James Massiah: Bycie undergroundowym to estetyczny wybór (rozmowa z gazety newonce)

JM
D'Andre Elizah

Są artyści, którzy operują jednym językiem. Są też tacy, którzy poruszają się między konwencjami. James Massiah, londyński poeta, raper, producent i host radia NTS, to dziś jedna z najciekawszych postaci brytyjskiego undergroundu. Ma na swoim koncie współprace z Massive Attack, Joyem Orbisonem i Deanem Bluntem. Jak mało kto umie tworzyć introspektywne światy, gdzieś na przecięciu downtempo, dubów, elektroniki i swojej największej miłości – poezji. À propos konwencji – to była bardzo niekonwencjonalna rozmowa, z której dowiecie się i o kulturowej topografii Londynu, i filozofii amoralnego egoizmu. Znajdziecie ją też w czwartym numerze naszej gazety.

rozmawiała: Estera Florek

Poezja często wydaje się zapomniana, ale ty umieszczasz ją we współczesnym kontekście, choćby na organizowanych przez ciebie imprezach Adult Entertainment. Co jest w niej takiego, że nadal działa?

Niedawno widziałem filmik o artystach wykorzystujących AI i o debacie dotyczącej tego, jak technologia ewoluuje, jak zmienia się z biegiem lat. Choć pojawiają się nowe rozwiązania i metody, sądzę, że… nie powinniśmy rezygnować z zagadywania do ludzi, którzy nam się podobają. Albo – mimo że mamy pendrive’y – nadal możemy grać z winyli.

Poezja w pewnym momencie historii ludzkości była najlepszym sposobem komunikacji. A potem ewoluowała i jako forma sztuki przekształciła się w piosenki popowe, dramatopisarstwo, scenopisarstwo. Poezja jest we wszystkim, ale w swojej najbardziej pierwotnej postaci jest po prostu wierszem. Uwielbiałem poezję, kiedy byłem dzieckiem.

Od razu ją polubiłeś?

Właściwie tak. Czytałem poezję dziecięcą, była zabawna i trochę absurdalna. Czasem poruszała poważne tematy, takie jak życie i śmierć, ale była napisana w taki sposób, żeby zrozumiały ją dzieci. I może ja z tego po prostu nie wyrosłem. Może wciąż piszę poezję w ten sam sposób. Poruszam ciężkie tematy, ale w sposób, który nie jest zbyt trudny do zrozumienia, często z odrobiną humoru. Dla mnie poezją jest każde ułożenie języka czy słów, które można uznać za wiersz. Jeśli patrzę na słowa na tej stronie – np. „kalendarz” i twoje imię – to są tylko symbole. Liczy się intencja poety.

Kiedy zdałam sobie sprawę, że jesteś jednocześnie poetą i muzykiem, który rapuje, byłam nieco zdezorientowana. Czy raper nie tworzy poezji? O co chodzi z podkreśleniem bycia poetą?

Każdy raper jest poetą, ale nie każdy poeta jest raperem. Kiedy mówiłem o sobie jako poecie, nie chciałem jednocześnie nazywać siebie raperem, bo mogłoby to kogoś dezorientować.

Jest też kwestia postrzegania ludzi w oparciu o kalki. Jestem czarnym artystą, więc ludzie częściej widzą przykłady raperów niż poetów wyglądających jak ja. Chciałem wyraźnie to zaznaczyć: tak, wyglądam w ten sposób, ale jestem poetą – nie mylcie mnie z kimś innym. W pewnym momencie, kiedy zacząłem więcej rapować, zrozumiałem, że nie muszę już tak mocno podkreślać tego rozróżnienia. Mogę być jednocześnie raperem i poetą, a nakładanie się tych dwóch form wcale nie podważa intencji stojącej za żadną z nich. Te różne granice gatunkowe, podziały – one nie są bez sensu. Mają swoje znaczenie, bo ludzie próbują zrozumieć kategorie i kategoryzowanie. Ale myślę, że ważne jest, żeby nie uogólniali i potrafili nadawać kategorie w sposób prawdziwy, uczciwy, bez uprzedzeń.

