Biak: „Kwestie typu wybaczenie” (rozmowa z gazety newonce)

Biak
fot. Ybze

Nie tylko w naszym języku „ojczyzna” wywodzi się od słowa „ojciec”. I nabiera szczególnie rozdzierającego znaczenia, gdy w miejscu pochodzenia przekazywane jest z pokolenia na pokolenie piętno przemocy. Biak przerwał ten krąg. Nie tylko tworzy dom, którego sam nie miał, ale też „odczarowuje” hometown, współprowadząc pracownię Krewka w Gliwicach. Ten wywiad towarzyszy premierze płyty „Jasny Obraz Ciemnych Czasów 2”.

To rozmowa, którą znajdziecie w szóstym numerze naszej gazety. Tutaj pełna lista miejsc, gdzie gazeta jest dostępna

W moim przekonaniu jesteś autorem, którego można by przyporządkować do „literatury małych ojczyzn”. Najczęściej ona jednak w twoim wykonaniu wypada gorzko i boleśnie. Nasuwa mi się więc pytanie, dlaczego właściwie nigdy na dobre nie wyjechałeś z Gliwic?

Miasto, z którego pochodzę, samo w sobie, nigdy nie było dla mnie czymś, od czego chciałbym uciekać. A poza tym bardzo przywiązuję się do miejsc i jestem trochę lękowy, więc zmiany ciężko mi przychodzą. Długo też nie miałem pomysłu, co ze sobą zrobić w życiu, a żeby wyjechać, dobrze byłoby wiedzieć po co.

Podejmowałem próby, ale to zawsze było chwilowe. Miałem takie cztery lata, że spotykałem się z dziewczyną z Zabrza. Krążyłem między jednym miastem a drugim i to była trochę ucieczka. Później wyjechałem na studia, pomieszkiwałem w Częstochowie – na długo zanim złapałem się z Qzynem, pojechałem na saksy… Ale generalnie byłem zbyt tchórzliwy, żeby gdzieś się ruszyć bez planu.

Napisałeś na nowy album, „Jasny Obraz Ciemnych Czasów 2”, utwór „Możesz iść” stanowiący pożegnanie z przemocowym ojcem. Kilka indeksów dalej są „Niedopałki” o tym, jak odwiedzasz babcię w mieszkaniu, gdzie się wychowywałeś i „każda zagojona rana nieprzyjemnie swędzi”. Zostawienie tej przeszłości za sobą także w sensie fizycznym to nie byłoby coś, co mogłoby przynieść trochę ulgi?

Kiedy zacząłem badać swój łeb i zastanawiać się, jak dojść do siebie, okazało się, że to nie miejsce jest dla mnie problemem. Gdzie bym się nie znalazł, dalej miałbym swoje deficyty i nieprzepracowane rzeczy. Chodzi o poradzenie sobie z rzeczywistością i pogodzenie się z niektórymi faktami; o kwestie emocjonalne typu wybaczenie. Niewiele we mnie zostało dziecka, które bywa złe na to, co się działo. Z perspektywy czasu raczej zrozumiałem przeszłość. Mam w sobie dużo empatii i nawet w sytuacji, kiedy ktoś robi coś bardzo złego, staram się dowiedzieć, skąd to się bierze.

Wyjazd stąd byłby dla mnie ucieczką, a to miejsce również dużo mi dało. Zresztą – miałem w 2022 roku epizod w Warszawie i okazało się, że pozostało mi po nim jeszcze więcej znaków zapytania. Kiedy wróciłem, to poczułem, że to może być moja baza wypadowa do podbijania świata.

Wiele lat temu Laikike1 powiedział mi, że nie wierzy artystom, którzy twierdzą, że robią sobie terapię za pomocą sztuki. „To nie jest terapia, tylko wynajdywanie kolejnych celów, stanowiących atrapę prawdziwego rozwoju”. Ty znalazłeś pomoc na terapii, ale wracasz w numerach do najbardziej dojmujących wspomnień, dlaczego?

