„To reportaż o systemie, który miał uszczęśliwiać masy, i o ludziach, którzy próbowali w nim znaleźć dla siebie miejsce. O pamięci zapisanej na fotografiach i pocztówkach, i o rzeczywistości, która była bardziej złożona niż nostalgiczne wspomnienie”. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne prezentujemy fragment książki „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”.
Ludzie w Spale dobrze pamiętają, że przed wojną bywał tu sam prezydent Mościcki. Przyjeżdżał pięknym autem, co rusz innym. Z szoferem, bo nie wypadało, żeby prezydent sam prowadził. I z przystojną, młodą żoną u boku (za młodą – mogłaby być jego córką!). Bywał tu często, zapraszał gości, rozstrzygał sprawy wagi państwowej. A do tego polował. Ponoć zwykł mawiać, że w lesie, na polowaniu, nadzwyczajnie się odpoczywa.
Najczęściej towarzyszyli mu adiutanci, szefowie Gabinetu Wojskowego i Kancelarii Cywilnej wraz z zastępcami, zarządca spalskiego majątku oraz łowczy. Do tego ksiądz Kowalski z Inowłodza. Wszystkiego dziesięć, góra dwanaście osób. Niekiedy prezydent podejmował jednak zagranicznych gości. I wtedy w polowaniach uczestniczyło znacznie szersze grono składające się z oficjeli, wojskowych, notabli. Tak było wówczas, gdy do Spały zawitał marszałek Rzeszy Hermann Göring, zapalony myśliwy. Po takich łowach organizowano wystawne przyjęcia i bankiety. Jeśli pogoda dopisywała, na trawniku za pałacykiem prezydenckim odbywało się garden party.
Mościcki tak sobie upodobał Spałę i spalskie lasy, że kazał sprowadzić z Warszawy żeliwną rzeźbę żubra. Postawili ją naprzeciwko pałacyku. Powiadają, że pomnik powstał na pamiątkę ustrzelenia zwierzęcia przez cara, ale nie w Spale, tylko w Białowieży. A przecież tutaj, do Spały, też przyjeżdżali ruscy carowie. Polowali, wypoczywali. Może więc ten żubr tak naprawdę jest miejscowy, spalski?
Prezydent Bolesław Bierut nie ma takiej prezencji jak Mościcki. Jest niższy, nie nosi się tak prosto, a do czytania zakłada okulary. Wygląda bardziej na powiatowego urzędnika niż na głowę państwa. Do tego gadają, że to ruski agent, ale takie rzeczy nie tylko strach powtarzać, lecz i słuchać o nich niebezpiecznie. Gdy Obywatel Prezydent był w Spale, dużo się uśmiechał i przemawiał tak, jakby był sąsiadem z Glinnika lub Poświętnego, który przyjechał w odwiedziny przy niedzieli. Trudno uwierzyć, że to pierwsza osoba w państwie. Ale słowa, słowa, które wypowiadał, te nie pozostawiały wątpliwości, że oto dzieje się coś wielkiego. Że to, co dotąd było ich, należeć będzie do nas.
W czerwcu 1945 roku prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut oficjalnie przekazał spalską posiadłość „na potrzeby odpoczynku dla ludności robotniczej”. Odtąd właścicielem niegdysiejszego prezydenckiego sierocińca, dawnych koszar dla funkcjonariuszy ochraniających głowę państwa, stadionu dożynkowego czy fundamentów spalonego pałacyku miał być polski lud, zaś zarządcą, wykonującym niejako wolę owego ludu, Komisja Centralna Związków Zawodowych.
