50 najważniejszych płyt w historii polskiego rapu, miejsca 30-21

1487250435308-TedeNoisey-7-768x512.jpeg

Trzecia dycha naszego zestawienia to kolejne płyty, które w znaczący sposób wpłynęły na to, jak wygląda scena hiphopowa w Polsce. Czasami krążki nowsze, dużo częściej - starsze, wszystkie jednak niesamowicie istotne i odciskające swe piętno na dzisiejszym obrazie rodzimej rap-gry; świata, który co rusz zatacza szersze kręgi, wciąż ewoluuje i zmienia raz po raz wektor swojego rozwoju i ekspansji.

Sprawdź też, co znalazło się na miejscach 40-31 oraz 50-41

1
30. Tede - Elliminati (2013)
pjimage-149.jpg

Po trzech i pół roku, jakie upłynęły od czasu niesławnego incydentu w Zielonej Górze, Tede za sprawą Elliminati nie tylko reanimował swoją karierę, ale też ostatecznie otworzył się na nowe brzmienia. Co więcej, stał się profesorem i jednym z pionierów nowoczesnych trendów na polskiej scenie rapowej. Żeby zrozumieć, jak spektakularnym wjazdem z buta było Elliminati, trzeba było wtedy na bieżąco śledzić bieg wydarzeń. Tede całe lata nagrywał krążki, które w żaden sposób nie przystawały do skali jego możliwości i talentu. Przyzwyczaił wręcz odbiorców do fonograficznego planktonu w rodzaju FuckTede/Glam Rap czy Notes 3D. I kiedy niektórzy zaczęli już palić znicze, wydał to dwupłytowe, epickie monstrum; materiał diablo zróżnicowany na poziomie tekstów (od braggadocio do utworów koncepcyjnych) i produkcji (od klasycznych beatów do nowej szkoły). Elliminati było bezczelne i stylowe do tego stopnia, że pojawiły się opinie, iż Tede ostatni raz w takiej formie był na S.P.O.R.T. Nic dziwnego, sam raper deklarował odważnie: To zdecydowanie moja najlepsza płyta. W zasadzie pierwsza, bo przy niej wszystkie poprzednie to demówki. Marek Fall

2
29. Waco - Świeży materiał (2001)
WACOSwiezymaterial.jpg

Płyta Waca to jeden z ostatnich niesamowicie istotnych dla rozwoju sceny albumów producenckich (które co prawa wychodzą do dzisiaj, ale straciły już chyba moc zmieniania trajektorii, w jakie szło wówczas środowisko), a jednocześnie - pospołu z WhiteHouse’owym Kodexem - symbol zmiany, jaka zachodziła wówczas w rodzimym bitmejkingu. Klasyczne, surowe, acz stylowe brzmienie Volta powoli zaczęły wypierać dużo bardziej złożone aranżacje, a miejsce producenckich zaczęli coraz częściej zajmować ludzie z dużo większą wiedzą studyjno-muzyczną. Dodatkowo jeszcze Świeży materiał to pierwsza płyta wydana w zależnym jeszcze wtedy od BMG, nowopowstałym Prosto i swego rodzaju most zbudowany pomiędzy stroną jasną i ciemną, których reprezentanci pojawiali się obok siebie na trackliście płyty. A jeśli ktoś szuka najważniejszego grafficiarskiego hymnu w polskim rapie (Graffiti), jednych z najbardziej klimatycznych storytellingów w jego historii (Czas dokonać wyboru, Tak to wygląda) i do dziś jednych z najbardziej angażujących bitów stworzonych nad Wisłą (Póki co!), wszystko to znajdzie u Waca.

