyły, ale chciał pójść w inną stronę, spróbować czegoś nowego. Wyjść poza pop. Dlatego trochę bez namysłu rzucił się w branżę filmową, występując w produkcjach średniej jakości. Nie wyszło. Ale Timberlake dał sobie chwilę czasu, a potem zastukał do drzwi studia swojego wieloletniego współpracownika, przywoływanego już w tym tekście Timbalanda. Był listopad 2005 roku. Podobno w studiu bawili się i słuchali Prince'a. Timberlake'owi podobała się popowa monumentalność utworów Księcia, dlatego chwycił za gitarę i tak długo improwizował, aż wymyślił motyw, który później przerodził się w What Goes Around... Comes Around.

Reszta? Reszta jest historią. FutureSex/Love Sounds umieszczamy w zestawieniu dlatego, że krążek Timberlake'a mocno przyczynił się do zmiany recepcji popu. Przypomniał, że to pełnoprawny gatunek muzyczny, w którego obrębie mogą powstawać arcydzieła – a nie, że ikoniczne płyty są zarezerwowane jedynie dla Pink Floyd i ich naśladowców, bo rock jest z założenia lepszym gatunkiem. Nic z tych rzeczy. Rozmach i stadionowość albumu wpłynęły na wiele ważnych tytułów pojawiających się w kolejnych latach, a sam pop na dobre zawitał w rocznych podsumowaniach ważnych muzycznych mediów. I tylko trochę szkoda, że to ostatni tak mocny album Justina Timberlake'a.

największy hit: SexyBack

7
rok 2007: Burial, Untrue
burial.jpg

Lipiec 2005. Londynem wstrząsa seria zamachów w tamtejszych pojazdach komunikacji miejskiej; trzy bomby wybuchły w metrze, jedna w autobusie. Eksplozje zabiły 52 osoby, a miasto zostało sparaliżowane – także ze strachu. Dwudziestokilkuletni William Bevan musi przejść pieszo odcinek od południowego Londynu do centrum. Kolejne dzielnice były odpowiednikami kręgów dantejskiego piekła: Bevan zobaczył swoje miasto w gruzach, pełne przerażonych ludzi, którzy nie wiedzieli, co mają właściwie teraz zrobić i dokąd pójść. Muzykę nagrywał od jakiegoś czasu, ale to traumatyczne wydarzenie zostawiło w nim coś wyjątkowego – wizję apokalipsy za rogiem.

Ten sam William Bevan dwa lata później wydał – nie bójmy się tego określenia – album, który wszedł do panteonu najbardziej ikonicznych wydawnictw w historii elektroniki. Co prawda nikt wówczas nie wiedział, że to on jest jego autorem. Tożsamość tajemniczego Buriala została odsłonięta dopiero później.

Trochę niesłusznie Untrue zaklasyfikowano jako dubstep. Oczywiście, część inspiracji Buriala pochodzi z podziemnej, zbudowanej na dubie, techno i 2-stepie muzyki klubowej, która od początku dekady cieszyła się w Wielkiej Brytanii coraz większą popularnością. Ale Untrue to także ambient i sample z mainstreamowego soulu i r'n'b, a przede wszystkim unosząca się nad całością hauntologiczna otoczka. I tkanka miejska, bo Burial, szukając inspiracji, niczym bohater Lisbon Story nagrywał ścieżki na ulicy, w metrze, autobusie, w centrach handlowych. Efektem soundtrack do życia zamglonej, mrocznej, lekko przerażającej metropolii. Magazyn The Ringer nazwał Buriala twórcą muzyki augmented reality, bo przetwarzając autentyczne dźwięki otaczającego nas świata, tworzy z nich muzyczne tekstury i przeszczepia codzienność na płaszczyznę sztuki.

Wydane przez Hyperdub Untrue z miejsca trafiło do czołówek rocznych podsumowań. Sukces płyty sprawił, że po dubstep i ambient coraz częściej sięgali słuchacze, którzy przedtem nie mieli z tymi gatunkami nic wspólnego. Kto wie, czy globalny sukces tego pierwszego nie zawdzięczać po części i jemu, choć od Buriala do, dajmy na to, Skrillexa, droga daleka. Burial był też jednym z tych, którzy wprowadzili do ówczesnej muzyki duchologiczny element, obecny później chociażby w twórczości The XX.

Jego płyta jest dziś klasykiem, ale on sam pozostał wierny tajemnicy. Nigdy nie zagrał żadnego koncertu ani setu, nie pokazał się też publicznie. Oczywiście, że taka decyzja od lat prowokuje szereg spekulacji; jedna z zabawniejszych mówi, że Burial i Banksy to ta sama osoba.

największy hit: Archangel

8
rok 2008: Kanye West, 808's & Heartbreak
kanye 808.jpg

Pierwszym hitem używającym tego efektu jako naturalnego komponentu utworu był Believe Cher. Auto-tune stosowali też T-Pain i Lil’ Wayne, ale to wydana w 2008 roku płyta 808’s & Heartbreak, czwarty studyjny krążek Kanye’ego Westa, wywołała największe zamieszanie. Stało się tak, ponieważ do tej pory Yeezy był kojarzony przede wszystkim jako digger i entuzjasta organicznego soulu, wpuszczający do coraz bardziej plastikowego hip-hopu sporo ciepła. Tymczasem nagle wykonał zwrot o 180 stopni i nagrał absolutnie odhumanizowany album, w dodatku praktycznie bez rapu.