Z pałacu (a raczej okazałej willi w stylu szwajcarskiego sanatorium), który w 1885 roku wzniesiono dla cara Aleksandra III, pozostały osmalone ceglane ściany przyziemia. Drewniana konstrukcja spłonęła doszczętnie parę dni po opuszczeniu Spały przez oddziały Armii Czerwonej. Przez kilka mroźnych styczniowych dni miejscowi przychodzili oglądać dymiące jeszcze pogorzelisko. Kręcili głowami i mruczeli coś pod nosem. Po latach opowiadali, że ogień podłożyli krasnoarmiejcy, chociaż najprawdopodobniej zaprószył go jakiś nieostrożny miejscowy szabrownik. Gdy radzieckie wojsko ruszyło dalej w kierunku Berlina, mieszkańcy Spały wkroczyli bowiem na salony. Być może zachowali się niczym bohater Pałacu Wiesława Myśliwskiego. Dotykali pięknych, nieznanych im przedmiotów, przyglądali się kolekcji myśliwskich trofeów. Może ktoś rzucił śnieżną pigułą w wiszący na ścianie portret, a całe towarzystwo zaniosło się śmiechem. Być może… Z całą pewnością onieśmielenie szybko ustąpiło miejsca pragmatycznej ocenie sytuacji. Oto pośród wojennej zawieruchy los dał im skarb, który mógłby, choć na krótką chwilę, poprawić ich codzienną egzystencję. Porządny stół, krzesło, lampa, pierzyna, talerze, jakieś narzędzia – to wszystko opuszczało pałac, a potem trafiało do bliższych i dalszych domostw. Tam przedmioty znajdowały swoje nowe miejsce, zupełnie inne niż to, do którego były od zawsze przypisane. Stoły miały skracane nogi, a niemieszczącym się w niskich pomieszczeniach szafom gdańskim spiłowywano rzeźbione zwieńczenia. Z porcelanowych mis jadły kury, w wannach zalegał węgiel.

Los (i miejscowa ludność) znacznie łaskawiej obszedł się z inną letnią rezydencją Ignacego Mościckiego – zameczkiem w Wiśle. W tym miejscu szaber odbył się o wiele wcześniej, w 1918 roku, ale jego ofiarą nie padła siedziba polskiego prezydenta, bo ta jeszcze nie istniała. Ot, pewnego listopadowego dnia dwustu górali postanowiło wyrównać rachunki z austro-węgierską służbą leśną, grabiąc opuszczony pałacyk myśliwski Habsburgów. Ogołocony budynek przejęło Ministerstwo Rolnictwa, ale musiała minąć niemal dekada, by pojawił się racjonalny pomysł na jego zagospodarowanie. Sejm Śląski postanowił budynek wyremontować, a następnie przekazać prezydentowi Rzeczypospolitej jako dar ludu śląskiego. Remont ukończono 23 grudnia 1927 roku. Dzień później, w Wigilię, pałacyk stanął w płomieniach. Czy został podpalony? A może ogień zaprószyli nieostrożni robotnicy lub dozorca? Sprawy nie udało się wyjaśnić.
Cóż było począć, wojewoda śląski oraz posłowie musieli rezydencję odbudować. A właściwie – zbudować nową, polską, lepszą niż stara, habsburska. Na ten cel wyasygnowali dwa miliony złotych z budżetu autonomicznego województwa śląskiego. Resztę dołożyć miało społeczeństwo. Budowa efektownego obiektu (a w zasadzie obiektów, bo w miejscu dawnego pałacyku Habsburgów powstał Zamek Dolny, a nieco ponad nim – Górny) została zakończona w 1931 roku. Pośpiech był ponoć efektem starań i zabiegów pierwszej damy, która dopingowała małżonka do jak najrychlejszego otwarcia wakacyjnej rezydencji na zboczu Kubalonki. Budynek, usytuowany w malowniczym otoczeniu, z rozległym widokiem na Beskid Śląski, stanowił wyrażone językiem architektury credo sanacyjnej Polski. Tradycja i nowoczesność. Razem. Modernistyczna bryła i nawiązujące do tradycji kamienne mury. Awangardowe meble z giętych niklowanych rur i piastowski orzeł wykuty w kamieniu. I tylko architekt, Adolf Szyszko-Bohusz, nieco przeszarżował, projektując płaskie dachy w duchu Le Corbusiera, które w klimacie polskich gór z ulewnymi deszczami i obfitymi opadami śniegu okazały się zupełnie niepraktyczne. Już w 1938 roku musiały zostać zastąpione pokrytymi miedzianą blachą dachami spadzistymi.
Po wojnie, którą zamek w Wiśle przetrwał w stanie niemal nienaruszonym, nadal pełnił funkcję prezydenckiej rezydencji. Nad główne wejście powrócił wykuty w kamieniu orzeł, którego niemieccy okupanci zastąpili nazistowską gapą. Wprawdzie nie miał już przedwojennej korony, a na jego piersi, zamiast herbu Śląska, znajdowały się skrzyżowane górnicze żelazko i pyrlik, ale był to bez wątpienia polski orzeł. Tyle że ludowy.