Skoro już rozmawiamy o podejściu do rzeczywistości, opowiesz o swojej filozofii amoralnego egoizmu?

Myślę, że to właściwie nie jest filozofia, tylko raczej obserwacja tego, jak wygląda życie – że nikt nie jest ci nic winien. I pod tym względem może to być dość stoickie, ale stoicyzm uczy też określonego podejścia do emocji, bo amoralny egoizm już nie. Amoralny egoizm mówi raczej: wszystko, co się dzieje, już się wydarzyło, a wszystko, co ma się wydarzyć, stanie się. Chodzi o patrzenie na rzeczywistość w sposób obiektywny. A potem pojawia się pytanie: jakiej rzeczywistości chcesz dla siebie i jak zamierzasz ją stworzyć? Jeśli zdajesz sobie sprawę, że nikt nie jest ci nic winien, a każdy żyje dla własnej przyjemności, to staje się jasne, że jeśli chcesz stworzyć określoną rzeczywistość, musisz dotrzeć do ludzi, którzy stoją między tobą a tą rzeczywistością i przekonać ich, że to, czego chcesz, może być korzystne również dla nich.

Jak to zrobić?

Pierwszym krokiem – dla mnie jako kogoś, kto był chrześcijaninem – było uświadomienie sobie, że nie istnieje „dobro” i „zło”. Dla mnie to była dość rewolucyjna myśl, bo przez długi czas czułem, że jest we mnie coś nie tak. Ale jesteś tym, kim jesteś, i nie ma w tym nic złego. Coś staje się „dobre” albo „złe” dopiero wtedy, gdy nakładasz na to jakiś system wartości albo kontekst. Myślę, że założenie egoizmu pomaga zdjąć te wszystkie filtry i patrzeć na rzeczy takimi, jakie w rzeczywistości są. W gruncie rzeczy jesteśmy po prostu w jednej wielkiej dżungli. Ludzie powinni mieć pełną swobodę robienia tego, co chcą. Myślę, że każde działanie wywołuje reakcję, która dla kogoś może być negatywna, i nie mamy na to zbyt dużego wpływu. Taka jest rzeczywistość. Nigdy świadomie nie dążę do skrzywdzenia kogokolwiek. I nie chciałbym też przebywać z kimś, kto ma odwrotne intencje.

Dorastałeś we wschodnim Londynie?

Południowym.

Chciałam zapytać o twoje muzyczne wpływy, ale skoro jesteśmy w temacie – możesz opowiedzieć o kulturowych różnicach między południowym a wschodnim Londynem? Są w ogóle jakieś?

We wschodnim Londynie narodził się grime. W sumie nawet geograficznie pewne rzeczy temu sprzyjały – to były konkretne miejsca, do których ludzie chodzili na określone imprezy i wydarzenia. Te różnice między częściami Londynu są naprawdę subtelne. Niektóre słowa są powszechne i zapożyczone z jamajskiego patois czy języków Afryki Zachodniej. Ostatnio pojawia się też wpływ arabskiego – somalijski i pakistański. Wiele osób, które działało na ulicy, kształtując muzykę i kulturę, przeszło na islam i wprowadziło te słowa do codziennego języka, takie jak „inshallah” czy „mashallah”. One stały się częścią kultury ulicznej.

Trzeba podkreślić, że kultura uliczna dla wielu ludzi jest po prostu kulturą, przynajmniej w świecie, w którym ja funkcjonuję. Duża część z tego ostatecznie staje się mainstreamem, bo jest po prostu bardzo silnym podskórnym nurtem. Każdy – czy mu się to podoba, czy nie – wchodzi w interakcję z ulicą. Jeśli idziesz do pracy albo robisz interesy z ludźmi, usłyszysz te słowa i zwroty. To ogólna cecha Londynu. Różnice między południem a wschodem istnieją, ale są naprawdę subtelne.

