„Rap to rap, ale są też inne gatunki. A ja potrzebuję zmian” – mówi nam krakowski raper i producent, który kilka tygodni temu wypuścił „Po***dolony Mixtape” ekipy Ćpaj Stajl. Przy okazji wspominamy jego wyjazdy na Woodstock, krótką odsiadkę w czeskim areszcie i... kobiety.
„Kiedyś skinheadzi i punki, teraz futbolowe gangi” – rapowaliście już na „Lecie w ghettcie”. Trudno więc nie zacząć rozmowy od ostatnich wydarzeń, które miały miejsce w Krakowie. Pytam o śmierć kibica Hutnika Kraków.
Ja o tej sytuacji dowiedziałem się z internetu, więc... nie wiem, co ci mam powiedzieć. Takie rzeczy nie zdarzają się w Krakowie już zbyt często. Kraków zmienił się pod tym kątem i jest spokojniej niż jeszcze 10 lat temu.
Ty też jesteś spokojniejszy?
To przyszło z wiekiem. Nie było żadnego momentu przełomowego, a jeśli był, to trwał kilka dobrych lat. Wydaje mi się, że obecnie jestem już prawie mądry, a może wcale nie jestem, bo za pół roku wydarzy się coś, co sprawi, że zdziecinnieję o 15 lat. Gdy jest się małolatem, to się odpierdala i niejednemu ujebało się, że jest gangsterem. Ja myślę żeby się powoli stabilizować. Obecnie utrzymuję się z muzyki. Mam konkretne cele w życiu. „Pierdolony Mixtape” jest dla mnie zamknięciem tamtego rozdziału.
Dlaczego?
Bo jestem grajkiem – gram na gitarze i śpiewam. Do tego zostałem stworzony. Ostatnio na koncercie powiedziałem żartobliwie, że jeśli każdy z członków Ćpaj Stajlu nagra po dwie solowe płyty, wtedy możemy pomyśleć o powrocie projektu. W 2028 roku minie dziesięć lat od wydania „Lata w ghettcie”, więc będzie to fajna okazja, żeby coś zrobić. Ale czy to się stanie? W ogóle tego nie planuję. Jestem trochę pierdolnięty, jeśli chodzi o kontrolowanie tego wszystkiego i momentami odbierałem sobie przyjemność z robienia muzyki. Mixtape miał być odskocznią od tego wszystkiego i moją terapią. Zrobiliśmy go na luzie - podczas trzydobowych sesji tworzyliśmy numer za numerem.
To tak bardzo w waszym stylu.
Dokładnie. To miał być krótki projekt złożony ze starych, niepublikowanych kawałków. Niektóre mają pięć lat. Pierwotnie miały znaleźć się gdzie indziej, ale mijał rok za rokiem, a z nimi nic się nie działo. Trzymanie niewydanej muzyki na dyskach ryje mi głowę. Stwierdziłem, że dodam je do „Białego szaleństwa” na winylu, nagrane na kasetach jako taki gadżecik. Materiał miał nie trafić do internetu… Ale my, jak to my, zaczęliśmy nad tym siedzieć i trudno było zatrzymać machinę. Powstawało dużo muzyki, która w aranżacji płynnie przechodziła z jednego numeru w drugi. Do tego freestyle’owy strumień świadomości, dla śmiechu, na mikrofonie dynamicznym. Zbiegło się to z tym, że znowu rzuciła mnie dziwka, więc siedziałem na zwale w studiu z kolegami i celebrowałem swój status kawalera. Któregoś dnia okazało się, że uzbierało się z tego jakieś 60 kawałków. 45 trafiło na kasetę, 28 na streamingi, a reszta pewnie niedługo wleci na SoundClouda.
Jak na mixtape trafił znany – nie tylko w Krakowie – Janusz Kornaś?
