Żyjemy w świecie fejków. Jeszcze nigdy głupot nie produkowało się tak łatwo. Wystarczy kilka kliknięć, a efekt kuli śniegowej zrobi swoje. Gąszcz informacji jest tak duży, że zmanipulować można wszystko.
W piłce też to działa. Skoro sześć dekad temu ktoś potrafił puścić w świat informację o śmierci Ferenca Puskasa, to co za problem zrobić to dzisiaj? Jest szybciej i mocniej. Ludzie wyposażeni w Photoshopa i Twittera są w stanie powiększyć brzuch Ardy Turana i wywołać dyskusje o tym jak turecki piłkarz prowadzi się poza boiskiem. Innym razem przebiorą go w koszulkę Arsenalu. Że niby zmienia klub. I kibice też to kupią. Oto kilka nieprawdziwych historii, które poszły w świat. Większość z nich jeszcze przed erą Internetu. Ku przestrodze. Sprawdzajcie, co czytacie.
BRAMKARZ Z PREMIER LEAGUE SZPIEGIEM W KAZACHSTANIE
Możecie go nie znać, bo to piłkarz sprzed trzech dekad. Steve Ogrizović – 507 meczów w Coventry, status legendy klubu i prawdopodobnie najbardziej wygięty nos w historii piłki. W 2003 roku stał się też bohaterem mediów, bo ktoś napisał, że został schwytany przez armię Kazachstanu. Był tam rzekomo jako ambasador organizacji charytatywnej i przez przypadek wkroczył na teren wojska. Dziś historia brzmi absurdalnie, ale kibice Coventry naprawdę pisali petycje i naprawdę angażowali w to premiera Tony’ego Blaira. „Oddajcie nam Oggy’ego” – brzmiał tytuł listu. Historia pożyła kilka dni, aż w końcu dziennikarze „Coventry Evening Telegraph” napisali: „Jaki Kazachstan, skoro Steve pije kawę w bazie treningowej w Ryton?”. – Tyle się mówi ostatnio o klonowaniu. Może zostałem sklonowany – mówił Ogrizović.
LOTHAR MATTHAEUS Z NEKROLOGIEM W BILDZIE
Nie ma bardziej podłego fake newsa niż śmierć. Może dlatego w dobie Internetu stało się to tak popularne. Wielkie nazwiska gwarantują zainteresowanie, a nic nie rozpowszechnia się tak szybko jak informacja, że ktoś kopnął w kalendarz. W mediach umierali już Maradona albo Beckham. Ronaldinho rzekomo zginął w wypadku samochodowym. A słynny Pele umiera na raty, bo co kilka lat ktoś puszcza newsa, że to koniec. Najbardziej absurdalne uśmiercenie spotkało jednak Lothara Matthausa. Były reprezentant Niemiec otworzył pewnego dnia dziennik „Bild” i zobaczył swój nekrolog. Zbulwersowany zadzwonił do redakcji. Tłumaczenie było mniej więcej takie: facet przestał odbierać pocztę, a jeden z listów wrócił do redakcji z pieczątką „adresat nie żyje”. A skoro nie żyje, to… nie żyje. Na polskim podwórku podobna historia spotkała Jerzego Podbrożnego, wówczas piłkarza Lecha Poznań. Ktoś pomylił jego samochód, zobaczył kasację i podał newsa o śmierci. Dał się nabrać nawet spiker na meczu koszykarzy, który podał to przez megafon. Piłkarza uczczono minutą ciszy, chociaż cały i zdrowy siedział w tym czasie w mieszkaniu.
PIŁKARZ Z WIKIPEDII Z KONTRAKTEM NA LITWIE
Piłka lubi przebierańców. Raz na jakiś czas objawia się kolejny Dyzma, a reszta kupuje opowieść dopóki życie nie powie „sprawdzam!”. Historię gościa o nazwisku Ali Dia, który udawał kuzyna George’a Weaha i dostał angaż w Premier League pewnie wiele osób zna. W Polsce głośna była sprawa Wisły Kraków i studenta z Rumunii ze spreparowanym filmem promocyjnym. Ale hitem był niedawny transfer na Litwie. Niejaki Barkley Minguel-Panzo dostał kontrakt w Ekranasie Poniewieże, bo wpisał sobie w Wikipedii występy w Queens Park Rangers i mecze w kadrze Angoli. Miał też uzyskać wsparcie sponsora, szwedzkiej firmy produkującej zegarki. Parę tygodni później, gdy kibice zaczęli googlować, klub pokajał się w oświadczeniach i rozwiązał umowę z „piłkarzem”. Na odchodne ktoś mu znowu edytował kartę w Wikipedii wpisując Real Madryt. I w tym momencie historia Barkleya się ucina.
FERENC PUSKAS WSTAŁ Z GROBU
Viral jeszcze z czasów przedviralowych: w 1956 roku świat obiegła wiadomość o tym, że w powstaniu węgierskim zginął jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii, kapitan Złotej Jedenastki, Ferenc Puskas. Wieść podawały gazety w Meksyku i Szwajcarii. W Anglii „Guardian” wrzucił to nawet na okładkę. A przecież Puskas wcale jeszcze na drugi świat się nie wybierał. Zmarł dokładnie 50 lat później. Do dziś nikt nie wie, skąd ta dezinformacja. Faktem jest, że 24 października 1956 roku faktycznie władza otworzyła ogień do ludzi i że poza Puskasem medialnie uśmiercono też m.in. pięcioboistę Gabora Benedka, który żyje zresztą do dziś. Puskas długo miał za złe węgierskim mediom, że coś takiego umieściły. Osoboście telefonował do redakcji „Népszavy”. Wkrótce ruszył do Hiszpanii i tam zaczął podbijać Real Madryt. Estadio Santiego Bernabeu powitało go transparentem: „Powrót z zaświatów”.
FAŁSZYWE LEEDS UNITED
Tę historię opisał „FourFourTwo”. Brzmi jak scenariusz głupiej amerykańskiej komedii. Mianowicie: przyjeżdża pewna drużyna, a lokalna społeczność bierze ją za Dream Team, czyni honory, po czym maski opadają i okazuje się, że ktoś kogoś nabrał. W 1990 roku grupa zawodników Carnegie College z Leeds poleciała do Zambii. Na miejscu nieoczekiwanie czekały na nich kamery i inne atrakcje. Afrykańczycy byli przekonani, że przyjeżdża drużyna z Premier League, bo tak też przedstawił to organizator. Czar prysł, gdy studenci wyszli na boisko i zaczęli kopać się po czołach. Nie było tam Gary’ego Speeda, ani Gordona Strachana. „Zambia Daily Mail” napisała po tym artykuł, że przeprasza za wprowadzenie ludzi w błąd. Uwierzyła hochsztaplerowi, który plan miał jeden: napompować balon i skasować za bilety. A potem uciekł.
