Początek drugiego tygodnia Wimbledonu zawsze jest momentem, w którym rywalizacja nabiera rozpędu. Starzy wyjadacze zaczynają być coraz bardziej skupieni z każdym kolejnym, trudniejszym rywalem, a ci nowsi widzą, że zaczynają zbliżać się do czegoś dużego, jak chociażby słynnego klubu „Last 8”. W tym roku w tym gronie jest też dwójka Polaków, którzy przed turniejem mieli nieco problemów.
Nie można powiedzieć, że obecność Igi Świątek w drugim tygodniu Wimbledonu jest czymś zaskakującym. W końcu to zwyciężczyni wielkoszlemowego turnieju i zawodniczka z czołowej dziesiątki rankingu. Jednak przed tym turniejem Polka bardzo szybko pożegnała się z turniejem w Eastbourne, a poza tym zdawać by się mogło, że naszej najlepszej tenisistce może być nieco trudniej po zmianie nawierzchni z mączki, na której czuje się znakomicie, na trawę, gdzie – mimo wygrania juniorskiego Wimbledonu – jej styl wydaje się nie do końca pasować.
Iga po raz kolejny pokazuje nam, że przewidywania co do jej gry, szczególnie te negatywne, potrafią szybko zniknąć z głowy – wystarczy że wejdzie na kort. Trzy zwycięstwa bez straty seta, w tym 6:1, 6:0 z Rumunką Iriną Begu, pokazują, że na wimbledońskiej trawie nasza tenisistka czuje się całkiem nieźle. Oczywiście największe wyzwania dopiero przed nią, jednak po raz kolejny widzimy, że kiedy ma to największe znaczenie, czyli w szlemach, Świątek nie zaskakuje negatywnie i nie przegrywa ze znacznie niżej notowanymi rywalkami.
Teraz jednak czeka na nią Ons Jabeur, zawodniczka, której klasa przebija wszystkie dotychczasowe przeciwniczki Igi. Dość powiedzieć, że Tunezyjka wyrzuciła już z tego turnieju Venus Williams i Garbine Muguruzę. Przed Świątek ma największy respekt, mówiąc wprost, że nie można pozwalać Polce na jej grę, bo inaczej źle się to skończy. Utrudniać, bo w pojedynku „atut za atut” to Iga będzie zwyciężczynią. To na pewno duża pochwała dla naszej pierwszej wielkoszlemowej zwyciężczyni, jednak mecz z Jabeur wygląda na duże wyzwanie.
A skoro o dużych wyzwaniach mowa – Hubert Hurkacz po raz pierwszy w karierze znalazł się w drugim tygodniu turnieju wielkoszlemowego. Co więcej, zrobił to w znakomitym stylu, nie tracąc nawet seta. Jest to sporym zaskoczeniem, ponieważ przed Wimbledonem Hurkacz miał serię sześciu porażek z rzędu, a jego ostatnie zwycięstwo miało miejsce… w kwietniu.
Na szczęście polski tenisista idealnie pokazuje, że tenisowa forma niejedno ma imię i nie należy przywiązywać się do tego typu serii, jeśli klasa samego zawodnika jest powszechnie znana. A do tenisistów wysokiej klasy Hubert już należy. W dodatku – podobnie do tego, co wcześniej zrobiła Świątek – zaczyna się powoli przebijać w świadomości międzynarodowego kibica. Nawet najprostszymi gestami.
W „nagrodę” za idealny start w Wimbledonie, w czwartej rundzie Hurkacz zmierzy się z numerem dwa światowego rankingu, Daniłem Miedwiediewem. Powiedzieć, że Hurkacz nie będzie faworytem, to nie powiedzieć nic, ale bardzo chętnie zobaczymy rozpędzonego Polaka w starciu z jednym z najlepszych tenisistów świata. Do tego w ramach drugiego tygodnia wielkoszlemowego turnieju.
Niestety do tego etapu nie dotarła Magda Linette, która najpierw wyeliminowała Jelenę Switolinę (numer 3 turnieju), by rundę później po niezwykle zaciętym spotkaniu ulec Pauli Badosie Gilbert (30). Na pocieszenie dla Polki – drugi tydzień turnieju to nie tylko odsianie tych, którzy zazwyczaj znaczą mniej w najważniejszej części rywalizacji, ale i pierwsze sensacje i porażki faworytów. Do jednej sama Linette się przyczyniła, pokonując Switolinę, ale było tego więcej. W turnieju pań zostało zaledwie cztery (Ashleigh Barty, Aryna Sabalenka, Świątek i Karolina Pliskova) z dziesięciu najwyżej rozstawionych tenisistek, a i u panów porażka Stefanosa Tsitsipasa odbiła się bardzo szerokim echem.
Mimo to chyba u panów znacznie łatwiej wskazać faworytów (Novak Djoković byłby tu opcją oczywistą), podczas gdy u pań… kompletnie nie wiadomo w którą stronę się skierować. Barty czy Sabalenka są tu opcjami oczywistymi ze względu na ranking, jednak pierwszy tydzień pokazał nam dobitnie, że w wielkim szlemie, szczególnie jego żeńskiej części, ranking ma często niewiele do powiedzenia. Równie dobrze sensacją może się okazać Cori Gauff czy wspominana już (choć oby nie tym razem) Jabeur.
Klasyczne białe stroje, już nieco powycierana trawa i truskawki na trybunach – Wimbledon, jak co roku (albo i nie, biorąc pod uwagę pandemiczny rok 2020) wkracza w decydującą fazę. Ponownie z parą polskich reprezentantów, czego dawno nie oglądaliśmy. Powtórka z 2013 roku, kiedy to dwójka naszych (Agnieszka Radwańska i Jerzy Janowicz) wystąpiła w półfinałach, byłaby mile widziana.