Istotne były trzy rzeczy. Po pierwsze – niespodziewana śmierć Dondy West, ukochanej mamy i najlepszej przyjaciółki Kanye’ego. West cierpiał tak bardzo, że uciekł na kilka miesięcy od świata i zaszył się w studio, by poprzez pracę zagłuszyć ból. Tego z kolei nie wytrzymała jego narzeczona, Alexis Phifer, z którą rozstał się wiosną 2008 roku. To był też okres, w którym West po raz pierwszy znalazł się pod tak wielkim ostrzałem mediów. Czuł samotność na szczycie i bijący od świata emocjonalny chłód. A to nie jest dobry moment, by nagrywać kolejne radosne beaty (czwartym albumem Kanye’ego miała być kontynuacja studenckiego klimatu College Dropout). Stąd tak odmienna i zaskakująca płyta, jak 808’s & Heartbreak.

I jeszcze jedno – cała ta metamorfoza miała być celowym policzkiem dla tych, którzy oczekiwali od niego kontynuacji raz obranej na College Dropout drogi. Świat hip-hopu patrzy na auto-tune z pogardą, a dla mnie to jest rodzaj dziecięcej radości z odkrywania czegoś nowego. Nigdy nie utraćcie swojego dzieciństwa – miał powiedzieć podczas jednego z pierwszych publicznych odsłuchów płyty.

Kanye West pokazał, że rap bez rapowania to... dalej rap. I że auto-tune użyty nie jako ciekawostka, a naturalny komponent utworu, może współtworzyć rzeczy wielkie. Wpływ 808’s & Heartbreak na to, jak dziś wygląda współczesny rap, jest niebywały.

największy hit: Love Lockdown

9
rok 2009: Florence and The Machine, Lungs
i-lungs-florence-and-the-machine-winyl.jpg

To chyba najtrudniejszy wybór z całego zestawienia. Rok 2009 przyniósł sporo świetnych płyt, ale niełatwo wskazać takie, które faktycznie odcisnęły rys na muzyce, nie tylko gatunkach, które reprezentują. Można pomyśleć o The XX i ich bedroom music, ale finalnie na listę trafia propozycja mocno kontrowersyjna. W końcu Lungs było wydawnictwem bardzo popularnym, aczkolwiek nie hołubionym przez krytykę tak mocno, jak inne premiery 2009 roku, z Merriweather Post Pavilion na czele.

Wytłumaczenie będzie krótkie. Florence Welch nie zrobiła rewolucji w popie, ale jej barokowa, inspirowana Kate Bush wizja przyciągnęła miliony. I można uśmiechać się na myśl o tych wszystkich fankach z pierwszych rzędów koncertów, plecących sobie wzajemnie wianki na głowy, natomiast styl Florence and The Machine w pewnym stopniu przeniosły do swojej twórczości tak artystki jak Jessie Ware, Banks, Lykke Li czy Ellie Goulding. Ten patetyczny, teatralny pop z ekspresyjnymi wokalami trafiał zarówno na żywo, jak i studyjnie, rozprzestrzenił się po playlistach i ścieżkach dźwiękowych rozmaitych filmów, seriali czy reklam. Być może część słuchaczy uważała go za ambitniejszy odłam gatunku, który Florence dzieliła z jednostrzałowymi gwiazdkami. Ambitniejszy, ale i tak bardzo przystępny. A po raz pierwszy usłyszeliśmy go właśnie w 2009 roku na płycie Lungs.

największy hit: You've Got The Love

10
rok 2010: Kanye West, My Beautiful Dark Twisted Fantasy
kanye mbdtf.jpg

Jesienią 2006 roku Kanye supportował U2 na dziewięciu australijskich koncertach podczas trasy Vertigo Tour. Trochę trudno uwierzyć w to, że dobrowolnie zgodził się na bycie tą mniejszą gwiazdą wieczoru, ale zagranie było świadome; Ye chciał podpatrzeć, jak zachowują się U2 na scenie, grając koncerty dla nawet 200-tysięcznej publiczności – tyle osób przyszło na każdy z ich trzech występów w Sydney. Później, przy pracy nad swoim trzecim albumem Graduation, słuchał zarówno superpopularnych wówczas, stadionowych The Killers i Coldplay oraz… Boba Dylana i Johnny’ego Casha. Od tych pierwszych nauczył się, że rock z rozmachem wymaga skupieniu się na liderze formacji (Kiedy słucham Coldplay, słyszę przez cały album jeden głos), dlatego solidnie ograniczył liczbę gości na albumie. Od Casha i Dylana – tworzenia prostych, osobistych, chwytających za serce historii, które wzruszą każdego, niezależnie od tego, czy lubi rap, czy też nie. Zresztą zamiłowanie do przepychu zostało mu na dłużej, My Beautiful Dark Twisted Fantasy to album wręcz kipiący od patosu; od charakterystycznych dęciaków i chóru gwiazd w All Of The Lights, po monumentalne Runaway.

Zapomnijcie o surowym brzmieniu i prostych, ciętych z klasyki samplach. Kanye West swoim albumem – potworem stworzył wzorzec rapowej superprodukcji. Trudno wymienić wszystkie nagrane z podobnym rozmachem hip-hopowe krążki, które powstawały w kolejnej dekadzie. A kiedy wszyscy oczekiwali, że West swoją kolejną płytą dokręci kurek patosu do maksimum, on wyrzucił My Beautiful Dark Twisted Fantasy do kosza i nagrał ultrasurowego Yeezusa. Do którego wrócimy przy analogicznym podsumowaniu najważniejszych płyt dekady 2011-2020.

największy hit: All Of The Lights

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.