O.G. Kornaś wpadł do nas kiedyś z Bonusem RPK, polubiliśmy się i uznaliśmy, że pojawi się na płycie – klasyka. Zresztą następnego dnia Bonus odwiedził nas z Lechem Rochem Pawlakiem i wspólnie freestyle’owaliśmy po francusku. Lechu – mocny, legenda. Wszyscy znają jego teksty na pamięć. Finalnie nie wjechało to na projekt, bo okazało się, że mamy w chuj gotowych bangerów, a kaseta ma swoje ograniczenia. Z drugiej strony niektórzy nie dosłali swoich zwrotek, mimo że mieli na to pół roku. Proces pracy bandy wykolejeńców zawsze będzie pojebany, bo tu się ktoś pobije, tu pokłóci. Taki tego urok.
W takim procesie czujesz się najlepiej?
Innego nie umiem, ale nie wiem, czy go lubię. Na melanżu można świrować i wszyscy są zadowoleni. Ale kiedy na trzeźwo trzeba nad tym siedzieć, poprawiać, dogrywać, mixować... wtedy zabawa się kończy. Pozdro Michaś.
Nie jesteś też chyba zadowolony ze swoich relacji z kobietami. Dużo o nich na płycie.
Bycie z artystą jest trudne, a z szalonym jeszcze trudniejsze. Na co dzień jestem elegancki, ale projekty potrafią mnie pochłonąć. Kiedy je zamykam, wpadam w trans i przez kilka miesięcy codziennie siedzę w studiu. Często nie mam dla nikogo energii i tak dalej. Problemem jest też egocentryzm i to, że artyści pozwalają sobie na więcej. Na co dzień są nieogarnięci, a potem lubią coś nazwać „artystycznym nieładem”. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że cały czas pracuję, bo w ciągu ostatnich dwóch lat zrobiłem więcej projektów niż przez całe swoje wcześniejsze życie. Teraz pracuję nad solówką, która jest prawie skończona, ale... najpierw jadę na wakacje. Nie jestem z tych, którzy latają do Tajlandii, gdzie wszędzie nakurwiają kolorowe światełka i zaczepiają cię prostytutki z kutasami. Bardziej góry, jezioro, las.

I ta twoja solówka właśnie taka będzie? „Siedzę nad jeziorem i gram na gitarze”?
Tak, bo z natury jestem wieśniakiem. Na początku podkręcałem, że będzie to projekt country, ale to taka beka. Jest w tym kowbojski sznyt. Czuję, że jestem kowbojem bez kapelusza. Musiałem do tego dojrzeć, bo te numery są wylewne i strasznie piękne. Przez wiele lat wstydziłem się swojej wrażliwości, a teraz się od tego uwolniłem. Pierwsza EP-ka będzie się nazywała „Love Bombing” – nazwa zobowiązuje. Co ci tu jeszcze powiedzieć... Mam zespół, więc teraz mniej klikania, więcej grania.
Odnoszę wrażenie, że rap ci się trochę znudził, ale z drugiej strony – dzięki niemu żyjesz z muzyki.
No tak, ale nie chcę zamykać się w jednej formule. Rap to rap, ale są też inne gatunki. A ja potrzebuję zmian. Nie gardzę hip-hopem, przecież on mnie wychował. Niech se, kurwa, rapują. Moja ekipa robi to najlepiej w Polsce, ale ja zaczynam od nowa.
A mainstreamową muzyką gardzisz?
Tak, bo jej kondycja jest po prostu marna. Trudno byłoby mi wymienić coś, czym się jaram. Na początku miałem podejście: „Tylko underground, jebać mainstream, robimy swoje i mamy wyjebane w hajs, bo mamy go skądinąd”. Dlatego też odrzucałem współprace z ludźmi z mainstreamu, wolałem sobie działać we własnym gronie. Nie żałuję tego, a wręcz się cieszę. Miałem przeświadczenie, że damy sobie radę sami. Jestem dumny, że w moim TOP10 na Spotify są tylko numery z mojej dyskografii.
Gdzie z tym nowym projektem chcesz trafić?
