Hania Rani: Niesamowite, że mogę namieszać w hollywoodzkim środowisku (ROZMOWA)

Hania Rani, fot. Olivia Wunsche (1).jpg
fot. Olivia Wunsche

Stworzyła muzykę do oscarowej „Wartości sentymentalnej”. Grała na latnich festiwalach i z zespołem, i jako Chilling Bambino, czyli w swoim elektronicznym projekcie. To dobry moment, żeby przypomnieć naszą rozmowę, która ukazała się w jesienno-zimowym wydaniu gazety newonce.

Nie wiem, czy wiesz, ale… trochę jesteśmy rówieśnikami.

To znaczy?

newonce ruszył na początku września 2015 roku. Ty – pod koniec tego samego miesiąca albumem „Biała flaga”, który nagrałaś wspólnie z Dobrawą Czocher. To ciekawy moment, bo połowa minionej dekady była w ogóle czasem wzmożonego hype’u na polską muzykę. Czujesz się trochę jego beneficjentką?

Ciężko powiedzieć. Kiedy wydawałyśmy „Białą flagę”, nie bardzo byłyśmy jeszcze częścią przemysłu muzycznego ze względu na background w muzyce klasycznej. Nie miałam żadnych znajomości w branży, ale przede wszystkim pojęcia, jak przemysł muzyczny działa w Polsce. Śledziłam kilka zespołów, ale ogólnie moje doświadczenie było niewielkie. Weszłam do tego świata bezwiednie i popłynęłam na fali zainteresowania słuchaczy naszą muzyką. Początki były niezwykle trudne, ponieważ projekt nie miał nic wspólnego z muzyką komercyjną, operował też zupełnie nieznanym wówczas językiem i estetyką. Spotkał się więc ze sporym niezrozumieniem, bardzo trudno było nam znaleźć wytwórnię, która chciałaby wziąć taki nietuzinkowy twór pod swoje skrzydła. To, że zadebiutowałam akurat w połowie minionej dekady, wynikało głównie ze wsparcia słuchaczy – nasz pierwszy album z Dobrawą został w całości sfinansowany z crowdfundingu.

Bardzo trudno było mi się przebić w Polsce. Mam wrażenie, że zauważono mnie tu dopiero wtedy, kiedy stałam się rozpoznawalna za granicą. Przedtem było parę fajnych osób z klubowego środowiska, które coś we mnie dostrzegły i starały się pomóc, np. Adam Tarasiuk, który wtedy współprowadził klub Miłość. Ale to były pojedyncze jednostki. To, co wtedy proponowałam, było dla ludzi egzotyką.

13. Hania Rani, fot. Tomasz Kaczor.jpg
fot. Tomasz Kaczor

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności był projekt z aranżacjami utworów Grzegorza Ciechowskiego, do którego zostałyśmy zaproszone z Dobrawą Czocher mniej więcej w roku 2014. Nazwisko lidera Republiki i akustyczne muzyczne interpretacje jego muzyki z pewnością pomogły rozpropagować nasze nazwiska, dodały nam wiatru w żagle (album „Biała flaga” składa się z instrumentalnych wersji utworów Republiki i jej lidera, Grzegorza Ciechowskiego – przyp. red.). To w ogóle była ciekawa historia, bo ten projekt miał swój początek jako zamówienie na festiwal imienia Ciechowskiego. Podczas niego usłyszał nas dziennikarz Radia Gdańsk – Kamil Wicik, który następnie zaprosił nas do zaprezentowania pełnowymiarowego koncertu na antenie Radia. Koncertu wysłuchało bardzo dużo osób i tak właśnie to się zaczęło. I dzięki temu, że się w jakimś sensie „przylepiłyśmy” do nazwiska uznanego artysty, myślę, że wiele osób z ciekawości sięgało po nasz album, gdzie znalazło się też kilka moich autorskich kompozycji. Przedtem to były tysiące maili, próśb, prób opisywania tego, czym jest współczesna muzyka instrumentalna, która nie zalicza się ani do jazzu, ani klasyki. Uwierzyło w to dosłownie parę osób. A parę lat później okazało się, że jednak jest zapotrzebowanie na takie rzeczy.