Filip Kalinowski

3
28. Eldo & Bitnix - Człowiek, który chciał ukraść alfabet (2006)
pjimage-150.jpg

To trochę podobny przykład do IQ, ale tu akurat bardziej podkreślamy status solowej twórczości Eldo, mniej zaś konkretnego albumu. Leszek Kaźmierczak może się bowiem pochwalić chyba najspójniejszą, najbardziej konsekwentną dyskografią spośród wszystkich gwiazd pierwszej fali polskiego hip-hopu. Wybieramy Człowieka…, bo to najmniej znana i najlepsza solowa płyta Eldoki. Formalnie przypomina zbiór opowiadań, rozpięty między storytellingiem, a wewnętrznymi przemyśleniami Eldo. Niby raper cały czas stąpa po warszawskim bruku, ale na przestrzeni 18 kawałków kreuje odrębną rzeczywistość, w której przeglądają się realizm magiczny (Diabeł na oknie), realizm niemagiczny (Świadek z przypadku), czy zwykła poezja (Hotel Savoy). Coś jeszcze? To nie jest łatwy album - oszczędne, oparte na jazzowych samplach produkcje Bitnixów są wręcz antyprzebojowe. Bez hooków, bez chwytliwych refrenów, za to z niesamowitym literackim feelingiem. Tak, w 2006 roku ten człowiek ukradł innym raperom alfabet.

Jacek Sobczyński

4
27. Dinal - W strefie jarania i w strefie rymowania (2006)
dinal-w-strefie-jarania-i-w-strefie-rymowania.jpg

W tekście dla Onetu z 2010 roku na temat fenomenu hip-hopowego podziemia w Polsce postawiłem tezę, że w połowie ubiegłej dekady zagadnienie przewagi Dinali nad Brudnymi Sercami i na odwrót przypominało (zachowując odpowiednie proporcje) legendarne starcia o Beatlesów i Stonesów. O ile Smarki i Zkibwoy reprezentowali najczęściej nurt poważnej introspekcji i osiedlowych nauk społecznych, Pan Wankz stawiał na techniczne zaawansowanie (na płaszczyźnie wielokrotnych rymów o całe lata wyprzedził polską scenę), które wykorzystywał do konstruowania zdystansowanych tekstów. W strefie jarania i w strefie rymowania to śmiertelna kombinacja luzu, błyskotliwości i techniki, które czynią z tego materiału jedno z najbardziej listenable wydawnictww historii polskiego rapu. Przygotowując wspomniany na wstępie artykuł miałem okazję porozmawiać z Wankzem, który zarzekał się, że kolejny album Dinal ujrzy światło dzienne, jednak nigdy tak się nie stało. Pewnie stąd ta asekuracja w deklaracjach sprzed lat: W naszych życiach to było hobby na boku. Nie zdecydowaliśmy się pójść na całość i zostać pełnoetatowymi artystami, jak Mes albo TDF. Mnie, jako pojedynczego człowieka zwyczajnie nie stać na to, żeby prowadzić karierę rapera z prawdziwego zdarzenia plus karierę, którą mam w swoim życiu i jeszcze parę innych hobby, na które muszę mieć czas. Rap jest tylko jedną z rzeczy.

Marek Fall

5
26. Wzgórze Ya-Pa 3 - Centrum (1997)
pjimage-151.jpg

1997 rok, polski język, teraz mam głos - nawijał swoim szalonym stylem Radoskór w pierwszych wersach numeru Język polski, który był swoistym manifestem rodzimego rapu schyłku lat 90. Stawiające dopiero swe pionierskie kroki krajowe środowisko hiphopowe zyskiwało właśnie tożsamość i pewność, by wzorce zaobserwowane za oceanem przekuwać we własną, indywidualną wizję, tego czym słowa klejone do bitu mogą stać się nad Wisłą. Kieleckiego miasta brudne dzieci, przy całej swojej miłości dla zrodzonej na Bronxie kultury 4 elementów, potrafiły bowiem nadać jej muzycznej odsłonie swój własny autorski sznyt - szlif wykuwany w miejscach, w których nie ma przemocy, gangsterów i złości, nie ma pokoju i nie ma miłości, jest pustka. Wschodnioeuropejska pustka i paranoja schyłku lat 90. nie odbijała się już jednak - tak jak na ich debiucie - w mocno inspirowanych Cypress Hillami i Public Enemy, boom-bapowych bitach, ale w dużo bardziej autorskiej, przejaranej, acz również wyluzowanej formie, której dryf wciąż nadawał (kontra)basowy groove, ale sample brane już były częściej z europejskiej spuścizny muzycznej (swoją drogą ścinków z The Prodigy i The Orb wykorzystanych w P.A.R.K.u nie powstydziłyby się PRO8L3My na swoim nowym mixtapie). Filip Kalinowski