Bierut bywał w Wiśle kilkukrotnie. W roku 1948, 1951 i 1956, tuż przed fatalną, ostatnią podróżą do Moskwy. Cztery lata wcześniej obiekt przeszedł w ręce Urzędu Rady Ministrów (URM). Miejscowi powiadali, że komunistyczna władza przetrzymywała na zamku różne podejrzane ideologicznie osoby. Kimkolwiek owe „podejrzane osoby” były, z całą pewnością nie zaliczał się do nich Józef Cyrankiewicz, który szczególnie upodobał sobie zameczek. Najwyraźniej wysoki standard wyposażenia obiektu, który zaprojektowano wszak dla głowy państwa, odpowiadał wygórowanym oczekiwaniom lubującego się w luksusie premiera. Znacznie rzadziej bywał w Wiśle sekretarz KC PZPR Edward Ochab czy śląscy dygnitarze – Jerzy Ziętek i Edward Gierek. W zamkowych apartamentach gościli także ludzie nauki i kultury, na czele z profesorem Tadeuszem Kotarbińskim, aktorkami Niną Andrycz czy Igą Cembrzyńską. Można powiedzieć, że wraz z ich wizytami domknęła się historia zameczku rozpięta między Polską sanacyjną a socjalistyczną. Wszak prezydent Mościcki nieraz gościł wybitnych twórców w wiślańskich murach, czego dowodem może być fotografia z 17 lipca 1936 roku, na której uwieczniono audiencję Jana Kiepury. Prezydent i tenor, obaj w eleganckich trzyczęściowych garniturach (Mościcki w popielatym, Kiepura w granatowym z ciemniejszymi prążkami), siedzą na fotelach o nowoczesnych kształtach. Prezydent jest poważny, stateczny. Sprawia wrażenie nieco zmęczonego. Tenor śmieje się pełnym garniturem bielutkich zębów i nachyla w stronę rozmówcy. Jego rozpromieniona twarz zdaje się mówić, że wizyta w zamku to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu „chłopaka z Sosnowca”. A przecież nie były dla Kiepury pierwszyzną ani spotkanie z ważną osobistością, ani pobyt w luksusowych wnętrzach. Sam posiadał w Krynicy pensjonat, który pod wieloma względami nie ustępował prezydenckim salonom.
Kiepura koncertował głównie za granicą, zarabiał krocie w dolarach, ale nie zapominał o ojczyźnie. Aby podkreślić swój silny emocjonalny związek z Polską, nadał pensjonatowi nazwę Patria. Początkowo krynicką „Ojczyznę” miał projektować autor zameczku w Wiśle, Adolf Szyszko-Bohusz. Narysował nawet wstępną koncepcję, ale najwyraźniej coś nie zagrało. Może monumentalna, symetryczna bryła o wysokich spadzistych dachach wydała się Kiepurze zbyt konserwatywna, zbyt niemodna? A może chciał zatrudnić kogoś o nazwisku budzącym większe emocje wśród warszawskiej socjety? Albo liczył, że projektant na dorobku policzy sobie za projekt znacznie mniej niż cieszący się powszechnym uznaniem Szyszko-Bohusz?
Dość powiedzieć, że ostatecznie Kiepura zdecydował się na współpracę z Bohdanem Pniewskim – architektem, którego gwiazda miała dopiero rozbłysnąć pełnym blaskiem, ale który już przejawiał gwiazdorskie maniery. Spotkało się zatem dwóch twórców bez wątpienia wybitnych, ale zarazem tak przekonanych o własnej wyjątkowości, że dla ich ego zabrakłoby miejsca nie tylko w jednym pensjonacie, lecz i w całej Krynicy. Spory Kiepury z Pniewskim niezwykle malowniczo opisał Grzegorz Piątek w biografii tego drugiego zatytułowanej Niezniszczalny. „Mistrzu, myślę, że ta suma usatysfakcjonuje pana” – rzucił Kiepura, rozkładając przed Pniewskim wachlarz banknotów. Architekt ripostował, że za ten wachlarzyk może co najwyżej zaśpiewać arię z Toski. I tak w kółko – pełne fałszywej kurtuazji złośliwości, kłótnie o honorarium. Droga przez mękę. Warto było jednak ją przebyć, bo efekt końcowy okazał się spektakularny.