Jak myślę o twoich początkach, bo przecież łączyłaś robienie muzyki ze studiami, to przypomina mi się historia młodego Jamesa Blake’a. Ta o jego profesorach z konserwatorium, którzy zżymają się, że wieczorami gra elektroniczne sety. Według nich to nie wypadało muzykowi. Miałaś to samo?

Faktycznie – moja pozaszkolna działalność była sekretem. Nawet nie podczas studiów w Warszawie, bo wtedy nie robiłam zbyt wielu rzeczy, ale później, w Berlinie, gdzie studiowałam na prestiżowej, ale bardzo tradycyjnej uczelni. Podejrzewam, że dla wielu z moich berlińskich profesorów mój solowy debiut „Esja” był nie do przełknięcia, a droga do ośmielenia się i podzielenia moją własną twórczością była długim i pracochłonnym procesem. Wiele lat zajęło mi, aby przestać wstydzić się mojego indywidualnego głosu i przeciwstawić temu, co słyszałam od kolegów ze świata klasycznego. W pewnym momencie podczas pobytu w Berlinie moja ciekawość do własnych kompozycji wzięła górę i postanowiłam wziąć kilka miesięcy urlopu dziekańskiego, żeby mieć czas na nagrywanie własnych rzeczy. I to był przełom. Zrozumiałam, że to mnie kręci, że chcę iść w tym kierunku.

Czy wydanie twojej ostatniej płyty, koncertu fortepianowego „Non Fiction – Piano Concerto in Four Movements”, to jest takie zaprzyjaźnianie się na nowo z klasyką?

Może inaczej – patrzę na klasykę z innej perspektywy, nabrałam do niej większego dystansu, ale też widzę jej niesamowity potencjał i współczesny aspekt. Zresztą nie jestem jedyną, która ostatnio po nią sięga, robiła to choćby Rosalia na „LUX”. Albo Floating Points.

Wydaje mi się, że wśród artystów popowych jest potrzeba wykształcenia nowego języka. Taka stricte konwencjonalna muzyka popowa… No – dla mnie to trochę za mało, przy prędkości i obfitości dzisiejszych czasów potrzeba nam odważniejszych gestów artystycznych. Mam wrażenie, że współczesna muzyka instrumentalna otwiera nieskończoną ilość możliwości i doskonale miksuje się z dźwiękami cyfrowymi. Jest to szczera ekscytacja, która wynika z odkrywania nowych możliwości brzmieniowych. Nie jestem odosobniona w opinii, że niewiele rzeczy da się porównać z dźwiękiem symfonicznym; moc i ilość możliwości 45 lub nawet 70 głosów grających naraz jest doświadczeniem na innym poziomie. I myślę, że każdy poszukujący artysta, który też czuje się na siłach komponowania muzyki na bardziej skomplikowany zestaw instrumentów, w pewnym momencie sięgnie po taki skład.

Fajnie, że przywołałaś nowy album Rosalíi – mam wrażenie, że ludzie trochę boją się go recenzować, bo uważają, że nie mają wystarczającej wiedzy o muzyce klasycznej.