JM
D'Andre Elizah

Londyn na pewno odbił się na tym, jak podchodzisz do muzyki – w końcu po Stanach Wyspy to najważniejszy rynek muzyczny na świecie. Co lokalnie wpłynęło na twój gust?

Mamy tu Notting Hill Carnival. Zaczęło się od protestu, który później przekształcił się w święto kultury karaibskiej. To świetna okazja, żeby spróbować jedzenia i doświadczyć kultury, która mocno wpłynęła na Londyn. Ale wydaje mi się, że teraz to poszło nawet trochę dalej, bo inne kultury miały podobny wpływ na miasto. Widać to przy afrobeatach czy amapiano. Wszystko jednak przechodzi przez ten londyński filtr. Dla mnie, dorastającego tutaj, tym filtrem były garage i grime, a później dużo brytyjskiego rapu.

Jacyś konkretni artyści?

Na mnie największy wpływ miał londyński uliczny rap, bo tworzyli go ludzie, wśród których dorastałem. Na przykład PDC, taka ekipa z Brixton z Jaja Soze’em, Tempmanem, Inchem. To był po prostu uliczny gang, a także muzyczny kolektyw. Są znani w Londynie – nawet owiani złą sławą. Wśród nich były osoby mocno wierzące, więc ich teksty są naprawdę introspektywne – nie jakaś przerysowana gangsterska gadka, tylko prawdziwy ból, walka i dążenie do lepszego życia, realne aspiracje. Byli też inni. So Solid Crew miał gościa o imieniu Swiss. Może też Krept & Konan, chociaż oni byli wtedy grime’owi i zdobyli sławę nieco później. Gdzieś w tle była też muzyka kościelna, której słuchałem. Tak więc w mojej produkcji muzycznej słychać sporo grime’u, chociaż kiedy byłem po dwudziestce – dużo było też w niej elektroniki, acid house’u i inspiracji latami 80.

Słyszę to w twojej muzyce, szczególnie w poprzedniej epce – „True Romance”. Jest tam masa brzmień lat 80. A teraz „Bounty Law”, uwielbiam tę epkę – to jedna z moich ulubionych tegorocznych płyt. Wydaje się sonicznie dojrzalsza, znacznie bardziej introspektywna. Słyszę tam John Glacier, Tirzah, trochę Jima Legxacy i EsDeeKida. Czuję, że udało ci się uchwycić dużo z londyńskiego brzmienia.

W zabawny sposób funkcjonuję na przecięciu wszystkich tych osób, które wymieniłaś. Jest muzyka, którą produkuję, kawałki, na które wskakuję, i projekty, które tworzę pod różnymi aliasami. Każdy z tych światów sięga do innych obszarów brytyjskiej – a zwłaszcza londyńskiej – sceny muzycznej. John Glacier jest jedną z moich ulubionych artystek – uważam, że jest niesamowita. Vegyn miał duży udział w kształtowaniu jej brzmienia. Ja też mam z nim numery. Projekt Headache jest świetny – to brzmienie trip-hopowe, downtempo. Uwielbiam to. Więc wszystkie te wpływy się na mnie nakładają.

A o co chodzi z odniesieniami do Tarantino? To mnie zaskoczyło. Tarantino jest raczej maksymalistą, a ty wydajesz się znacznie bardziej oszczędny w formie.

Po prostu uwielbiam historie pokazane w „Urodzonych mordercach” i „Prawdziwym romansie”. Nawet nie chodziło o Tarantino jako o reżysera, tylko o narracje. W jego twórczości jest dużo przemocy, przekleństw, seksu – taki maksymalizm, przerysowanie. Esencja człowieczeństwa wyolbrzymiona do skrajności. Mam nadzieję, że sam tworzę równie wciągające światy. „Bounty Law” było zaczerpnięte z „Pewnego razu w… Hollywood” i historii Sharon Tate. Byłem zafascynowany tym, jak ludzie są w stanie być tak brutalni. I te wszystkie rzeczy na drugim planie – idea rodziny, znalezienie wspólnoty – a potem zderzenie tego piękna z tak wielką przemocą, to była dla mnie szokująca konfrontacja.