6
25. Małolat & Ajron - W pogoni za lepszej jakości życiem (2005)
maxresdefault-7.jpg

Małolat długo pracował na to, by za sprawą W pogoni za lepszej jakości życiem zapisać się w annałach polskiego rapu. Wiele lat wcześniej, pod koniec lat 90., debiutował na składance RRX-u Hip-hopowy raport z osiedla w najlepszym wykonaniu, później pojawiał się także na krążkach Płomienia 81 czy O$ki. Dlatego kiedy w 2004 roku przystąpił razem z Ajronem do nagrywania solowego debiutu, był w pełni gotowy na wielkie rzeczy. Zresztą słychać to już w pierwszych taktach tego longplaya, gdy w utworze To tylko M&A leci bezczelnie To tylko ja duetu Pezet/Noon, wytrącając oręż z ręki wszystkim tym, którzy chcieliby wypominać mu kopiowanie brata. W pogoni za lepszej jakości życiem jest jednak wyjątkowe przede wszystkim z uwagi na to, że wprowadza do formatu rapowego albumu ulicznego element emocjonalnych rozterek i frustracji. No i ta post-Eisowa i post-Pezetowa stylówka jest przecież niepodrabialna.

Marek Fall

7
24. Liroy - Albóóm (1995)
Liroy-Alboom.jpg

Samplowanie cudzych bitów, rapowanie po angielsku, czy właściwie każde oskarżenie kierowane 20 lat później pod adresem… Gangu Albanii - czegokolwiek jednak by ludzie w połowie lat 90. kieleckiemu scyzorykowi nie zarzucali, to wszyscy i tak słuchali Alboomu. Z ciekawości, z braku innych rapowych nagrań (bo poza debiutanckim Wzgórzem i pierwszym Trials-X nie było wtedy właściwie żadnego wyboru), z chęci skrytykowania go jeszcze bardziej niż przed odsłuchem, czy przypadkiem chodząc po mieście, gdzie co chwilę z którejś bazarowej budy albo kaseciaka w przejeżdżającym Polonezie Caro leciało Scoobiedo-Ya. Poczwórna platyna w czasach, gdy oficjalne nakłady stanowiły marny procent tego, co szło w pirackim obiegu, dwie statuetki Fryderyków i ogólnonarodowa świadomość tego, czym jest rap - albo przynajmniej czym jest w wykonaniu Piotra Marca - to tylko niektóre z osiągnięć przyszłego pana posła. A głównym i do dzisiaj tkwiącym w pamięci wielu osób było chyba jednak to, że na dwie dekady przed nadejściem Króla Albanii Liroy dał wszystkim krajowym podstawówkom wyskakać się i pokrzyczeć: Ej ty ku**a, ty ku**a, ku**a, ku**a mać / Posłuchaj ch**u jeden, co mówi nasza brać.

Filip Kalinowski

8
23. Hemp Gru - Klucz (2004)
pjimage-152.jpg

Debiutancka płyta Hemp Gru spadła na krajowe osiedla jak bomba. Po jej wydaniu nic już na polskiej ulicy nie było takie samo i nie mamy tu na myśli tylko jej rapowego odłamu, ale również ten najbardziej dosłowny - miejski, który w przeciągu roku cały pokrył się tagami HG. Osiedlowe szeregi Hemp Armii wypisywały charakterystyczne logo grupy na ścianach każdej aglomeracji w Polsce i - jak gdzieś kiedyś wspominał Wilku - wszystko jedno, czy umieli to robić i czy byli jakkolwiek związani ze składem, bo ten symbol miał być po prostu wszędzie. I był, podobnie jak nagrania warszawskiego duetu, z którym blisko się trzymali cudowny dzieciak Żary i zawsze nielegalny weteran Kaczy. Słychać było je z okien bloków i przejeżdżających fur, a teksty prędko weszły do codziennego języka całego pokolenia - wychowanków świata, który pier**li policje, świata, którego drzwi joint otwiera. Klucz to napędzana świetnymi, często zupełnie osobnymi bitami Waca i 600V relacja z bandyckiego Mokotowa, na którą czekały dziesiątki tysięcy fanów.