Czasem zastanawiam się, jak ludzie odczytują muzykę instrumentalną. Na moich listening sessions z albumem „Non Fiction” ludzie nie wiedzieli czasem, co zrobić ze swoją wyobraźnią, gdzie włożyć dźwięk – w końcu żyjemy w algorytmicznym świecie, w którym dźwięk jest nieustannie tłumaczony na obraz. A przecież muzyka może budować ci w głowie obrazy, robić zupełnie niesamowite rzeczy i wcale nie trzeba tych obrazów od razu nikomu przedstawiać, wspaniale jest zachować je tylko dla siebie, prywatnie. Ciekawi mnie, że ludzie może nie wiedzą, jak podejść do Rosalíi, tak jakby dźwięk symfoniczny od razu przesuwał muzykę w jakimś niezrozumiałym kierunku, co jest dla mnie bardzo zastanawiające. Sądzę, że to naturalna kolej rzeczy; artyści zazwyczaj starają się sięgać po nowe środki wyrazu zamiast powtarzać te same formuły. Najwyraźniej to było dla Rosalíi coś, co wydawało się ciekawym obszarem do eksploracji.

Ja łapię się na tym, że im jestem starszy, tym bardziej stresuję się wywiadami, bo po prostu już nauczyłem się je robić.

No właśnie! Wiesz, ile jest bogactwa w rozmowie między dwójką osób i umiesz je przekazać.

To jeszcze zostając przy dziennikarstwie – jest u nas w branży takie przeświadczenie, że możesz szukać tematu miesiącami i go nie znajdziesz, a jak nagle trafisz na ten właściwy, to nie mija sekunda i już masz pewność, że chcesz się nim zająć. Miałaś to samo z historią Josimy Feldszuh, nastoletniej pianistki, która komponowała w warszawskim getcie podczas II wojny światowej i której historię upamiętnia „Non Fiction”?

To historia, z którą skierowało się do mnie Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. I choć historia genialnej młodej pianistki, która komponuje utwory w Getcie Warszawskim, jest fascynująca, to dla mnie najważniejsze było uchwycenie jej współczesnego rezonansu, tak, aby Josima nie stała się tylko obiektem muzealnym.

Zamówienie kompozytorskie złapało mnie w wyjątkowym momencie: koniec pandemii, czas eskalacji wojny w Ukrainie. Nie pierwszego konfliktu zbrojnego, który jest relacjonowany przez media, ale pierwszego, który oglądamy na ekranach smartfonów, a więc w niespotykanej dotychczas bliskości. Niedługo potem mogliśmy śledzić wydarzenia ze strefy Gazy i trwającą eksterminację Palestyńczyków. Pracując nad „Non Fiction”, porównując obrazy z Getta Warszawskiego i z Palestyny, nietrudno było dostrzec podobieństwa, choć w odwróconych rolach. Ciekawiło mnie, jak ten nasz nowy sposób komunikacji i zmieszanie się ze światem online i offline wpływają na nasze odczuwanie okrucieństwa i reagowanie. Zaczęłam zastanawiać się, co jeszcze musimy zobaczyć na ekranie, żeby wziąć to na serio, ale również nad tym, jak szybko wydarzenia z niedawnej przeszłości II wojny światowej stają się niemal zapomnianą częścią historii. Pomimo różnic w czasie i miejscu sposób reakcji na oba wydarzenia zdawał się łudząco podobny, choć wynikający z zupełnie innych powodów. Bardzo ważne dla mnie jest zwracanie się w stronę współczesności i sprawdzanie, czym jest ta nasza rzeczywistość, której korzenie zawsze tkwią przecież w historii. Nie chcę jednak dramatyzowania przeszłości; jestem przeciwniczką sentymentów.

06. Hania Rani, fot. Tomasz Kaczor.jpg
fot. Tomasz Kaczor

Uważam, że odkładanie historii na półkę, czyszczenie jej szmatką – jak w jednej ze scen filmu „Strefa interesów” Jonathana Glazera – jest dla niej krzywdzące. Lepiej wykorzystać ją w aktywny sposób.

Masz poczucie, że mogłabyś zrobić coś więcej, że czujesz się jak intruz, oglądając czyjeś cierpienie na smartfonie?