Wszędzie, może być nawet Woodstock. Byłem tam za małolata jako techniczny w zespole Chupacabras, w którym grał mój ojczym. Dzisiaj myślę, że wzięli mnie po prostu na wakacje. Nie podobało mi się tam, bo byłem wtedy ortodoksyjnym hiphopowcem, a tam punki z chujami na wierzchu, z kokardkami na chuju zjeżdżali na śmietnikach... Dla mnie to było takie: „Ja pierdolę, ale brudasy”. Wszędzie błoto, daj spokój. Obrzydliwe. Pamiętam, że na koniec kupowałem sobie gofra. Z namiotu wybiegła jakaś brudna dupa i mówi do mnie: „Ziomuś, ziomuś, poratuj mnie, nic nie jadłam od dwóch dni, daj mi troszkę, proszę cię”. Dałem jej gryza i poszedłem taki zniesmaczony. Zjadłem całego, ale zostawiłem dookoła tę część, w którą ona gryzła.
To twój jedyny raz na Woodstocku?
Wiele lat później pojechałem tam drugi raz. Byłem już innym człowiekiem, więc... tym razem sam wpierdoliłem się w błoto. Szarpałem się z jakimś metalem, napierdalaliśmy o piątej rano dwuosobowe pogo. On mnie podtopił, zgubiłem swoją ulubioną czapkę i napiłem się wody z tego, kurwa, bajora, z którego Gollum z klapkami na przedramionach wyszedł. Niezły woodstockowy plot twist.
Dawaj więcej anegdotek z festiwali.
Trzy lata z rzędu jeździłem na Hip-Hop Kemp. Tam się działo. Człowieku, tam to handlowali speedem z kartonów. Wiesz, kolejka dziesięciu typów, a chłop miał wagę, łyżeczkę, samarki. Odważał na wadze, wkładał do samarki i następny, następny. Lubiłem wtedy takie klimaty, więc czułem się jak w raju. Na powrocie z Kempa zrozumiałem, czym jest prawdziwa zwała i przestałem uczestniczyć w tego typu wydarzeniach. Wtedy zjadłem też meksykańskie grzyby. „Co? Mam zjeść tylko dwa grzyby? Pojebało ich? Przecież to nie zadziała”. W pociągu zaczęły mi wjeżdżać, a to był czas beefu Tedego z Peją, więc wszyscy o tym pierdolili. Później zacząłem pić alkohol, żeby jakoś to zneutralizować i następne, co pamiętam, to że... idę z mamą na spacerze i mam pięć lat. Czułem się jak w bajce. Dopiero po kilku godzinach dotarło do mnie, że jestem w Czechach i że jestem sam, bez ekipy. Znalazłem ich przed wejściem na pole namiotowe. Myśleli, że nie żyję, bo okazało się, że wyskoczyłem przez okno na stacji.
Podobno w Czechach lądowałeś też na dołku?
Uznałem, że skoro w Czechach można jarać skuna, to z graffiti też nie będzie problemu, ale się pomyliłem i mnie capli. Zajebiście nas potraktowali za to na dołku w Ukrainie. Co najmniej jakbyśmy byli ze Stanów Zjednoczonych. Tam akurat nie malowaliśmy, tylko najebaliśmy się z jakimiś dziwkami bez zębów z przodu. Trochę za bardzo się odpaliliśmy i zrobiliśmy głupi przypał. Nie mieliśmy przy sobie dokumentów ani jak zapłacić łapówki, więc na komisariacie zrobił się mały problem, ale oni nie mieli komputera i jakoś tak wyszło, że przyjechał ktoś z konsulatu i nas wypuścili. Podobnych historii było setki. Tak się kończy słuchanie pierdolenia: Snoop Dogg mówił do mnie, żebym jarał skuna everyday i co ja se wtedy miałem myśleć? Powinni zapłacić mi odszkodowanie. „Pierdolony Mixtape” jest dla mnie ostatnim „Lato w ghettcie”. Żegnam się z Cool P i ruszam w nową drogę jako Alik. Tak, jak mówiła na mnie babcia.