Myślę, że jako ktoś, kto odszedł z Kościoła i dorastał, widząc dobro i zło jako zupełnie oddzielne kategorie, coraz bardziej dostrzegam, że one są powiązane. Nakładają się na siebie, oddziałują na siebie. Nie są po prostu binarnymi przeciwieństwami, zmieniają się, przesuwają. Działanie może być dobre w jednej chwili, a złe w innej, zależnie od perspektywy.

Współpracowałeś z Deanem Bluntem przy „Babyfather”. Nie da się pominąć jego wpływu – nie tylko na brytyjską scenę, lecz także globalny underground. Zdecydowanie.

Możesz powiedzieć więcej o waszej współpracy? Jak się poznaliście? Czytałam, że pomógł ci połączyć poezję z muzyką i ukształtował sposób, w jaki zacząłeś tworzyć sztukę.

Kiedy zaczęliśmy działać razem około 10 lat temu, tworzyłem już sztukę i interesowałem się poezją, ale on wprowadził zupełnie nowy sposób pracy. Jest niezwykle radykalnym myślicielem. Nie ma drugiej takiej osoby. Działa według własnego rytmu i własnego grafiku. W przypadku prób zrozumienia, czy coś jest dobre, czy złe, patrzenia na rynek, szukania zewnętrznego potwierdzenia, on zawsze mówił: „Nie, sami decydujemy, co jest dobre. Mamy swoją historię, przekaz i opowiadamy go niezależnie od tego, co mówią inni”. Myślę, że to właśnie sposób na tworzenie naprawdę przełomowej, radykalnej sztuki, która jest nowa, ciekawa i osobista, bo pochodzi z surowego, szczerego miejsca. Uwzględnia świat wokół, ale nie pozwala mu siebie ograniczyć. Świat ją informuje, ale nie zamyka. To coś, co wyniosłem z pracy z nim.

Na koniec powiedz jeszcze, co twoim zdaniem definiuje teraz brytyjski underground i gdzie ta scena zmierza w najbliższych latach?

Kiedy byłem młodszy, underground nie był estetyką ani brzmieniem. Wskazywał raczej na realny podział strukturalny. Jeśli podpisałeś kontrakt, pojawiłeś się w radiu albo telewizji, to nie byłeś undergroundowy. Teraz, dzięki mediom społecznościowym, streamingowi i YouTube’owi, właściwie każdy ma taki sam dostęp do słuchaczy. Nowy artysta może wrzucić album i zdobyć więcej odsłuchów niż ktoś z wytwórnią i dostępem do dużych mediów. Masz też wykonawców, którzy w tradycyjnym sensie nie są undergroundowi, ale tworzą undergroundową muzykę, bo stało się to bardziej ideą, estetyką.

Więc uważasz, że o byciu mainstreamowym czy undergroundowym może zdecydować sam artysta?

Tak, teraz to niemal estetyczny wybór. Chodzi o to, że albo jesteś rozpoznawalny, albo nie. Ale to nie do końca wyłącznie twoja decyzja. To kwestia tego, czy media i kulturowi gatekeeperzy zdecydują się ciebie zauważyć. Myślę, że warto zastanowić się nad tym, kiedy właściwie ktoś przechodzi od bycia „nieznanym” do bycia „znanym”. Od dekady udzielam wywiadów, w których przedstawiają mnie jako wschodzącego muzyka i poetę, Jamesa Massiaha. Jak długo można wschodzić? To prawie jak z Charli XCX. Jest wielka od lat, ale dopiero po „BRAT” zaczęto traktować ją jako mainstream.

Myślę, że brytyjski underground naprawdę czeka na ten moment, kiedy dziennikarze zaczną się nim poważnie interesować, kiedy krytycy zaczną traktować go jako coś istotnego i wpływowego poza jego własną niszą. Wtedy zacznie się mówić o nim jako o czymś, co rzeczywiście ma wpływ na szerszą dyskusję.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.