Zadaję sobie pytanie – co to z nami robi? Jaką ilość okrucieństwa musisz zobaczyć na telefonie, żeby aktywnie mu się przeciwstawić? Możemy powiedzieć: to jest przecież daleko, mnie ta historia nie dotyczy. Naturalnie próbujemy odsunąć te obrazy, żeby przetrwać w normalnym, codziennym życiu, ale one w nas zostają. Myślę, że każda współcześnie powstająca sztuka to przede wszystkim zadawanie pytań. Te pytania mogą być interpretowane w sposób niezwykle abstrakcyjny, niedosłowny, ale uważam, że artysta, który bierze swój zawód poważnie, to człowiek, który nieustannie kwestionuje rzeczywistość i poszukuje. Nie jestem pewna, czy chodzi o podawanie odpowiedzi, ale wskazywanie innym, gdzie szukać, gdzie jeszcze jest pole do myślenia, do refleksji, do buntu.

Stąd też tytuł najnowszej płyty, który wskazuje na moją perspektywę – reporterską, obserwującą, łączącą kropki. Pomysł wziął się z podziału w literaturze, gdzie zamiast gatunków mamy po prostu dokument i fikcję. Pomyśl, jak wyglądałyby sklepy muzyczne, gdyby w podobny sposób podzielić albumy!

Tutaj jest potrzebna spora abstrakcja myślenia. Ktoś może powiedzieć: fikcja, non fiction, ale i tu, i tu ona gra na fortepianie…

Zabawne, że w muzyce potrzebujemy rozdzielenia na gatunki, a w książkach czasem wystarczy fikcja i non fiction. Czuję, że jest w tym wolność i piękno.

Czy nagranie „Non Fiction” w słynnym studiu Abbey Road to jest jakiś rodzaj spełnionego marzenia, czy to po prostu miejsce, które najlepiej pasowało do tego rodzaju płyty?

Na pewno marzenie. Chyba każdy muzyk chciałby tam nagrywać. To miejsce po prostu niesamowicie brzmi. Niesamowite, jak dźwięki się tam ze sobą scalają – trudno byłoby to wykreować w innym miejscu. Abbey Road to kawał historii muzyki, nagrywali tam najwięksi – od Beatlesów po Little Simz – i czuję niezwykłe wyróżnienie, że mój album również został tam zarejestrowany.

Dobrze pamiętam, że pisałaś „Non Fiction” i muzykę do filmu „Wartość sentymentalna” Joachima Triera mniej więcej w tym samym momencie?

Tak. Na pewno z „Non Fiction” było łatwiej, bo koncert miałam częściowo gotowy. Ale ja często tak pracuję. Moje projekty inspirują się nawzajem. Na przykład trzecia część koncertu „Non Fiction” powstała na bazie moich eksploracji dźwiękowych do „Wartości sentymentalnej”. Trzecia część to utwór w pełni skomponowany na syntezatory, który później przełożyłam – w dość bezpośredni sposób – na sekcję smyczkową i pianino. Ponieważ te przestrzenie dźwiękowe są od siebie stosunkowo daleko, wyszło coś dziwnego i zaskakującego, co nie mogłoby powstać bez tego momentu translacji. W momentach tłumaczenia pojawiają się interesujące, dodatkowe wartości, które są wynikiem odczytywania czegoś na nowo i przekładania tego na inny język. Podobnie działa to też w muzyce.

Jesteś wymieniana w gronie osób (rozmowa odbywała się jesienią 2025 r., przyp. red.), które mogą liczyć na nominację do Oscara za najlepszą oryginalną ścieżkę dźwiękową. Prosto z mostu – dostaniesz statuetkę?

(śmiech) Nie, raczej nie. Ten film jest bardzo „cichy”. Może inaczej – czuję, że „Wartość sentymentalna” dostanie kilka Oscarów. To świetny film, inny niż reszta konkurencji, do tego ma bardzo dobrą promocję. Na pewno dzięki niemu w mojej karierze będą dziać się interesujące rzeczy. Praca przy filmie, który zyskał tak dużą popularność, jest poważnym motorem napędowym.