Filip Kalinowski

9
22. Fisz - Polepione dźwięki (2000)
jXcxoCO.jpg

Przy opisie albumu Dizkreta i Praktika wspominaliśmy trochę o tym, że wykształceni, intelektualni raperzy nie mieli łatwo w erze WWO i Molesty. Był jednak jeden wyjątek - Fisz. Od razu trzeba dodać, że twórczość Waglewskiego docierała do nieco innych odbiorców i nieco innymi kanałami; nie tyle Ślizg, Klan i przegrywane taśmy pod blokiem, ile Machina i bezustanna rotacja na antenie Radiostacji, absolutnie najważniejszej, najsilniej kulturotwórczej rozgłośni przełomu wieków. Dlatego Fisz polaryzował jak mało kto - podchodząca ostrożnie do rapu inteligencka publika odnalazła w nim pierwszego wyraziciela myśli pokolenia, ulicznicy zaś uważali go za geja w zbyt wąskich spodniach. To wystarczyło, by o Polepionych dźwiękach zrobiło się głośno. Po latach warstwa muzyczna zupełnie się nie broni, wyraźnie czuć, że pomimo przeszłości w RHX solówka Fisza była dla jego brata Emadego w dalszym ciągu poligonem doświadczalnym. Ale już tekstowo to album wręcz kapitalny, skrzący się humorem, przenikliwością i niebywałą - nawet jak na dzisiejsze czasy - łatwością w formułowaniu celnych spostrzeżeń na przestrzeni kilku wersów, czy nawet słów. Posłuchajcie fantastycznego D.C.P., hitowej Czerwonej sukienki albo Polepionego, jednego z najpiękniejszych listów miłosnych w historii polskiego rapu. I pamiętajcie, że ten koleżka jako pierwszy w Polsce wyprowadził rap z podwórek na uczelnie.

Jacek Sobczyński

10
21. 3H - Wuwua (1997)
hqdefault.jpg

Choć debiutanckie płyty - a raczej kasety - Liroya, Wzgórza Ya-Pa 3 i Kalibra w drugiej połowie lat 90. znaliśmy na pamięć, to o tym, że w języku polskim można naprawdę fajnie rapować, przekonał nas dopiero Tas De Fleia, a dokładnie jego zwrotka w numerze Wyłącz mikrofon ze składanki SP. Swój status MC, który większość kolegów po fachu kładzie na łopatki nie tylko umiejętnościami, ale również bystrością i stylówą, Tede potwierdził wydanym w drugim obiegu, debiutanckim materiałem 3H. Czyli tria, w którego skład wchodzili jeszcze Ceubina i DJ JMI, a którego nazwa rozwijała się proste, acz dobitne Hardcore Hip-Hop. Krążąca z rąk do rąk kaseta z kserowaną okładką była w 1997 roku nie dość, że źródłem informacji o otaczającym nas świecie, dużo aktualniejszym niż jakiekolwiek inne medium, to jeszcze swoistym znakiem rozpoznawczym ludzi, którzy uświadamiali sobie właśnie, że są hip-hopowcami. Tej specyficznej, wąskiej jeszcze wtedy (choć już szeroko się noszącej) grupy osób, którą na co dzień chroniło M O R O M O C N E U B R A N I E, która dzień w dzień zastanawiała się ,skąd brać pier***one PLNY, i której nikt by nie przetłumaczył, że jest inna miejscówka, która jest równie super i tę moc ma, niż WuWuA.

Filip Kalinowski

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.