Andrew Scott i Paul Mescal to „Dobrzy nieznajomi” z najbardziej poruszającego filmu sezonu

All Of Us Strangers.jpg
fot. kadr z filmu "Dobrzy nieznajomi"

Dramat o nieakceptacji, dramat o samotności, dramat science fiction. Wszystko w półtoragodzinnej opowieści rozpisanej na czworo aktorów.

Jak żyjesz z pisania, to musisz zaakceptować samotność. Bez intymności nie ma jak zbudować osobnego świata i wcisnąć go w ramy pojedynczych zdań – nawet drobna ingerencja intruza z zewnątrz może połamać ten konstrukt na kawałki. Taki Adam (Andrew Scott), główny bohater Dobrych nieznajomych, zamknął się w niewielkim mieszkaniu opustoszałego londyńskiego apartamentowca jak księżniczka na wieży. Tam spokoju nie zakłóci nikt – a jest mu potrzebny, żeby dociągnąć do końca powstający w mozole scenariusz o jego prywatnej historii, człowieka wykluczonego przez społeczność angielskiej prowincji. A potem do jego drzwi dzwoni przystojny sąsiad Harry (Paul Mescal) i spokój trafia szlag.

Tu wypada postawić kropkę, bo im mniej wie się o filmie Andrew Haigha (Zupełnie inny weekend, 45 lat) przed seansem, tym lepiej. Reżyser buduje narrację opartą na pojedynczych scenach, spojrzeniach, gestach, muśnięciach. Przecina jawę ze snem, miesza płaszczyzny czasowe, skacze z połowy lat 80. do współczesności. Z tego, co było kiedyś, do tego, czym mogłoby być dziś. Mogłoby, ale nie zawsze jest. Zawiłe? Z Dobrymi nieznajomymi jak z Szóstym zmysłem – po seansie chce się do niego wrócić, żeby jeszcze raz poukładać te klocki.

Dobrzy nieznajomi 1.jpeg
fot. kadr z filmu "Dobrzy nieznajomi"

Podczas zdjęć dostałem wysypki. To była pierwsza wysypka, odkąd jako młody człowiek wyprowadziłem się z rodzinnego domu. A teraz, po tylu latach, wróciłem do niego, żeby nakręcić tam część filmu – opowiadał w rozmowie z Guardianem Andrew Haigh. Możliwe, że to zwykły epizod psychosomatyczny, niepowiązany ściśle z prywatnymi doświadczeniami reżysera. Ale jakby spojrzeć w jego biografię, to kropki zaczynają się łączyć. Haigh dorastał w Wielkiej Brytanii lat 80. jako nieheteronormatywny nastolatek. Pośród społeczeństwa, które z jednej strony hołubiło homo i biseksualne gwiazdy (Freddie Mercury, David Bowie, muzycy Pet Shop Boys), a z drugiej strony, w badaniach przeprowadzonych w połowie lat 80., blisko 85% Brytyjczyków deklarowało niechęć wobec gejów i lesbijek; dobrze, że sobie istnieją, byle daleko od nas. Ostracyzm nakręcała zbierająca śmiertelne żniwo spirala AIDS, nierozerwalnie kojarzona ze społeczeństwem LGBT. Wtedy czułem, że jedynym wyjściem jest… zostanie osobą hetero. A przecież to było dla mnie niemożliwe. Kiedy podczas kręcenia filmu wracałem pamięcią do przeszłości, wizualizowałem sobie dzieciństwo, którego nigdy nie zaznałem – mówił w tym samym wywiadzie reżyser, który jest odpowiedzialny także za scenariusz Dobrych nieznajomych. Zgadzają się tylko miejsca, sceny, osoby. Podobno niektóre dialogi Adama z jego filmowymi rodzicami są odwzorowane jeden do jednego względem rozmów w rodzinie Andrew Haigha.

Dobrzy nieznajomi 2.jpg
fot. kadr z filmu "Dobrzy nieznajomi"

Największą siłą Dobrych nieznajomych jest to samo, co udało się twórcom głośnego Aftersun – możliwość różnorakiego odczytania filmu przez pryzmat własnych doświadczeń. Haigh nie zrobił go z kluczem – dla części widzów dominantą jest opowieść o nieakceptacji społecznej, inni zapamiętają go jako obraz o traumach z dzieciństwa, które później, w dorosłym życiu, rezonują z wzmożoną siłą, a jeszcze inni jako głos w sprawie samotności, choroby cywilizacyjnej XXI wieku. Ta samotność to dwa wilki w głowie Adama. Karmi się nią, pisząc, a przy tym zżera go od środka, gdy wizualizuje alternatywną rzeczywistość, bo nie radzi sobie z tą prawdziwą. Pielęgnuje udawaną męskość, ale kiedy nie upada – znów jest dzieckiem, które chowa się w pościeli rodziców. Zresztą wątek nieprzepracowanej relacji na linii rodzic – dziecko jest tu chyba najciekawszy, a już na pewno najefektowniej przedstawiony. I znów – bez zdradzania scenariuszowego chwytu, jaki wymyślił sobie Andrew Haigh. Dość powiedzieć, że w ten kameralny dramat o wyobcowaniu na poważnie i z pełnym uzasadnieniem wjeżdżają wątki science-fiction, a i tak nie będzie to największe zaskoczenie, jakie przyniesie film.

Przeraźliwie smutno ogląda się, jak ten uroczy niedźwiedź Adam, świetnie zagrany przez Andrew Scotta, w półtorej godziny rozpada się na oczach widzów. Gdzieś tam w tle majaczą duchy rodziców, którzy posiłkując się tekstem Always On My Mind, wielkiego hitu Pet Shop Boys, przepraszają go za nieudane dzieciństwo, ale przecież duchy nie istnieją – a skoro tak, to przeprosiny też nie. Nic, tylko wrócić do komputera w pustym mieszkaniu i spróbować dokończyć pisać tę historię, która jak na złość ani nie chce się skończyć, ani dryfować w kierunku happy endu. Ostrzegamy, będzie bardzo smutno, chociaż, tu też cytat z innego obecnego w Dobrych nieznajomych wielkiego przeboju pop, The Power Of Love zespołu Frankie Goes To Hollywood, oczyść duszę, pozwól, żeby miłość była celem. To niech ta ostatnia scena będzie też światełkiem w tunelu, żeby nie wychodzić z tego znakomitego filmu na kompletnym przybiciu.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.
Komentarze 0