Na liście oscarowych muzycznych faworytów są m.in. Jonny Greenwood (członek zespołu Radiohead, autor muzyki do „Jednej bitwy za drugą”) oraz Max Richter (jeden z najważniejszych neoklasycystycznych kompozytorów na świecie, autor muzyki do filmu „Hamnet”). Jak ogarnąć, że nagle walczysz o najważniejszą filmową nagrodę świata ze swoimi idolami?

Nie wiem, bo jeszcze się z tym nie oswoiłam (śmiech). Oni działają w tej branży od dawna. Niesamowite, że mogę namieszać w tym środowisku. Jakaś dziewczyna z Polski, z egzotycznym imieniem. Ale mocno trzymam kciuki za Joachima i jego film. A wy trzymajcie za mnie!

Hollywood lubi snobować się na kino europejskie, uważają je za ambitne.

Nie wiem, czy „Wartość sentymentalna” to najważniejszy film XXI wieku, ale Joachim to na pewno jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów. Chyba wszyscy wyczuwają, że mają do czynienia z kinem na najwyższym poziomie. To wynik niezwykłej inteligencji i świetnego rzemiosła, pięknie opowiedziana historia od A do Z. Film jako medium jest bardzo trudnym sposobem prowadzenia narracji, trudniejszym niż muzyka, mam wrażenie, ze względu na ilość bodźców – obraz, dźwięk, dialog. Trochę współczuję reżyserom, bo wiem, jak ciężko jest zaoferować coś świeżego, wartościowego i korespondującego z współczesnością.

Ciekawe, że krytycy podkreślają „skandynawskość” filmu „Wartość sentymentalna”. Dla mnie to kino uniwersalne – kto nie ma jakiegoś despoty wśród bliskich?

Ale widzisz – tu wkracza wielka rozbieżność między językiem kina amerykańskiego i europejskiego. Dla nas pewne rzeczy są oczywiste, dla nich nie. W „Brutaliście”, swoją drogą bardzo dobrym filmie amerykańskim, który opowiadał europejską historię, jest trochę momentów, które chyba niepotrzebnie były pokazane tak wyraziście. Ta scena gwałtu – zastanawiałam się, czy była niezbędna. W „Wartości sentymentalnej” fajne jest to, że wychodzisz z kina i – tak jak niektórzy moi znajomi – chcesz się kłócić z filmem, zadajesz pytania, film po prostu z tobą zostaje. To jest świetne. Ja w ogóle lubię niedopowiedzenia, lubię, jak film zostawia cię z myślami, z którymi nie zawsze wiesz, co zrobić. Jak po seansie chcesz zaczepić reżysera i zapytać go, o co chodziło w tym albo tamtym momencie.

Po festiwalu w Cannes, na którym „Wartość sentymentalna” dostała nagrodę Grand Prix, czytałem recenzję, w której autorka bardzo zgrabnie określiła film rodzajem zbiorowej psychoterapii. Ciężko pisze się muzykę do produkcji, która porusza tak delikatne struny?

W filmach Joachima Triera muzyka jest bardzo subtelnie zaznaczona, to wynik jego niezwykłej czułości i odrzucenie zbędnego sentymentalizmu. W innym razie jego filmy stałyby się zbyt oczywiste i tkliwe, a emocje jednoznaczne i narzucone. Jego dzieła zawsze pozostawiają miejsce dla widza. Są i trochę smutne, i trochę wesołe. Tak jak w życiu – nawet na pogrzebie może wydarzyć się coś zabawnego.

Wartość sentymentalna .jpg
fot. kadr z filmu "Wartość sentymentalna"

Ufam filmowemu smakowi Joachima. Robi kino od lat i jest w tym świetny. Jestem mu wdzięczna, że mogłam robić tę muzykę, a przecież komponowałam, znając tylko scenariusz. Odbyłam z Joachimem masę rozmów o tym, co może udać się przy kierunku, który wspólnie obieramy, a co niekoniecznie. Nie wiedziałam, jak zachowają się aktorzy na planie, jak będzie wyglądał montaż…

A wiedziałaś, że jednym z głównych bohaterów filmu będzie… dom?