Kiedyś nie chciałem wprost epatować tymi rzeczami. Nie czułem się też na tyle kompetentny warsztatowo, żeby dobrze to ugryźć. Płakanie dla samego płaczu mnie nie interesowało. Teraz skończyłem cztery dychy i kumam, że są młodzi ludzie, którzy będą tego słuchać… Może to zabrzmi patetycznie, ale z perspektywy ojca myślę sobie, że warto czasem mówić wprost o rzeczach, które są trudne. Bo mam znajomych, którzy wybrali inną drogę, dalej taplają się w bagienku, prowadzą dziwne życie; niepoukładane. Korzystam z tego przywileju, że mogę podzielić się historią o tym, jak przeżywać swoje trudności i wydaje mi się to wartościowe.

Żeby rapować, potrzebuję emocji. Nie wychodzi mi rapowanie na sportowo dla samego rapowania. Często powtarza się, że trudno pisać o dobrych rzeczach, a łatwo pozbywać się tych złych i to jest mój przypadek. Zdarzało się, że po pięciogodzinnej terapii czułem się jak wrak i zamiast „wyjeździć” to na rowerze, szedłem do studia. To jest też tak, że czasem coś mi się przypomni, bo mam dziury w pamięci z dzieciństwa, wystarczy jakiś flashback i mnie odpala po prostu. Mam przy tym już na tyle duży dystans do przeszłości, że traktuję ją jako ciekawy materiał do pracy.

Powtarzasz na płycie, że jesteś tą osobą, która przerwała w rodzinie krąg przemocy i twój syn może teraz mówić, że ma super życie. Jaki miałeś patent na to, żeby stworzyć diametralnie inny dom niż ten, w którym sam się wychowywałeś?

Od razu zaznaczę: nasz dom na pewno nie jest idealny, czuję, że mam jeszcze sporo do przepracowania; bywam niecierpliwy. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbyśmy żyli w jakiejś sielance, ale wydaje mi się, że kluczem do wszystkiego jest empatia i wzajemne zwracanie uwagi na swoje potrzeby, a nie funkcjonowanie na zasadzie, co zrobić, żeby mieć spokój. Do tego – może duże słowo – edukacja czy po prostu zainteresowanie tematem wychowania.

Poza tym, jak już sam zacząłem trzeźwieć, uświadomiłem sobie, że w moim dzieciństwie wydarzyło się wiele rzeczy, które utrudniły mi start w dorosłość. I przez to zrozumiałem, czego wtedy tak naprawdę potrzebowałem.

Jak sam właśnie wspomniałeś, nie uchroniłeś się od upadków. To, że popłynąłeś w przeszłości, ma jeszcze na ciebie jakiś wpływ?

Czasami to dla mnie frustrujące, jak sobie pomyślę, ile czasu zmarnowałem. Dalej mam jakieś niepoukładane relacje w życiu, bywam postrzegany przez pryzmat tego, jak się zachowywałem kiedyś, ale staram się nie szukać winy. Czy to w rodzinie, czy w otoczeniu. Bo ostatecznie chodzi o zrozumienie. Jak zaczynasz rozumieć, wina z czasem staje się zbędna.

Towarzyszy mi w życiu pewnego rodzaju poczucie niesprawiedliwości. Szczególnie teraz, jak jestem trzeźwiejszy. Mówię o tym w ten sposób, ponieważ sam fakt, że nie znajdujesz się pod wpływem, nie oznacza od razu trzeźwości. W tym trzeźwieniu zdarzają mi się fuckupy i wtedy poczucie winy narasta – takie, że cała robota, którą wykonałem, może zostać przez kogoś postrzegana jako poza, a tak nie jest. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Nie siedzę w niczyjej głowie, ale wydaje mi się, że ktoś bez bagażu jak mój może łatwiej poradzić sobie z porażkami, a ja potrafię się nimi pałować w nieskończoność. Na szczęście minęło już tyle lat w miarę świadomego organizowania sobie życia, że tu i teraz jest okej. Zależy od dnia, natomiast wiele można zdziałać przyziemnymi, szybkimi ruchami.

Nie mówisz szeptem, gdy mówisz, skąd jesteś; odmieniasz to „G-Town” przez wszystkie przypadki. Mnie ciekawi, czy ty żyjesz w Gliwicach z przeszłości, czy to już całkiem nowe miejsce?

Znam każdą ulicę i z zamkniętymi oczami dojdę gdzie chcesz na węch w nocy, ale od dawna mieszkam już w innej dzielnicy niż ta, w której dorastałem. Swoją drogą ten rejon miasta zawsze wydawał mi się fajny i tajemniczy, bo jak byłem młodszy, to się tu nie zapuszczałem. Dlatego, odkąd dokonuję świadomych wyborów i po chwilowej przerwie na Warszawę, Gliwice są dla mnie totalnie nowym miejscem.

Weźmy na przykład gliwicki rynek. Kiedyś kojarzył mi się wyłącznie wieczorami. Z melanżem, dziwnymi sytuacjami, legendarnym sklepem nocnym. Teraz to jest dla mnie spot, gdzie przyjeżdżam do pracy w studio, zabieram syna, idę na śniadanie. Miejsca, które mam w sobie już zdążyłem odczarować i w końcu mogę odkrywać te nowe.

Nie lukrujesz rzeczywistości, ale też niejednokrotnie wybrzmiewa twój lokalny patriotyzm. Na czym go zbudowałeś?

W Gliwicach jest wszystko, czego człowiek potrzebuje, żeby mu się dobrze żyło. Nie brakuje pracy, więc wielu przyjeżdża i jak nie ma, co ze sobą zrobić, to idzie na strefę ekonomiczną, żeby znaleźć robotę od ręki. Choć to może nie jest najfajniejszy pomysł – wiem, o czym mówię, bo sam spędziłem tam pięć lat.

Bardzo długo zastanawiałem się w ogóle, jaka jest moja tożsamość. Cała moja rodzina jest z przedwojennych Kresów Wschodnich, więc nie mam w sobie tej śląskości przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Trochę szukałem siebie w tym miejscu. W tym sensie, że nie wiedziałem, czego się złapać, żeby poczuć, że naprawdę jestem stąd. Teraz jednak, jak o tym myślę, to wszystkie przełomowe rzeczy, które mi się przytrafiły, zdarzyły się tutaj. Choćby pierwsze numery wysyłane do lokalnych raperów. Mieliśmy ekipę Koligacja Gie Ka, oni wydawali w Blendzie, Magiera im dawał beaty… mega na tamte czasy! Do tej ekipy należał taki raper Majkel i dotarcie do niego z kawałkami to było dla mnie coś niesamowitego. Szczególnie że zawsze byłem niepewny siebie i wszystko co robiłem, robiłem sam. Musiałem najpierw nauczyć się robić beaty, żeby móc na nich rapować, a potem zbudować sobie studio, bo nie za bardzo widziałem się w takiej sytuacji, że dzwonię do kogoś: „chodź, ja porapuję, a ty mnie nagrasz”.

Tak samo – przygoda z graffiti. Mocno śledziłem lokalną scenę, a mieliśmy też blisko do Katowic, gdzie obserwowałem te wszystkie pociągi. Na tym się wychowałem i wydaje mi się, że oprócz wielu niefajnych rzeczy, których doświadczyłem, Gliwice dały mi też wiele dobrego. Zauważyłem natomiast coś takiego i sam długo byłem tego częścią, że grana jest lekka apatia i poczucie, że rzeczy wydarzą się same. Dlatego, jak miałem dwadzieścia lat, to narzekałem, że nic się nie dzieje, ale potem się zorientowałem, że mam cztery dychy i wiele zależy ode mnie.

No właśnie. Przejdźmy do pracowni Krewka, którą współprowadzisz. Chodzi właśnie o to, żeby „pchnąć trochę życia” w to miasto, czy po prostu robisz sobie pracę z hobby?