Tak! Od razu po przeczytaniu scenariusza zaproponowałam, żeby pojechać do Oslo, zobaczyć go i nagrać jego brzmienie. Jest kilka utworów, które są nagrane właśnie w tym domu. Ekipa filmowa kręciła w tym czasie sceny we Francji, dom stał pusty, miałam go do dyspozycji z moją reżyserką dźwięku – Agatą Dankowską. Pamiętam, że była jesień. Ten dom, pełen różnorodnych przedmiotów i mebli, wyglądał jak bajkowe, nierealne miejsce. Udało się wykreować w nim specyficzny klimat; dom jest w „Wartości sentymentalnej” jednym z bohaterów.

Załóżmy, że dostajesz nominację do Oscara, może nawet go wygrywasz. Mówiłaś kiedyś, że Hollywood to nie jest twoja bajka…

Ale zmieniłam zdanie, bo chciałabym zrobić film z Charliem Kaufmanem (śmiech).

A gdyby pojawiły się propozycje blockbusterowe, takie jak „Joker”, do którego muzykę napisała Hildur Guðnadóttir, to spojrzałabyś cieplej na mainstream?

Pierwszy „Joker” wygrał Oscary, ale już drugi okazał się porażką. Hildur zrobiła genialną muzykę, zaprzyjaźniła się z twórcami, a wyszło jak wyszło. To zawsze jest ryzyko. Dużo łatwiej pracować mi z rzeczami, którymi się fascynuję. Pewnie nigdy nie zaprosi mnie Marvel – choć nie mam nic przeciwko komiksom, to nie jest mój język. Ale jeśli pojawi się coś, co ze mną rezonuje, to chętnie, bo wtedy powstają najlepsze soundtracki. Ja po prostu nie obracam się w kulturze popularnej. Ruszałabym się jak słoń w składzie porcelany, byłabym tam niepotrzebnym elementem. Ale uważam, że ludzie znajdują się wzajemnie, bo szukają takich osób, które podobnie myślą. Tak było chociażby z Jonathanem Glazerem i Micą Levi (reżyser i kompozytor (They/them) „Strefy interesów”).

Joachim Trier też powiedział, że nie kusi go Hollywood…

No właśnie! Tam jest tak, że producent ma więcej do powiedzenia niż reżyser, co Joachimowi nie odpowiada. Zobaczymy, jak mu się uda na Oscarach. On nagle stał się jednym z ważniejszych reżyserów naszych czasów. Ciekawe, czy dalej będzie działał w swojej niszy, czy nakręci nowego „Władcę Pierścieni” (śmiech).

Jeszcze jedno na koniec – mówisz, że często zmieniasz zdanie pod wpływem przeczytanej książki, obejrzanego filmu, opinii kogoś mądrego. Trochę niepodobne do artystów, którzy zwykle słuchają jedynie samych siebie.

Czy tak jest… Nie wiem, serio. Znam ludzi, którzy są więksi ode mnie, a dalej zachowują ciekawość, szukają i czerpią od innych – kimś takim jest na przykład Blood Orange. Ci, którzy mnie osobiście fascynują, też nieustannie poszukują. Trudno mi uwierzyć komuś, kto uważa, że zdobył całą mądrość świata. Ja po prostu bardzo mocno od zawsze fascynuję się tym, co robię. I trochę nie mam czasu na myślenie w trybie: macie mnie słuchać, bo jestem znana.

Chociaż czasem zastanawiam się – jak to jest, że ludzie za mną idą? Tak jakbym otworzyła drzwi do swojej głowy i powiedziała: chodźcie, zapraszam, będzie sporo dziwnych rzeczy, ale powinno wam się spodobać. I trochę osób faktycznie do tej głowy weszło.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.