Zaczęliśmy tatuować z dziewczyną w domu, ale jak po trzech latach okazało się, że będziemy mieli dzieciaka, to podjęliśmy ryzykowną decyzję, że otwieramy studio tatuażu, zanim się urodzi i zobaczymy, co się wydarzy. A wiesz, ja zawsze podchodziłem zachowawczo do wszystkiego. Długo na przykład nie chciałem zwolnić się z etatu i tak, jak wspominałem, przepracowałem w strefie ekonomicznej pięć lat na koszmarnych warunkach, które mnie wyniszczały i karmiły mój nałóg, bo znieczulałem się na rzeczywistość. Przez większość życia nie wiedziałem też, co chcę robić, ale sztuki wizualne zawsze były w moim otoczeniu. Siostra mojej mamy – moja chrzestna – pracowała w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku. Rysowała „Reksia”, „Bolka i Lolka”. To jedyna historia w mojej rodzinie, która mi pokazała, że można robić coś fajnego i z tego żyć. W tamtych czasach ciocia z wujkiem rysowali tego co prawda tony, każdą scenę po kolei, musieli odsiedzieć roboczogodziny, ale i tak wydawało mi się to bardzo ciekawe. Chciałem robić coś w tym stylu, dlatego poszedłem do liceum plastycznego.

Akurat dwa dni temu na terapii rozmawiałem o tym, że w tej szkole strasznie się bałem tego, co będzie potem. Malowałem sobie i filozofowałem, ale równocześnie czułem, że nie dostaję odpowiednich narzędzi na przyszłość. Skończyło się to w ten sposób, że długo się miotałem. Potem zaczął się hip-hop, więc jak udało się zarobić dwieście złotych, to miałem poczucie, że jestem na ścieżce kariery, która prowadzi do zawodowstwa… W zawieszeniu minęło mi wiele lat. W końcu namówiłem swoją dziewczynę, żeby kupiła maszynkę i zaczęła dziarać. Wtedy nawet nie miałem żadnego tatuażu, ale z czasem postanowiłem, że też spróbuję, no i spodobało mi się. W 2018 czy 2019 roku otworzyliśmy studio, które przerodziło się w miejsce dla – powiedzmy – naszego twórczego towarzystwa gliwickiego. Tutaj się spotykamy, wymieniamy się inspiracjami, dzieją się różne inicjatywy albo po prostu siedzimy na kawce i rozmawiamy o życiu. Krewka Pracownia powstała chyba z potrzeby nas wszystkich.

Zamykasz „Jasny Obraz Ciemnych Czasów 2” wersami o tym, że jak już odpuściłeś jointy i browary, to pojawiły się pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć. Co to za pytania?

Jak żyć, panie premierze… Cały czas mam w sobie nałogowca i zupełnie nie czuję spokoju. Dlatego najważniejszym pytaniem jest to, jak odwrócić proporcję, żebym na co dzień był mniej ponapinany i kompulsywny w zachowaniach. Bo jak zaczynam coś robić i łapię hiperfiksację, to potrafię nie jeść, nie pić, nie spać. Chodzę zaniedbany i łapię się rzeczy, które mogą mi szybko pomóc; typu obżeranie się albo fajki zacząłem jarać w wieku czterdziestu lat, come on… Dlatego szukam sposobu na spokój i jak to wszystko poukładać, żeby moje życie było mniej chaotyczne niż teraz. Zawsze bałem się przewidywalności, ale im jestem starszy, tym bardziej czuję, jak jest mi potrzebna.

Lubię rapować, lubię sam się realizować, lubię budować studio – sam proces stawiania ścianki działowej i robienia akustyki jest dla mnie przyjemny; najchętniej posiedziałbym przy grafikach do naszych rzeczy i montażu klipów. Mam taki problem, że nie potrafię odpuszczać, a nie mogę być odpowiedzialny za wszystko, bo jak skala rośnie, to pojawiają się nowe stresory i robi się nieprzyjemnie. Muszę nauczyć się tego, gdzie wkładać energię, bo mam przecież syna do wychowania i dziewczynę, której chciałbym poświęcić więcej czasu…

Teraz na przykład jestem w takim momencie, że mam wyrzuty sumienia, bo dawno nie odwiedziłem babci, która została sama po tym, jak mój ojciec umarł. Cały czas czuję więc, że coś kuleje. Nie potrafię tego swojego życia okroić ze zbędnych rzeczy, żeby poczuć się okej. Kołderka ciągle jest za krótka.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży do samego końca – swojego lub jej. Na antenie newonce.radio usłyszycie go w autorskiej audycji „The Fall”, ale też w "Bolesnych Porankach". Ma na koncie publikacje w m.in. „Machinie”, „Dzienniku”, „K Magu”,„Exklusivie” i na Onecie.